|
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
Dobre strony filmowe
Godne polecenia blogi filmowe
Lista recenzowanych filmów
Najlepsze strony niefilmowe
|
środa, 11 listopada 2009
Sokół maltański reż. John Huston
![]() Zainteresowanie kinem współczesnego widza prawie zawsze ogranicza się do obrazów nowych, dopiero co wchodzących na ekrany. Podobnie rzecz się ma z premierami DVD. Odbiorców interesują filmy, o których akurat jest głośno. Dzieło mające kilka lat jest starocią, by nie powiedzieć ramotą nie wartą uwagi. Konsument musi cały czas coś trawić i aby nie wypaść z kręgu „ludzi na czasie”, ów produkt nie może zalatywać starością. Na szczęście najlepsze dzieła filmowe, podobnie ja te będące reprezentantami innych sztuk, upływu czasu się nie boją i oglądane za każdym razem wprawiają widza w zachwyt. Zdarza mi się co jakiś czas sięgnąć po film, najczęściej uznawany za arcydzieło, który swoją premierę miał kilkadziesiąt lat temu. Robiłbym to oczywiście częściej, ale niestety, doba trwa tylko 24 godziny i wypełniona być musi najczęściej innymi czynnościami niż oglądnie filmów. ![]() Jednak pewnego wieczora postanowiłem sięgnąć po film, który co prawda widziałem już kilka razy, jednak jego niezaprzeczalny urok sprawia, iż sprawdza się jako doskonała rozrywka oglądany po raz trzeci czy czwarty. Mam tu na myśli słynnego „Sokoła maltańskiego” Johna Hustona. To, że film z Bogartem jest doskonałym kryminałem i najsłynniejszy przedstawicielem kina noir, każdy wie. Wszyscy mają także wiedzę o tym, iż powstał na podstawie opowiadania Dashiella Hammetta. Oprócz tego, podobnie jak „Casablanca”, „The Maltese Falcon” kojarzony jest już nie tyle z konkretną historią, co właśnie ze wspomnianym wyżej Humphrey’em Bogartem oraz wykreowanym przez niego typem cynicznego, przebojowego i pozbawionego skrupułów prywatnego detektywa. ![]() Jeśli ktoś nie zna historii opowiedzianej przez Hustona, w tym miejscu postaram się ją streścić. Sam Spade (Humphrey Bogart) od pięknej, nieznajomej kobiety otrzymuje zlecenie znalezienia w San Francisco jej młodszej siostry. Pomimo, iż opowieść pięknej Brigid O'Shaughnessy jest mało wiarygodna, za sprawą bardzo wysokiego honorarium Sam i jego wspólnik, Miles Archer, postanawiają zając się sprawą. Już na początku dochodzenia zabity zostaje Archer. Sprawa jeszcze bardziej się komplikuje, kiedy policja zaczyna podejrzewać Spade’a o zabicie wspólnika. Jakby tego było mało, w biurze bohatera pojawia się działający na czyjeś zlecenie gość, który za wszelką cenę będzie próbował zmusić detektywa do wyjawienia, gdzie znajduje się owiana tajemnicą figurka sokoła maltańskiego. ![]() Nie będę rozpisywał się na temat licznych odczytań i interpretacji „Sokoła maltańskiego”. Zrobiono to już zapewne setki razy. Pomimo licznych elementów zahaczających o komedię, film raczej nie mówi zbyt pochlebnie o istocie ludzkiej. Tytułowa figurka sokoła jest najbardziej dosadnym symbolem chciwości jaką bardzo często charakteryzuje się człowiek. Warto także zauważyć, iż w filmie Hustona nie ma ani jednego pozytywnego bohatera. Wszyscy wręcz nurzają się w kłamstwie, zachłanności, wiarołomstwie i chęci pozbycia się bliźniego za wszelką cenę. ![]() Co mnie urzekło podczas ostatniego seansu „Sokoła maltańskiego? Zachwyciłem się przede wszystkim klimatem filmu. Chodzi mi oczywiście o sposób filmowania wrogiej człowiekowi metropolii pokazujący ją jako gniazdo żmij wijących się w zalegającej w każdym zakamarku ciemności. Uzyskać to można tylko i wyłącznie dzięki biało-czarnej taśmie oraz specyficznej grze świateł i cieni do perfekcji opanowanej przez hollywoodzkich filmowców. Niezwykle istotna w tym wszystkim tajemnicza prawda, w poszukiwaniu której zapominają się bohaterowie. Gdzieś jednak w trakcie rozwoju wypadków przestaje ona być istotna ustępując pierwszeństwa najgorszym z ludzkich cech wskazanych przez mnie wyżej. Okazuje się bowiem, iż niezbędne w osiągnięciu zamierzonego celu środku, które podejmują bohaterowie, pozbawione są jakiejkolwiek moralności. W ogóle świat przedstawiony „Sokoła maltańskiego” nie ma nic wspólnego z czymś, co dzisiaj nazywamy wartościami. ![]() Świetnie bawiłem się patrząc na bohaterów filmów Hustona. Oczywiście najbardziej fascynujący jest Sam Spade grany przez Humphrey’a Bogarta. Niewątpliwe aktor stworzył ikoniczną postać prywatnego detektywa. Założę się także, iż wielu czytając powieści Raymonda Chandlera, jego bohatera, detektywa Philipa Marlowe’a, wyobrażają sobie właśnie jako Bogarta palącego papierosa za papierosem i popijającego whisky. Ale „Sokół maltański” to nie tylko portret pozbawionych skrupułów detektywów i policjantów. To także bezwzględne i zimne kobiety z klasycznym portretem famme fatale na czele. Pojawiająca się w biurze Brigid O'Shaughnessy, początkowo słodka, niewinna i zagubiona w wielkim mieście panienka, szybko okazuje się chciwą i zdolną do wszystkiego kobietą. Okłamuje mężczyzn i nie czuje względem nich żadnego respektu. Gotowa jest się oddać każdemu, który tylko okaże się pomocny w osiągnięciu celu. Nie inaczej jest z innymi kobietami. Sekretarka Spade’a tylko czeka na każde jego skinięcie, a żona zamordowanego partnera jest wręcz zachwycona śmiercią męża, będzie bowiem mogła bezkarnie romansować z Samem. Detektyw oczywiście żadnej z nich nie traktuje poważnie. Bawi się nimi niczym zabawkami. Jeśli chciałby je posiąść, zrobiłby to bez wahania. A co najlepsze, skrzywdzone i poniżone przez niego kobiety dalej płaszczyłyby się u jego nóg. Feministki oglądając dzisiaj „Sokoła maltańskiego” muszą dostawać spazmów ze wściekłości na widok Humphrey’a Bogarta traktującego kobiety gorzej niż noszone przez siebie rękawiczki. ![]() Cóż więcej mogę napisać… Ten film trzeba koniecznie zobaczyć. Przy okazji polecam także książki Raymonda Chandlera. Myślę, że również wytrawnemu czytelnikowi, szukającemu niebanalnej literatury, powieści i opowiadania tego pisarza powinny nie tylko przypaść do gustu, lecz także pozostawić po sobie specyficzny, oryginalny, ale na pewno przyjemny posmak kojarzący się z najlepszym alkoholem.
poniedziałek, 02 listopada 2009
Terminator: Ocalenie reż. McG
![]() Przyznam się, iż czekałem na ten film z ogromną niecierpliwością. Terminator przede wszystkim za sprawą Jamesa Camerona i Arnolda Schwarzeneggera stał się jednym z najważniejszych, jak również wieloznacznym bohaterem kinowym ostatnich dwudziestu paru lat. Nic więc dziwnego, iż pierwsze dwie odsłony serii uważa się za filmu kultowe oraz za arcydzieła kina science fiction. Trzecia część, „Bunt maszyn”, była typowym hollywoodzkim sequelem skierowanym do młodszej widowni, a tym samym nastawionym stricte na zysk finansowy. Film został chłodno przyjęty zarówno przez krytykę jak i oddanych fanów cyklu. „Ocalenie” w reżyserii McG (Joseph McGinty Nichol) miał być nową jakością, kolejnym otwarciem kierującym sagę w zupełnie inne rejony tematyczne, niż poprzednie trzy części. Scenarzyści postanowili wreszcie zrobić do, na co czekali fani właściwie od części drugiej, czyli umieszczenie akcji w środku wojny między ocalałymi z nuklearnej pożogi resztkami ludzkości, a dowodzonymi przez Skynet różnej maści terminatorami. Dzięki poświęceniu i determinacji oddziału dowodzonego przez Johna Connora, ludzie wchodzą w posiadanie kodu, dzięki któremu maszyny potrafią porozumiewać się i synchronizować swoje działania. W laboratorium Skynetu, z którego ukradziono kod, Connor znajduje coś jeszcze, mianowicie informacje na temat terminatora, którego będzie bardzo trudno odróżnić od człowieka. Kiedy dowództwo ruchu oporu chce rozpocząć definitywną kampanię przeciwko Skynetowi, jego guru, czyli John Connor, sprzeciwia się temu. Dowiaduje się bowiem, iż w kolejnym laboratorium, które ma zostać zniszczone, przebywa porwany przez maszyny Kyle Reese, żołnierz wysłany później w przeszłość, aby chronić Sarę Connor. Jak wiadomo z części pierwszej, Reese w roku 1984 stanie się ojcem Johna Connora. John postanawia samodzielnie wyruszać w samo centrum Skynetu, aby wyrwać stamtąd przyszłego/przeszłego obrońcę Sary. Jego sprzymierzeńcem przeciwko całej armii maszyn zostaje… terminator. Po obejrzeniu filmu McG stwierdziłem, iż chyba miałem zbyt wysokie wymagania co do tej części. Dostałem w niej bowiem wszystko, oprócz dramatyzmu, który porwałby mnie i totalnie wdusił w fotel. Oczekiwałem chyba czegoś na kształt „Dystryktu 9”, a dostałem świetnie zrealizowany film science fiction ze obsadą, która w 100% składała się z… terminatorów. Żadna z występujących w filmie postaci, włączając w to Johna Connora, nie przekonała mnie jako ocalała z nuklearnej pożogi istota, kurczowo trzymająca się życia. Zamiast niespotykanej w naszym świecie determinacji i wynikających z niej emocji, dostałem papierowe postacie, które zamiast grać, w odpowiednich momentach wygłaszały dostarczone przez scenarzystów dialogi. Wybiegłem jednak trochę za bardzo naprzód. Jedyną sferą filmu, do której ciężko jest się przyczepić to efekty specjalne oraz inscenizacje najróżniejszych pościgów , bitew i pojedynków. To wszystko rzeczywiście robi wrażenie. W kinie amerykańskim (i nie tylko w nim) już dawno została zniesiona iluzja między tym co prawdziwe, a rzeczywistością wykreowaną przez speców od animacji komputerowej. Nic więc dziwnego, iż praca kamery, wykonywane przez nią zdjęcia, pomysły na ujęcia oraz łączący je w fabularną całość montaż całkowicie pochłaniają uwagę. Ale z drugiej strony, który film mający gigantyczny budżet, zepsułby wyżej wymienione aspekty tak przecież charakterystyczne dla filmów akcji? Dużo mniej za to podobała mi się wizja świata po wojnie nuklearnej. Tak naprawdę owa rzeczywistość niczym nie różniła się od tej, doświadczanej współcześnie. Same ruiny miast oraz tysiące zdezelowanych samochodów to o wiele za mało, by unaocznić atomowy kataklizm. Zdecydowanie lepiej postnuklearne uniwersum przedstawił w trylogii „Mad Max” George’a Millera. Podobnie rzecz się ma z ludźmi, którym udało się przeżyć Dzień Sądu. Nie zauważyłem na ich twarzach ani w działaniu jakiejś szczególnej desperacji pozwalającej kurczowo trzymać się przy życiu wobec mającego miażdżącą przewagę wroga. W ich postępowaniu nie było dramatu, szczególnego przekonania, iż tak naprawdę pomimo klęski ludzkości są wybrańcami mającymi „pchnąć” gatunek do przodu. W ogóle w ich działaniu nie było silnych emocji. Może reżyser zajęty fajerwerkami nie zwrócił na to uwagi? Ale oprócz niego jest przecież sztab ludzi, którzy powinni reagować na to, iż bohaterowie są za czyści, mają śliczne białe ząbki, piękne świeżo umyte włoski i w ogóle wyglądają jakby wyszli z salonu piękności, a nie zmagali się z chorobą popromienną. Tego typu bzdur w najnowszym „Terminatorze” jest całe mnóstwo. Mnie najbardziej rozbawił zwykły radiowy kontakt Johna Connora z ruchem oporu. Przewaga technologiczna Skynetu i dowodzonymi przez niego maszynami musiała być słabiutka, jeśli terminatorzy z całego świata nie mogli namierzyć skąd jest nadawany sygnał. Podobnego kalibru bzdurą była także samotna wędrówka Connora w oko cyklonu, czyli miejsce, które w którym projektanci umieścili najważniejsze elementy Skynetu. Co prawda jeden z terminatorów pomógł bohaterowi wejść na teren fabryk i laboratoriów, jednał łatwość poruszania się po ściśle strzeżonym terenie przypominała mi działanie Rambo podczas ekspedycji w Wietnamie. Kiedy już Connor zrobił swoje, nikt nie przeszkadzał także jego ludziom ewakuować więźniów z najbardziej tajnej placówki naukowej maszyn. W tym momencie trzeba przejść do najważniejszego elementu świata przedstawionego „Terminatora: Ocelenie”, a więc do dwóch głównych bohaterów – Johna Connora i Marcusa Wrighta, a ściślej rzecz biorąc, wymykającego się schematom konfliktu między nimi. Sam pomysł wydawał się bardzo dobry. Z jednej bowiem strony mamy charyzmatycznego bojownika ruchu oporu nienawidzącego maszyn, za to, co zrobiły z ludzkością. Z drugiej zaś nową maszynę, która nie zdaje sobie sprawy z tego, iż jest sztucznym tworem. Dlaczego nic interesującego nie wyszło ze zderzenia tych dwóch postaci? Odpowiedź jest dość prosta. Realizatorom kompletnie nie zależało na tym, aby obu postaciom nadać jakiś szczególny rys, coś, co wyzwoliłoby ich z komiksowej konwencji rysowania postaci za pomocą dwóch kresek. Connor jest pryncypialny, zdecydowany i charyzmatyczny. Człowiek-pomnik, człowiek z marmuru, idealny dowódca z jakiejś powieści dla młodzieży pragnącej służyć w wojsku. Jednym słowem postać mało ciekawa, bo jednowymiarowa i zbudowana na dwóch czy trzech minach Christiana Bale’a (rewelacyjny aktor, a tu taka wtopa). Nie inaczej jest z bohaterem granym przez Sama Worthingtona. Przecież jego Marcus Wright mógłby być kimś na miarę Roy’a Batty’ego z „Blade Runnera”! Niestety, postać ta służy tylko i wyłącznie jako popychacz akcji, bez którego nic na ekranie by się nie działo. Tak naprawdę mógł go zagrać każdy, po w postaci tej nie było żadnego indywidualizmu, a jego kroki, podobnie jak kolejnej kuriozalnej postaci, Blair Williams, przypominały działanie postaci z gier planszowych. McG założył sobie zapewne, że „Terminator: Salvation” ma być efektownym kinem akcji, które powinno zachwycić kilkunastolatków, by ci nie zapomnieli wyniesionych z kina wrażeń i wraz z premierą kolejnej części szybciutko pobiegli na projekcję. To reżyserowi się udało znakomicie. Jednak wojna pokazana w czwartej odsłonie opowieści o maszynach próbujących unicestwić ludzkość jest pokazana dość śmiesznie, by nie powiedzieć infantylnie. Nie ma tu wojny totalnej, bezwzględnego i zimnego okrucieństwa z jakim maszyny powinny wybijać ludzi, ani szaleństwa resztki ocalałej ludzkości niezbędnego do walki z takim wrogiem jak supernowoczesne roboty. Mamy za to zabawne sceny werbowania członków ruchu oporu przez radio oraz przedziwne, prowadzone w skynetowskich laboratoriach eksperymenty na ludziach, jakby system zamiast tego nie mógł zorganizować kilku fabryk terminatorów i jedną, ale skuteczną ofensywą wytłuc ledwo dychającą wśród zgliszcz rasę ludzką.
piątek, 23 października 2009
Generał Nil reż. Ryszard Bugajski
![]() Przyznam się szczerze, iż podczas seansu takich filmów jak „Katyń”, „Generał Nil” czy „Śmierć Rotmistrza Pileckiego” trudno jest mi oddzielić emocje od chłodnej analizy i obiektywnie ocenić jedno czy drugie dzieło. Przeczytałem bowiem wiele na temat konfrontacji machiny komunistycznej z wybitnymi jednostkami narodu polskiego i przedstawione w powyższych obrazach wydarzenia, może trochę podkoloryzowane, może czasami patetyczne, przywołują mi na myśl to wszystko, co autorzy czy świadkowie wydarzeń opisywali w swoich pracach historycznych. Posiadając więc wiedzę o mordach dokonywanych najpierw przez NKWD, później przez ich naśladowców z UB, trudno bez emocji przyglądać się takim bohaterom jak generał Emil Fieldorf, rotmistrz Pilecki czy choćby Antonina Dziwisz z „Przesłuchania”. W takich momentach dokonuje się proces nakładania rzeczywistości na obraz kinowy i owa rzeczywistość bardziej oddziałuje na emocje niż oglądany film. Postać Emila Fieldorfa to jeden z najbardziej tajemniczych bohaterów, o których wyjątkowo mało było słychać zarówno podczas komunistycznej smuty, jak i po 1989 roku, czyli w czasach wolnej Polski. „Nil” w 1942 roku został dowódcą Kedywu KG AK. To on wydał rozkaz likwidacji generała SS w Warszawie Franza Kutschery. Przeczuwając możliwość sowieckiej okupacji dowództwo AK powierzyło Fieldorfowi zadanie stworzenia i kierowania organizacją o kryptonimie „NIE”, która działać miała nie przeciwko Niemcom, a Rosjanom. 7 marca 1945 „Nil” został aresztowany przez NKWD i zesłany do obozu pracy na Uralu. Wrócił do kraju w 1947 roku, jednak nie starał się już o wykonywanie zadań konspiracyjnych. W 1948 roku postanowił ujawnić się podając Rejonowej Komendzie Uzupełnień w Łodzi swoje imię i nazwisko oraz stopień wojskowy. Dalsza historia generała została przedstawiona w filmie. Po jakimś czasie Fieldorf został aresztowany i osadzony w więzieniu. Pomimo tortur nie przyznał się do absurdalnych czynów, jakie zarzucało mu UB. Nie wydał też nikogo ze swoich dawnych przyjaciół i żołnierzy. Po sfingowanym procesie został skazany na karę śmierci. Bolesław Bierut nie skorzystał z przysługującego mu prawa łaski i generał August Emil Fieldorf „Nil” 24 lutego 1953 o godz. 15:00 w więzieniu Warszawa-Mokotów przy ul. Rakowieckiej został powieszony. Owa tajemniczość, o której nadmieniłem w poprzednim akapicie wynika zapewne z niejednoznaczności zachowań jaka cechowała postać Fieldorfa. Znając jego dokonania oraz przekonania trudno zrobić o takim człowieku film hagiograficzny (choć dla wszelakiej maści propagandystów z prawa i lewa i to nie byłoby trudne). Kiedy generał wrócił z zesłania zrobił dwie rzeczy, które nie bardzo mogły przysłużyć się do stworzenia legendy polskiego podziemia. Najpierw, zamiast żyć działać dalej w konspiracji, Nil postanowił ujawnić swą tożsamość UB-ckim katom. Mając świadomość ówczesnej potęgi Związku Radzieckiego oraz siłę oddziaływania totalitarnego reżimu, nie chciał stanąć na czele jakichkolwiek oddziałów niepodległościowych mających walczyć z rosyjskim okupantem. Uważał bowiem, iż młodzi ludzie, nawet znajdując się pod komunistycznym butem, powinni uczyć się, żyć i pracować jak każdy człowiek. Jego postanawia była na wskroś pragmatyczna,. Można by nawet rzec, pozytywistyczna. Odrzucał bowiem romantyczne ideały walki do ostatniej kropli krwi. Wreszcie Fieldorf postanowił w takiej a nie innej Polsce żyć i przede wszystkim cieszyć się rodziną. Z perspektywy czasu, kiedy towarzyszące seansowi emocje nie grają już tak wielkiej roli, w filmie Bugajskiego można wyróżnić wiele zalet jak również, niestety, kilka wad. Z pozytywów zdecydowanie największym jest kreacja Olgierda Łukaszewicza. Postać Nila w jego wykonaniu jest niezwykle sugestywna i przyciągająca uwagę. Fieldorf w jego wykonaniu przekonuje zarówno jako dowódca wydający na Niemców wyrok śmierci, jak również w roli człowieka, który odkrywszy znaczenie rodziny, z walką i wojskiem nie chce mieć nic do czynienia. Kilka scen z jego udziałem, jak chociażby spotkania z najbliższymi, czy mające charakter polityczny rozmowy w celach naprawdę robią wielkie wrażenie. Świetnie także wyszło Łukaszewiczowi odegranie człowieka nietuzinkowego, z jednej strony kochającego ojczyznę, z drugiej zaś człowieka innego, osobnego, nieidącego z prądem. Problem z jego oceną mieli również komuniści, z mordercami Radkiewiczem i Różańskim na czele. Wątpliwości co do tego, iż generał zasługuje na śmierć (wątpliwości wynikające ze strachu przed tak wielką osobowością) nie mieli za to Rosjanie oraz znajdujący się na ich krótkiej smyczy Bierut. Wiarygodnie także sprawili się inni aktorzy, jak chociażby Jacek Rozenek, Maciej Kozłowski czy Alicja Jachiewicz. W ogóle aktorstwo to chyba najmocniejszy punkt filmu Bugajskiego. Gorzej, niestety, jest z wykonaniem filmu jako spójnej i przekonującej całości. Moim zdaniem historia Polski jest wręcz kopalnią pasjonujących, intrygujących, niebanalnych, nieraz przerażających, czasem porywających opowieści. Trzeba jest tylko umieć opowiedzieć. Zarówno Wajdzie w „Katyniu” jak i Bugajskiemu w „Generale Nilu” nie do końca się to udało. Cokolwiek by nie mówić krytycznego o kinie amerykańskim, na pewno głośno i wyraźnie trzeba powiedzieć, iż nikt inny nie potrafi tak interesująco prowadzić narracji filmowej jak oni. Hollywood po mistrzowsku umie opowiadać zarówno o rzeczach ważnych jak również o strasznych wręcz dyrdymałach (zdecydowanie najczęstszym jest ten drugi przypadek). Większość polskich reżyserów, zwłaszcza tych starszych, tego nie potrafi. I pomimo tego, iż wiele scen w „Generale Nilu” wręcz wbija w fotel, całość nie przekonuje, nie ma takiej siły wyrazu jaką powinna mieć. Choćby w scenie zamachu na Kutscherę zabrakło zarówno emocji jak i epickiego rozmachu. Podobnie rzecz się ma w scenie w pociągu wśród Polaków wracających z zesłania do Polski. Teatralna realizacja zupełnie nie oddaje emocji, które powinny towarzyszyć takim wydarzeniom. Również finał rozczarowuje, choć z innego powodu. Tragiczny, ściskający za gardło, przedstawiający to, co nieuniknione, razi podniosłością i patetyzmem przez zastosowanie aż dwóch motywów muzycznych – tła jak również wygrywanego instrumentalnie Mazurka Dąbrowskiego. Podobną scenę, naturalistyczną i symboliczną jednocześnie, doskonale nakręcił Wajda w „Katyniu”. Tam mordowaniu polskich oficerów nie towarzyszy żadna muzyka. Dlatego fragment ów jest zdecydowanie najlepszy z całego filmu, bo nakręcony z pasją, dynamizmem i pomysłem. Nie zgadzam się z tymi, którzy twierdza, iż takie filmy jak „Generał Nil” są niepotrzebne, bo służą tylko i wyłącznie katowaniu gromad uczniów. Patriotyzm oraz zdobywanie wiedzy historycznej są w naszym kraju passe, ponieważ robi się z tego świętość. Młodzi ludzie nie chcą świetności, chcą ciekawych historii nowocześnie opowiedzianych. Dopóki filmy takie jak „Katyń”, „Generał Nil” czy „Śmierć Rotmistrza Pileckiego” będą kręcone niczym teatr telewizji, statycznie i bez dynamizmu, jak hagiografie traktowane z nabożną czcią dla bohaterów w nich występujących, nikt z młodych ludzi nie będzie chciał nawet spojrzeć na takie kino. Nie twierdzę, że powinny wyglądać one jak „Gladiator” czy „Braveheart”, jednak reżyserzy głośnio powinni odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego wspomniane wyżej produkcje z Hollywood potrafią trzymać widza w napięciu trzy godziny, chociaż opowiadają o tym, co zdarzyło się przecież setki lat temu. Odpowiedzią będzie jednocześnie recepta na kino opowiadające o historii Polski w sposób pasjonujący a zarazem i wychowawczy.
piątek, 16 października 2009
Północ w ogrodzie dobra i zła reż. Clint Eastwood
![]() John Kelso, młody pisarz z Nowego Jorku, przyjeżdża do Savanah by napisać dłuższy artykuł o przyjęciu wydawanym przez Jima Williamsa, wpływowego i ekscentrycznego handlarza i kolekcjonera antyków. Właściwie zaraz po dotarciu na miejsce, co i rusz napotyka się na najróżniejsze dziwne osobowości, które niezwykle intrygują jego duszę literata. Po wystawnym przyjęciu na terenie posiadłości Jima Williamsa dochodzi do tragedii. Broniąc się przed pijanym Billym Hansonem, kolekcjoner zabija go. Kiedy zostaje on postawiony w stan oskarżenia, Kelso postanawia zostać dłużej w Savanah, by napisać książkę o wzbudzającym ogromne emocje procesie sądowym. W między czasie nie tylko odkrywa prawdę o morderstwie, lecz także poznaje galerię niezwykłych osób zamieszkujących miasteczko w stanie Georgia. Okazuje się, iż płaszczykiem spokojnej społeczności amerykańskiego Południa, kłębią się żmije zdrad, intryg oraz różnych perwersji seksualnych. Nie podobał mi się ten pochodzący z 1997 roku film w reżyserii Clinta Eastwooda. Początek, owszem, intryguje i przykuwa uwagę. Widzimy bowiem młodego nowojorczyka żyjącego dotąd życiem wielkomiejskiego tubylcy, który nagle musi dostosować się doi powolnego, ale dostojnego życia amerykańskiego Południa. Od razu także zwracają na siebie uwagę zarówno Kevin Spacey jak i John Cusack. Jeszcze z satysfakcją obserwuje się życie południowych wyższych sfer oraz miejscowej cyganerii, z którą trochę przez przypadek styka się bohater. Nie mogę jednak dojrzeć w filmie Eastwooda jakiejś myśli przewodniej, czegoś, na co przede wszystkim chciał zwrócić uwagę reżyser. Bo jeśli chciał pokazać życie bogatszych południowców, po części nuworyszy, a nie elity z dziada pradziada, to jeśli nie ma w takiej wizji dramatu czy intrygi, szybko zaczyna ona nudzić i tracić na znaczeniu. Jeśli wydarzenia miały kręcić się wokół morderstwa i doszukiwaniu się prawdziwej wersji tragicznego wydarzenia, film jest za długi i zbyt rozwlekły, by zainteresować wątkiem kryminalnym. Wreszcie jeśli chodziło Eastwoodowi o rozważania nad istotą prawdy i jej funkcjonowaniu w życiu społecznym, „Północ w ogrodzie dobra i zła” również ani nie zaciekawia, ani nie zmusza do refleksji. Począwszy od „Rzeki tajemnic” każdy kolejny film Clinta to przede wszystkim fascynujące opowieści. Nawet jeśli nie chce się w nich doszukiwać drugiego i trzeciego dna, ogląda się je dla samej przyjemności słuchania niebanalnych i frapujących historii. Ta z „Północy...” jest koszmarnie długa, rozwlekła i pozbawiona dramaturgicznego kośćca. Ale... moje zdanie nie jest wyrocznią. Jeśli ktoś ma inne zdanie o tym filmie, bardzo chętnie je usłyszę (przeczytam). Czasami bywa tak, iż najuważniejszemu widzowi, który stara się spoglądać na film jako na całość skonstruowana z wielu elementów, czasami coś umyka, co jak później się okazuje jest kluczem do interpretacji danego dzieła. Może więc i mnie coś umknęło?
środa, 07 października 2009
Dystrykt 9 reż. Neill Blomkamp
![]() Niesamowitych rozmiarów statek kosmiczny zawisa w przestrzenia nad Johannesburgiem. Elitarne oddziały wojskowe wkraczając na jego teren odnajdują w czeluściach pojazdu rozumne istoty spoza Ziemi. Nazwane Krewetkami stworzenia musiały przejść niesamowicie długą i ciężką drogę, ponieważ znajdowały się w stanie skrajnego wyczerpania. Przetransportowanym ze statku na przedmieścia południowej-afrykańskiej metropolii stworzono warunki, w których nie tylko mogły żyć, lecz także tworzyć coś na kształt społeczeństwa. Stworzono specjalny departament, MNU, którego zadaniem było komunikowanie się z obcymi w różnych sprawach intrygujących całą ludzkość. Dość szybko okazało się jednak, że ponad milionowa społeczność przybyszy z kosmosu stanowi nie lada obciążenie dla miejscowego rządu. Rozgoryczenie było tym większe, iż technologia obcych, a przede wszystkim broń, uzależniona jest od DNA pochodzących z kosmosu istot. Do operacji wysiedlania kosmitów z dotychczas zamieszkiwanych przez nich terenów z ramienia MNU zostaje oddelegowany Wikus Van De Merwe, młody, ambitny, lecz nikomu nieznany urzędnik. Zaszczycony obdarzonym przez firmę zaufaniem, bohater szybko rzuca się w wir pracy. Już pierwszego dnia okazuje się jednak, że obcy wcale nie będą chcieli tak łatwo dać się wysiedlić ze znanego im terenu. Van De Merwe domyśla sie także, iż bez użycia siły będzie to niemożliwe. Podczas rutynowej kontroli w jednej z ruder zamieszkiwanej przez obcych, mężczyzna znajduje dziwny przedmiot nieznanego zastosowania. Podczas próby jego uruchomienia, na bohatera wylewa się czarna, błyszcząca ciecz. Tak zaczyna się seria niezwykłych wydarzeń, które odcisną swoje piętno nie tylko na życiu obcych form, lecz także ogromnej ilości ludzi. Od dawna czekałem na film science-fiction, który oprócz efektów specjalnych i mknącej do przodu akcji zawierałby jakąś niebanalną, zmuszającą do myślenia treść. Obraz Neilla Blomkampa spełnia te warunku aż z nawiązką. Nie będę tu rozpisywał się o komputerowych trikach i postępujących po sobie z zawrotną szybkością wydarzeniach, bo to chyba przy współczesnych budżetach filmowych nie jest zbyt trudno osiągnąć. Oprócz ukrytych znaczeń, warto skupić się na formie filmu, przypominającej paradokument. Co prawda widzieliśmy to już w wielu produkcjach kinowych („Krwawa niedziela”, Blair Witch Project”, „Cloverfield”), jednak ten pomysł dobrze zrealizowany zawsze działa na emocje widzów. W „Dystrykcie” obserwujemy akcję z niezliczonych ilości kamer zwróconych na bieg wydarzeń. Są to więc relacje na żywo prowadzone dla serwisów informacyjnych, kamery przemysłowe, korporacyjne, monitoring uliczny, wreszcie zdjęcia kręcone przez samych bohaterów. Momentami naprawdę można dać się ponieść ułudzie wydarzeń przedstawianych „live”. Co prawda wymaga to skupienia, ponieważ dla niektórych montaż może być zbyt szybki i dynamiczny, dla mnie jednak jest to jedna z wielu zalet tego filmu. Kluczem do interpretacji filmu Blomkampa jest odpowiedz na pytanie, czy ten film tak naprawdę jest tylko i wyłącznie opowieścią o współegzystencji ludzi i obcych. Osadzenie bowiem akcji w RPA sugeruje nie tylko zgrywę z konwencji kina science-fiction (kosmici dotąd zawsze nie wiedzieć czemu nawiedzali Stany Zjednoczone), lecz przede wszystkim wskazanie, iż to w RPA mieliśmy do czynienia z apartheidem oraz jedynymi z pierwszych obozów koncentracyjnych stworzonych przez Anglików podczas wojen burskich. Getto jakie stworzyli bowiem ludzie obcym jako żywo przypomina najgorsze zachowania ludzkie znane choćby z czasów II wojny światowej. Blomkamp w swoim filmie nie pozostawia złudzeń, historia człowieka nie uczy niczego. Jeśli obecnie zdarzyłoby się coś podobnego do wydarzeń z roku 1939, dowolny kraj zachowałby się tak samo jak Niemcy podczas eksterminacji Żydów, Cyganów i narodów słowiańskich. Dowodem potwierdzającym tę tezę są sceny w laboratorium, w którym eksperymentuje się na obcych, istotach przecież czujących i rozumnych, bez żadnych zahamowań. Konkluzja jest więc jasna, jeśli jednemu narodowi uda się zapanować nad drugim, ten pierwszy daje sobie prawo eksploatacji tego drugiego. Jeśli z „wyciśniętych” ofiar coś jeszcze zostanie, wtedy można je gdziekolwiek wysiedlić lub po prostu eksterminować. W ogóle ludzkość w „Dystrykcie 9” została przedstawiona jako bardzo nieciekawy gatunek. Tylko przez chwilę mieszkańcy Johanesburga cieszyli się z powodu pojawienia się na ich terenie niezwykłych gości. Kiedy tylko okazało się, iż ich kondycja zarówno fizyczna jak i psychiczna z jakichś powodów jest nie najlepsza, z ludzi zaraz zaczęła wyłazić mentalność skurwysyna żerującego ile się da na słabszych. W eksploatację potencjału przybyszów włączają się nie tylko prywatne i rządowe korporacje, lecz także zorganizowane grupy przestępcze i pojedynczy ludzie chcący jak najwięcej zarobić na zdezorientowanych kosmitach. A sami kosmici? Żyją w getcie, na które składają się tysiące prymitywnych domków. Otoczeni są wysokim płotem pod napięciem oraz tysiącami kamer, śledzących każdy ich krok. Żerują na wysypiskach śmieci, starając się zaspokoić swoje podstawowe potrzeby. Żyją dokładnie w takich warunkach, jakie stworzyli im ludzie. Bardziej obeznaniu z kinem widzowi sceny z getta, czyli Dystryktu 9, właściwie od razu będą kojarzyły się ze wszystkimi filmami, w których przestawiano życie Żydów w stworzonych im choćby w Warszawie czy Łodzi zamkniętych enklawach. Wydostanie się z nich było niemożliwe, zaś egzystencja przypominała najgorszy koszmar ludzki. Oczywiście wymienione przeze mnie konotacje nie są wszystkimi, jakie przez twórców zawarte zostały w filmie „Dystrykt 9”. Warto tu chociaż nadmienić o wpływie ponadnarodowych korporacji na gospodarkę światową, sposób prowadzenia polityki w kontekście militarnym przez takie państwa jak Chiny, Izrael, Iran, Rosja czy Stany Zjednoczone, wreszcie gigantyczne dysproporcje finansowe między garstką bajecznie bogatych, a ponad 1,5 miliarda ludzi myślących tylko o tym, czy następnego dnia będą mieli cokolwiek do jedzenia. Mnie jednak szczególnie podobał się ukłon twórców w stronę mistrza horroru, Davida Cronenberga. Nie tylko Krewetki są podobne do przemienionego w muchę bohatera filmu „The Fly”, Setha Brundle’a, lecz pierwsze oznaki metamorfozy Wikusa Van De Merwe są takie same, jak u wspomnianej postaci z obrazu Cronenberga. Również przeżycia bohaterów – strach, lęk przed odrzuceniem, wściekłość, wreszcie bezradność, są identyczne we wspomnianych przeze mnie filmach. Wreszcie przemiana Wikusa Van De Merwe ma charakter ewidentnie symboliczny. Twórcy bowiem tym zdarzeniem jakby definitywnie sugerują nam, iż aspekt kontaktu z ludźmi jest w „Dystrykcie 9” drugorzędny. Tak naprawdę chodzi w nim o coś znacznie ważniejszego, mianowicie o nas, ludzi, oraz piekło jakie czasami z najbardziej błahych powodów (np. pieniądze, bogactwo) potrafimy sobie czynić. Nie ma co owijać w bawełnę, „Dystrykt 9” Neilla Blomkampa to kino rewelacyjne. Szukający w nim atrakcyjnej i nietrącącej banałem formy znajdą konwencję quasi reportażu. Miłośnicy wybuchów, mknącej niczym TVG akcji również znajdą w obrazie mnóstwo satysfakcji. Wreszcie ktoś, kto poszukuje w kinie czegoś więcej niż tylko efektownych ruchomych obrazów, myślę, że także wyjdzie z kina z głową pełną refleksji. I chyba o to w prawdziwym kinie chodzi, nieprawdaż?
niedziela, 27 września 2009
Lęk reż. Christopher Smith
![]() Mieszkanka Londynu spieszy się na umówioną imprezę, na której pojawić się ma sam George Clooney. Aby dotrzeć szybciej na miejsce, postanawia jako środek lokomocji wybrać londyńskie metro. Dziewczyna zasypia na peronie i kiedy się budzi, szybko uświadamia sobie, iż cała stacja metra została na noc zamknięta. Okazuje się jednak, że ma szczęście, bo na peron wjechał ostatni tej nocy pociąg. W pustym składzie znajduje się tylko jej współpracownik, nie stroniący od narkotyków i obcesowego zachowania Guy. Podczas szarpaniny mężczyzna nagle zostaje wywleczony z pociągu i brutalnie zamordowany. Kate szybko uświadamia sobie, iż jedyną szansą na ocalanie życia jest ucieczka. Morderca jednak podąża jej tropem. Film powiela schemat kina, w którym w ekstremalnie trudnych warunkach bohaterka musi uciekać przez pragnącym ją zabić maniakiem. Kiedy już okazuje się, ze dziewczynie prawie udaje się uratować, psychopata wyskakuje niczym diabeł z pudełka i gonitwa musi zacząć się od nowa. Bohaterka coraz bardziej zagłębiając się w tunele londyńskiego metra odkrywa korytarze, których wejścia dotąd były zamurowane. Znajduje w nich coś, co wręcz mrozi jej krew w żyłach. Pomimo, że schematyczny, „Creep” Christophera Smitha znakomicie się ogląda. Reżyser bez zbędnych i przydługich wstępów od razu serwuje odbiorcy dynamiczną i pełną okrucieństwa akcję. I na tym zasadza się cały sens filmu. Widz dostaje mknącą do przodu i ociekającą posoką akcję, za to ma nie myśleć za wiele, dlaczego coś się dzieje tak czy owak. Bo gdyby na spokojnie prześledzić logikę serwowanej przez Anglika fabuły, można by znaleźć mnóstwo scenariuszowych dziur. Na uwagę zasługują, i to chyba jest największym plusem filmu, niesamowite lokacje po jakich porusza się główna bohaterka. Smithowi udało się stworzyć naprawdę sugestywny kontrast między niezwykle czystymi, wręcz sterylnymi wnętrzami londyńskich peronów, z brudem, mrokiem i szczurami zalegającymi nieużywane tunele. Tu naprawdę twórcy się postarali, zarówno scenografowie jak i specjaliści od oświetlenia, zdjęć i montażu. Dzięki temu momentami klimat izolacji, zamknięcia, osaczenia i alienacji jest wręcz namacalny. Pisząc o największej zalecie filmu, warto, a nawet trzeba, wspomnieć o jego największej wadzie. Jest nim postać głównej bohaterki fatalnie, moim zdaniem, zagrana przez znaną dość aktorkę Frankę Potente. Co prawda scenarzyści ograniczyli rolę Kate do krzyków i ucieczek, jednak aktorka nie nadała swojej postaci żadnych cech i szczegółów sprawiających, iż moglibyśmy uwierzyć w dramat, jaki spotkał ją na stacji londyńskiego metra. Postać ta została całkowicie pozbawiona charakteru i oryginalności. Przez to wydała mi mało wyrazista i wręcz papierowa. Dla fanów horroru, zwłaszcza jego krwistej odmiany z domieszką tortur i okrucieństwa, „Lęk” powinien być potrawą idealną do szybkiego strawienia. Widać, że Smith „odrobił pracę domową” z poetyki grozy, ponieważ zrobił film, który większości fanów powinien się spodobać. Daleki jest on od oryginalności, jednak zawiera wszystkie elementy gatunku, na które widzowie lubujący się w krwawej makabrze czekają. Ps. Fragmenty recenzji wykorzystałem w artykule mojego autorstwa „Niewiasta słowem i czynem silna – obraz kobiety w horrorze zachodnim końca XX i początku XXI wieku” zamieszczonym w serwisie Horror Online
czwartek, 17 września 2009
Happy-Go-Lucky, czyli co nas uszczęśliwia reż. Mike Leigh
![]() Myślałem, iż chcąc obejrzeć niebanalną, inteligentną i skrzącą się od niewymuszonego dowcipu komedię, będę skazany na wieczne oglądanie starych filmów Allena albo dzieł Stanisława Barei. Do tego zestawu dodać mogę jeszcze filmy oraz serial Monty Pythona. Ileż razy jednak można oglądać „Alternatywy 4”? Jasne, bardzo dużo, lecz od czasu do czasu, w przerwie między smutami, szwindlami, koszmarami i cierpieniem chciałoby się obejrzeć coś zabawnego, jednak z drugim dnem skrywającym pod lakierem błyskotliwych dialogów jakąś poważną refleksję. Ku mojemu zdziwieniu, chyba najlepszy obecnie reżyser brytyjski, Mike Leigh, mistrz kina obnażającego obłudę i hipokryzję naszego życia, nakręcił piękny, pogodny film, nie tylko co i rusz wywołujący salwy spontanicznego śmiechu, lecz także traktujący o życiu współczesnych, na pozór szarych i zwyczajnych mieszkańców Londynu. Bardzo blisko „Happy-Go-Lucky” jest do najlepszych filmów wspomnianego już Woody Allena. Z jednej strony bowiem jest to lekki, ironiczny, bardzo zabawny obraz zamieszkiwany przez sympatycznych dziwaków, z drugiej zaś nie brakuje mu kilku bardzo cienkich, lecz niezwykle trafnie wbitych szpilek będących krytyką jakiegoś zjawiska społecznego. Jego główną bohaterką jest Poppy, ponad trzydziestoletnia kobieta, nauczycielka w jednej z londyńskich szkół podstawowych. Dziewczyna uwielbia swoją pracę, a jeszcze bardziej życie oraz radość jaką z sobą ono niesie. Potrafi zachwycić się dosłownie wszystkim – nowym sklepem, w którym dotąd nie była, przejażdżką rowerową, wspólnymi chwilami spędzonymi z przyjaciółki, nawet spotkaniami z niemiłymi, sfrustrowanymi i wrogo traktującymi ją ludźmi. Popy jest osobą niezwykle pogodną, wprost uwielbiającą się śmiać i bawić. I nie w tym rzecz, iż jest widzi świat w sposób hedonistyczny. Bohaterka ma w sobie coś, o czym większość z nas zapomniała, mianowicie to, iż prawdziwe szczęście, radość, świat widziany w jasnych barwach nie wiąże się z materializmem. Kobieta nie przykłada właściwie żadnego znaczenia dla pieniądza i tego wszystkie co się z nim wiąże. To niestety u wielu wywołuje frustracje, będące źródłem samonapędzającej się agresji. Jest w filmie dość długi epizod, w którym Poppy odwiedza swoją siostrę będącą w ciąży. Obsesyjnie dbająca o porządek kobieta, widząca szczęście przede wszystkim w tapetach i meblach wypełniających jej dom, traktuje stale śmiejącą się siostrę jak osobę niedojrzałą. Jednak w tej krytyce nie chodzi o dobrotliwe pobłażanie, lecz o zawiść, bowiem spodziewająca się dziecka kobieta nie może zrozumieć, jak ktoś taki jak Poppy, nie mająca samochodu, własnego mieszkania ani męża, może być szczęśliwa. Siostra najzwyczajniej w świecie nie daje prawa naszej bohaterce do bycia szczęśliwym, ponieważ nie zachowuje się jak większość, nie zalicza się do tych, którzy pragnąc obsesyjnie czerpać radość z życia widzą go w dobrach materialnych. Jeszcze inaczej rzecz się ma z instruktorem jazdy, który uczy Poppy prowadzić samochód. Ów głęboko nieszczęśliwy człowiek nie potrafi zrozumieć, iż można nie wykonywać jego poleceń i cieszyć się chwilą, zamiast być co najmniej zakłopotanym. Scott nienawidzi ludzi, dostrzega w nich tylko i wyłącznie wady, przywary i wszystko to, co najgorsze. Akceptuje ich, jeśli ci postępują ściśle według tysięcy z góry ustalonych norm. Jeśli jednak którąś łamią, stają się godnymi pogardy śmieciami. Na Poppy patrzy jak na zwierzę, które nie jest zdolne pojąc, iż jazda samochodem to najważniejsza rzecz na świecie. A dziewczyna wszystko traktuje z ogromnym dystansem, ponieważ tylko on zapewnia niepopadnięcie w stany psychotyczne, pod wpływem których znajduje się Scott. W pewnym momencie widzimy, iż instruktor właściwie bez przyczyny wybucha, w szale próbuje pobić bohaterkę. Ta boi się, jednak przede wszystkich chce pomóc facetowi, widząc w nim cierpiąca istotę. Podobnie rzecz się ma z małym chłopcem, który jest szkolnym podopiecznym Poppy. Widząc jego kłopoty, najprawdopodobniej bardzo poważne, nauczycielka z roztrzepańca i trzpiota zamienia się we wrażliwą osobą, która potrafi słuchać o czyichś problemach. Nie wkłada na siebie kostiumu mentora, nie pragnie uchodzić za wszechwiedzącą. Widząc, że kłopoty ucznia wychodzą poza jej kompetencje, szybko organizuje grupę, która z lepszymi skutkami poradzi sobie z trudną sytuacją chłopca. Czy Poppy to postać prawdziwa, wiarygodna, którą w każdej chwili możemy spotkać uczęszczając na przykład na lekcje flamenco albo w kinowym barze? Oczywiście, że tacy ludzie istnieją, prawdziwi, zawsze będący sobą, uważnie rozglądający się dokoła i przede wszystkim wierzący w optymizm. Zewsząd bombardowani jesteśmy informacjami o cierpieniu, bólu, ludzkiej głupocie, znieczulicy i piekle jakie czynią sobie ludzie. Jest w tym mnóstwo prawdy, ale taka rzeczywistość jeśli nie jest zafałszowana, to na pewno wycinkowa. Zamknięci w czterech ścianach z oknami w postaci monitorów LCD mało wiemy o ludzkich radościach, szczęściu i wierze w przyszłość. A przecież jest mnóstwo pozytywnych dusz kochających słońce, kwiaty i cieszących się z każdej nowopoznanej osoby. Na pewno żyją wokół nas gejzery energii, które pragną z życia czerpać ile się da, nie czyniąc przy tym najmniejszej krzywdy żadnemu z ludzi. Mike Leigh filmem „Happy-Go-Lucky” zaskoczył zapewne niejednego kinomana. Kręcąc dotąd posępne dramaty, celnie punktujące ludzkie zaniedbania i życie w kłamstwie, nie znajdywał w tym ani nuty humoru. I nagle napisał scenariusz i nakręcił według niego film kipiący radością, co nie znaczy, że unikający trudnych pytań i kontrowersyjnych tez, jak chociażby ta o skostnieniu współczesnego systemu edukacji wyjaławiającego w dzieciach kreatywność, spontaniczność i siłę wyobraźni. Zrobił to po mistrzowsku, bowiem niezwykle płynnie „wyciął z rzeczywistości” pewien jej fragment i w urzekający sposób przestawił go widzom. Nie uczynił tego sam, bowiem bez wybitnych kreacji Sally Hawkins oraz Eddiego Marsana jego film z pewnością nie miałby takiej siły wyrazu. Według mnie ten film bez najmniejszych wątpliwości można umieścić w szufladce z napisem „wybitne”. „Happy-Go-Lucky” bowiem jest typowo angielskim, a zarazem zjawiskowym, pełnym polotu oraz wdzięku dopatrywaniem się głębokich prawd egzystencjalnych w pozornie błahych doświadczeniach codziennych. Życie Poppy nie wygląda inaczej niż życie każdego mieszkającego człowieka w Polsce, Niemczech czy Belgii. Jednak ona potrafi być szczęśliwa, większość z nas niestety nie.
czwartek, 03 września 2009
Długi weekend reż. Colin Eggleston
![]() "Dopóki ostatnie drzewo nie zostanie ścięte, dopóki ostatnia ryba wyłowiona i ostatnia rzeka zatruta, człowiek nie zrozumie, że pieniądze są niejadalne." Indiańskie przysłowie Człowiek jest częścią natury i dostał od niej swe życie. W konsekwencji ta postawa wyklucza, według wschodniej filozofii, myśl, że człowiek ma prawo do nieograniczonego użycia, nieograniczonej eksploatacji jego naturalnych zasobów. Można powiedzieć, że pod tym względem natura jest poświęcana dla użytku człowieka. To samo może być powiedziane jeśli chodzi o życie zwierzęce i roślinne, które tworzą część natury. Zgodnie z naukami Ziraatu droga człowieka do boskości wiedzie poprzez związek z naturą. Wszak mędrcy i święci wszystkich czasów osiągali najwyższy stan ludzkiej świadomości, oświecenie czy zbawienie w takich zakątkach, które były dzikie i ustronne i najmniej skażone ludzką ręką. Jednak człowiek w swej istocie jest gatunkiem niezwykle ekspansywnym, ciekawskim i wysoce egocentrycznym. Co prawda nasza energia i pomysły sytuują nas jako najbardziej dynamiczne i prące do przodu istoty, niekoniecznie jednak wpływa to pozytywnie na środowisko naturalne i jego mieszkańców. Tłumacząc swoje poczynania boską protekcją (Księga Genesis: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną”), człowiek w dużym stopniu podporządkował sobie naturę i bezpowrotnie unicestwił jej część folgując własnym, wynikającym często ze skrajnego egoizmu, potrzebom. W XXI wieku mając już świadomość, iż bez niej kompletnie nic nie znaczymy, nadal wobec natury przyjmujemy pozycję kata. Jednak ona stara się cały czas bronić przed całkowitym zniewoleniem i degradacją. Bo czy nie jest tak, iż coraz więcej ludzi uzależnionych od zdobyczy cywilizacyjnych stając oko w oko z istniejącą gdzieniegdzie nieskalaną przyrodą obawia się jej dzikości? Kimś takim jest Marcie, która pod wpływem perswazji męża zgada się jechać z nim w czasie weekendu na oddaloną od cywilizacji, wyludnioną australijską plażę. Podczas podróży cały czas daje mu do zrozumienia, iż przyroda antypodów napawa ją obrzydzeniem. Tym bardziej, że alternatywą miały być wolne dni spędzone wraz z przyjaciółmi w hotelu. Peter jednak to człowiek, który nie znosi sprzeciwu. Jest przykładem despoty, który ma w zwyczaju podejmować decyzje za wszystkich ze swojego otoczenia. Marcie traktuje tylko jako dodatek do napełniającego go dumą nowoczesnego sprzętu turystycznego wartego wiele tysięcy dolarów. Nie zdaje on jednak egzaminu, kiedy podczas burzy turyści błądzą w australijskim buszu. Po bezsennie spędzonej nocy na łonie natury, pełnej tajemniczych i napawających grozą odgłosów, młodemu małżeństwu udaje się dostać na wymarzoną plażę. Wjeżdżając na okalające ją piaszczyste wydmy wozem terenowym naruszają nieskazitelny charakter prawdziwe unikalnego, przepięknego miejsca. Gwałt ów zaczyna eskalować kiedy Peter wraz z Marcie zaczynają rozbijać namiot, rozpalać ognisko, rzucać odpadkami na prawo i lewo oraz bezmyślnie dewastować wszystko dokoła. Jego finał ma miejsce podczas brutalnego mordu na niezwykle rzadkim okazie krowy morskiej, kiedyś bardzo często spotykanej u wybrzeży Australii. Niechęć bohaterki do otaczającego ją świata nie wynika jednak z kaprysu czy chwilowej niedyspozycji. Jest wynikiem poaborcyjnej traumy, z której Marcie próbuje się jakoś wydostać. Egoistyczna zachcianka męża wcale jej w tym nie pomaga, wręcz przeciwnie, pogrąża dziewczynę w coraz większej depresji. Bohaterka bowiem widząc wokół siebie zwierzęta opiekujące się swym potomstwem zaczyna coraz bardziej zamykać się w sobie. Peter nie stara się nawet zrozumieć jej lęków, w żaden sposób nie próbuje ratować sypiącego się związku. Traktuje Marcie jako jeszcze jeden element turystycznego ekwipunku, który według jego mniemania ma zapewnić mu, nawet w najbardziej ekstremalnych warunkach, komfort niezbędny do efektywnego wypoczynku. „Long Weekend” Colina Egglestona to film analizujący, a przede wszystkim piętnujący obrzydliwą przywarę ludzką jaką jest egoizm. W całej jaskrawości, w sposób niezwykle precyzyjny, momentami nawet szokujący, prezentuje paradoksalną dwoistość człowieka. Z jednej strony w swej pysze chce on być uznany za najdoskonalszą istotę pośród żyjących na ziemskim globie, z drugiej zaś w przedziwnym ślepym pędzie dąży do destrukcji nie tylko otaczającego go środowiska naturalnego, lecz także do zagłady własnego gatunku. Obraz australijskiego reżysera nie jest więc tylko kolejnym głosem w dyskusji o antagonizmie między cywilizacją a naturą, lecz przede wszystkim wyjątkowo trafną krytyką natury ludzkiej ukształtowanej przez konsumpcyjną, hołubiącą nieskrępowanej wolności zachodnią demokrację. Ów liberalizm nie przejawia się tylko na katastrofalnej ignorancji natury, lecz także na próbie uprzedmiotowienia drugiej istoty ludzkiej. Światopogląd obojga bohaterów sprowadza się tylko i wyłącznie do płaszczyzny materialnej. Przyrodę traktują jak swoją własność, a tym samym dają sobie prawo do jej niszczenia. Siebie próbują podporządkować, sprowadzić do roli rzeczy, z którą przecież można zrobić wszystko. W tym procesie oboje uciekają się do kłamstw, manipulacji, nieszczerości, a nawet do agresji i przemocy. Wreszcie Marcie decyduje o unicestwieniu rodzącego się w niej życia przyjmując tym samym często lasowaną przez liberalną ideologię człowieka jako boga. Okazuje się jednak, iż bohaterom nie wszystko wolno. Pozycja ludzkiego boga staje się bardzo ograniczona wobec prawdziwej siły jaką jest natura. Eggleston w swoim filmie daje do zrozumienia, iż przyroda dająca człowiekowi idealne środowisko do egzystencji, a tym samym dzieląca się swoją ogromną siłą życiową, równie dobrze może mu ją zabrać. Tezę tę Australijczyk ubiera w kostium horroru, ale nawet niedzielny odbiorca gazetowych lub telewizyjnych doniesień ze świata, wie, iż człowiek wobec wszelkiego rodzaju żywiołów uzbrojony nawet w najnowocześniejsze zdobycze techniki staje się bezradny niczym niemowlę. Trzeba przyznać, iż Eggleston po konwencji grozy porusza się ze znawstwem wybierając z jej środków tylko te, które są mu naprawdę niezbędne. Nie epatuje okrucieństwem, nie manipuluje emocjami widza. Skupiając się na ukazaniu natury człowieka żyjącego w metropolii stara się nadać swojemu filmowi wymiar uniwersalny. Nie ucieka się do tanich chwytów w rodzaju jump scenes, lecz kolejnym elementom fauny i flory nadaje rangę symboli funkcjonujących w obrazie odwiecznego konfliktu natury z kulturą. Efektem takiego podejścia artysty do tematu stał się niezwykle rzadki przypadek horroru, w którym budzący grozę entourage jest tylko pretekstem do powiedzenia czegoś bardzo ważnego o współczesnym świecie. Czy kogoś przekona taka wizja istoty ludzkiej, antagonistycznie nastawionej nie tylko do dzikiej przyrody, lecz także do swych pobratymców? Biorąc pod uwagę przesłanie filmu, jedni na pewno zachłysną się punktem widzenia Egglestona, inni, widzący w środowisku naturalnym tylko i wyłącznie pole do eksploatacji, którym kierują najsilniejsi, wzruszą ramionami nad ekologicznym wymiarem „Long Weekend”. Podobnie może wyglądać recepcja filmu Australijczyka jeśli chodzi o jego formalną warstwę. Dla wielu odbiorców ascetyczna, za to niezwykle precyzyjna realizacja, bazująca na długich ujęciach, niedopowiedzeniach i minimalizmie w stosowaniu efektów specjalnych może wydać się nudna, niczym stare ramoty puszczane w ramach „Pereł z lamusa”. Jednak widz lubujący się w kinie takich mistrzów jak Alfred Hitchcock czy Roman Polański na pewno dostrzegą podobieństwo „Long Weekend” do takich filmów jak „The Birds” , „Nóż w wodzie” czy „Matnia”. I co najważniejsze, obraz Egglestona w niczym wyżej wymienionym klasykom nie ustępuje.
wtorek, 25 sierpnia 2009
Opór reż. Edward Zwick
![]() Dla wielu „Opór” Edwarda Zwicka będzie zapewne kolejną produkcją zrobioną przez Hollywood (podobno zdominowany przez Żydów) i traktującą o martyrologii narodu żydowskiego. Powiedzą oni, że w historii kinematografii było już o tym tyle filmów, iż kolejny potrzebny nie jest (tak było chociażby przy „Pianiście” Romana Polańskiego). Moim zdaniem sądy takie wynikają tylko i wyłącznie z braku elementarnej wiedzy historycznej. Nikt, kto poczytał sobie choćby kilka opracowań o obozach koncentracyjnych, o działaniach SS w Polsce, na Ukrainie czy Białorusi nie będzie miał wątpliwości, iż filmy tego typu powinny powstawać co jakiś czas po to, by pamięć o piekle jakie naród niemiecki stworzył Polakom, Żydom oraz Romom trwała jak najdłużej. Najbardziej rzetelne opracowania historyczne oddziałują tylko na bardzo wąski krąg odbiorców. Filmy powstające w Hollywood, niczym coca-cola, trafiają w najodleglejsze i najbardziej niedostępne regiony świata. Pamięć o zbrodniach hitlerowskich w świadomości cywilizowanych ludzi nie na prawa zaginąć. Nie może być tak, iż nasi potomkowie traktować je będą tylko i wyłącznie jako suche fakty historyczne podlane bezosobową statystyką. To bowiem co wydarzyło się podczas II wojny światowej, bezwzględny i zaplanowany mord wielu milionów osób, nie można nazwać inaczej jak urzeczywistnieniem piekła o jakim dotąd czytaliśmy tylko w Biblii. Studiując historię świata, zwłaszcza tę najnowszą, z cywilizowanym człowiekiem jako jej bohaterem, trudno znaleźć wydarzenia podobne hitlerowskiej makabrze. Film Zwicka opowiada o polskich Żydach, którzy uchroniwszy się z niemieckiej eksterminacji postanawiają ukrywać się w lasach na terenie dzisiejszej Białorusi. Ciężko pracując i żyjąc w ekstremalnie trudnych warunkach budują wśród drzew coś na kształt niewielkiego miasteczka. Ich życie zdominowane jest przez nieustanne poczucie zagrożenia. Wrogami bowiem są nie tylko Niemcy oraz bezlitosna natura, lecz także głód, choroby, donosiciele, partyzanci rosyjscy oraz tarcia między samymi Żydami. Co jednak najdziwniejsze, ludzie pod przywództwem braci Bielskich nie godzą się ze swym losem narodu skazanego na zagładę. Nie czują tego defetyzmu, który dostrzec można było w postawie Żydów biernie idących na rzeź w gettach, pacyfikowanych wsiach czy obozach koncentracyjnych. Ich walkę porównać można do zbrojnego wystąpienia żydowskich podziemnych formacji zbrojnych, które miało miejsce na terenie warszawskiego getta pod koniec jego likwidacji przez Niemców w trakcie Operacji Reinhard. Żyjący w puszczy Żydzi potrafią się zorganizować i działać dla wspólnego dobra. Rozumieją, iż tylko działanie w jedności jest ich jedyną szansą na ocalenie. Kiedy wreszcie zostają zmuszeni do walki z tropiącymi ich nazistami, biorą broń do ręki o stają twarzą w twarz z dużo lepiej od nich wyszkolonymi i uzbrojonymi żołnierzami. Wiedzą, że czeka ich śmierć, jednak w ich mentalności dokonała się pewna zmiana. Pokonując w puszczy kolejne etapy ekstremalnego życia, zaczynają zdawać sobie sprawę, iż to, czy zostaną zgładzeni zależy w pewnym stopniu od nich. Zamiast więc przebywać w gettach i czekać na zagładę, wolą uciec do lasu i tam toczyć heroiczną walkę zarówno ze swymi słabościami jak i niemieckim najeźdźcą. Nie znam szczegółów historii braci Bielskich. Trudno mi więc zweryfikować, ile w filmie Edwarda Zwicka znajduje się prawdy historycznej, a ile trudno weryfikowalnych uniwersalnych treści. Jednak dla kogoś, kto troszkę liznął historii, wydarzenia w „Oporze” mogą wydać się uproszczone, schematyczne, by nie powiedzieć lekko bajkowe. Trzeba pamiętać, iż tereny na jakich dzieje się akcja filmu zamieszkiwane były nie tylko przez Polaków i Żydów, lecz także przez ludzi należących do narodowości ukraińskiej i rosyjskiej. Do momentu inwazji niemieckiej tygiel ten może nie był stale w stanie spoczynku, lecz nie dochodziło w nim do kulturowego wrzenia. Niemcy swą bezpardonowością i okrucieństwem wyzwolili w wielu mieszkańcach wszystkie zadawnione waśnie, kłótnie i głęboko skrywaną nienawiść. Jak wiadomo między wszystkimi nacjami zaczęło wrzeć. Mordy i pogromy zaczęły być normą zarówno wśród ludności polsko- jak i rosyjskojęzycznej. Największymi ofiarami stali się Żydzi, którzy nie mogli liczyć na pomoc właściwie nikogo. Zabrakło mi tego w filmie Zwicka. Ale z drugiej strony trudno się dziwić temu, iż „Oprór” nie jest historycznym freskiem klarującym wszystkie niuanse narodowe jakie zachodziły na wschodnich rubieżach ówczesnej Polski. Film ten bowiem przede wszystkim miał zainteresować amerykańską publiczność zarówno przejmującą opowieścią jak również dynamicznym sposobem opowiadania. Wszak gdyby Zwick Altmanowską metodą kilkunastu przecinających się wątków miał pokazać jakieś niezwykle skomplikowane, trudne do odtworzenia zjawisko, mało który z amerykańskich widzów odwiedziłby kino by zobaczyć taki film. A tak mamy dwóch bardzo przystojnych bohaterów, którzy co prawda rywalizują między sobą, lecz w decydującym momencie uświadamiają sobie wagę jedności. Oprócz tego jest bardzo uniwersalna historia o zjednoczonej społeczności, która dzięki wspólnocie i poświęceniu potrafi znieść nawet najcięższe kataklizmy (czyżby miałaby to być metafora amerykańskiego społeczeństwa, które osłabione kryzysem potrzebuje takich obrazków „ku pokrzepieniu serc”?). Akcja toczy się bez większych przestojów, trudno w niej także znaleźć jakiej fabularne czy logiczne lapsusy, które wśród inteligentniejszych odbiorców skreślałyby ten film definitywnie. „Opór” jest więc bardzo sprawnie zrealizowanym i atrakcyjnym filmem, który może i wiele spraw, ważnych dla kilku narodów, bardzo upraszcza, co nie zmieni faktu, iż jego walory historyczne i edukacyjne stanowią wartość samą w sobie. Wystarczy bowiem choćby kilku zainteresowanych tematem, którzy sięgną po literaturę historyczną, by mówić o wielkim sukcesie filmu. A takich, próbujących się dowiedzieć, dlaczego pewne straszne z ludzkiego punktu widzenia wydarzenia miały miejsce, po filmie Zwicka na pewno będzie sporo.
niedziela, 16 sierpnia 2009
Kac Vegas reż. Todd Phillips
![]() Wakacje, słońce, plaża, dalekie wypady, alkohol i imprezy – w czasie przeżywania takich atrakcji człowiek raczej nie myśli o siedzeniu w ciemnym kinie i wpatrywaniu się w ruchome obrazki. Doskonale wiedzą o tym producenci oraz dystrybutorzy i w związku z tym w czasie letnik kanikuł na ekranach rządzi repertuar lekki, łatwy i przyjemny. Ambitny kinoman raczej nie znajdzie nic dla siebie, ale jak niektórzy mawiają „na bezrybiu i rak ryba”. Tym razem chcąc trochę się pośmiać, postanowiłem wybrać się na film Todda Phillipsa „Kac Vegas”. Przyznam się szczerze, iż amerykańskie komedie to raczej nie moja bajka, wolę humor Woodego Allena, Monty Pythona, lubię komedie czeskie, brytyjskie, a ostatnio w niezwykle dobry nastrój wprawił mnie film „Happy-Go-Lucky” Mike’a Leigha. Z jakim nastawieniem poszedłem więc na „Kac Vegas”? Ano z takim, iż zobaczę niegłupią komedyjkę, na której trochę się pośmieję, chociaż raz zostanę zaskoczony jakimś zwrotem akcji, a w chwilę po seansie zapomnę prawie wszystko. Dokładnie taki film dostałem. Czterej mężczyźni wybierają się z Los Angeles do Las Vegas. Trzech z nich czwartemu pragnie właśnie tam urządzić wieczór kawalerski, który przyszły mąż zapamięta do końca życia. Wynajmują totalnie wypasiony apartament, po czym otwierają butelkę wódki i zaczynają imprezę. Następna scena przedstawia pobojowisko w hotelowym apartamencie. Bohaterowie budzą się z potwornym kacem i z trudem dostrzegają, iż popijawa musiała być niesamowita. Wskazuje na to nie tylko ból głowy, zdewastowany apartament i niezliczona ilość opróżnionych butelek. Po pomieszczeniu co i rusz przemyka kura, a w łazience zamknięty jest wielki i bardzo głodny tygrys. Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy trzej kumple odkrywają, iż brakuje najważniejszego członka eskapady, narzeczonego, który następnego dnia ma poślubić piękną kobietę. Sytuacja wydaje się patowa, bowiem ostatnim wspomnieniem jakie nasi bohaterowie zanotowali w swojej pamięci jest pierwszy toast. W „Kac Vegas” bardzo spodobał mi się pomysł z zanikiem pamięci. Bohaterowie, tym razem jeszcze młodzi, ale tkwiący już w rodzinnych, czasami niełatwych i skomplikowanych, zależnościach nie pamiętają nic z ostatnich kilkunastu godzin. Wszystko jednak wskazuje na to, że musieli tu i ówdzie nieźle nabroić. Panowie wykorzystując swoja pomysłowość i spryt zaczynają odkrywać co działo się, kiedy ich umysł tkwił w stanie pomroczności jasnej. Nie trudno się domyśleć, iż nocne wyczyny bohaterów przerastają jakiekolwiek ich wyobrażenie o swawolnym imprezowaniu. Akcja mknie do przodu jak oszalała, jeden gag goni kolejny, zwrotów akcji jest co nie miara, wreszcie bohaterowie wszystkie przeciwności losu pokonują nie siłą fizyczną i wulgarnością, ale przy wykorzystaniu sprytu i poświęcenia – czy można wymagać czegoś więcej od wakacyjnej, niezobowiązującej rozrywki filmowej? Tym bardziej, iż momentami komedia Todda Phillipsa jest naprawdę zabawna. Co prawda niektóre motywy są żywcem wzięte z komedyjek dla gimnazjalistów (rzucanie się prezerwatywami „po przejściach”) albo gloryfikują postacie maksymalnie skompromitowane (Mike Tyson musi być naprawdę w ogromnym dołku finansowym), jednak większość dowcipów utrzymana jest na sensownym, wzbudzającym szczery śmiech poziomie. Polecam tym, którzy mają chętkę przez chwilę się pośmiać, by później w dobrym nastroju kontynuować zabawę podczas wakacyjnego wieczoru.
niedziela, 09 sierpnia 2009
Red reż. Lucky McKee, Trygve Allister Diesen
![]() Żyjąc sobie spokojnie w krajach należących do zachodniego kręgu kulturowego ogólnie rzecz ujmują mamy zaufanie zarówno do instytucji stojących na straży naszego bezpieczeństwa jak i do ludzi, z którymi codziennie się spotykamy i których przypadkowo mijamy na ulicy. Płacimy podatki, aby mieć przekonanie, iż władza ustawodawcza, wykonawcza oraz służby im podległe, robią wszystko, abyśmy nie musieli żyć w ciągłym strachu przez nieobliczalnymi indywiduami. Jak te służby działają, to już inna sprawa. Jednak dla nas, obywateli, wyborców, płatników podatków najważniejsza jest świadomość, iż w razie niebezpieczeństwa w każdej chwili możemy zwrócić się o pomoc. Co zrobić jednak, kiedy w ewidentnie kryminogennej sytuacji nie możemy liczyć na pomoc jakiejkolwiek instytucji, która z racji konstytucyjnych zobowiązań musi nam jej udzielić? W takim położeniu znalazł się Avery Ludlow, starszy, samotny mężczyzna, którego historię poznajemy w momencie, kiedy pewnego dnia postanawia wybrać się z równie starym jak on psem na ryby. Odpoczywając na łonie natury, bohater nagle spostrzega, iż znalazł się w towarzystwie trzech młodocianych opryszków, z których jeden uzbrojony jest w sztucer. Chłopcy drwią z mężczyzny, a nawet próbują go obrabować. Kiedy jednak orientują się, iż Ludlow jest odpory na zaczepki, zabijają jego psa jednym celnym strzałem z bardzo bliskiej odległości. Śmierć psa jest dla bohatera szokiem. Zwierzę bowiem mężczyzna dostał na pięćdziesiąte urodzony od swojej ukochanej, nieżyjącej obecnie żony. Po chwili rozpaczy bohater postanawia działać. Chce, aby chłopcy ponieśli jakieś konsekwencje za swój haniebny czyn. W celu wyjaśnienia całej sytuacji Ludlow wybiera się do ojca mordercy ukochanego zwierzaka, miejscowego potentata, który dorobił się fortuny uczestnicząc w nie do końca legalnych interesach. Mężczyzna okazuje się tępym sukinsynem nie tylko broniącym zawzięcie swoich synów (w zdarzeniu brał również udział brat mordercy), lecz również srodze się oburzającym na to, iż bohater robi jakiś wielki raban z powodu śmieci kundla. Ludlow nic nie wskórawszy w domu zabójców, informuje o czynie policję oraz prokuraturę. Nic to jednak nie daje, bowiem obie instytucje dowiedziawszy się, kto będzie stroną w rozprawie sadowej rezygnują z dochodzenia uzasadniając swoje działania małą szkodliwością społeczną czynu. Co prawda bohater spotyka się z życzliwością i zrozumieniem ze strony swoich przyjaciół, jednak drąży go poczucie bezradności i bezsilności. Nie potrafi zrozumieć, że tak naprawdę życie zwierzęcia dla większości ludzi znaczy tyle samo, ile wyrzucenie pustej puszki po piwie. Kiedy o jego prawie w lokalnej telewizji zostaje wyemitowany krótki reportaż, nagle agresja ze strony rodziny McCormacków staje się jawna. Avery Ludlow zostając właściwie sam na placu boju zaczyna dochodzi sprawiedliwości, a przede wszystkim prawdy, na własną rękę. Niechęć, uprzedzenia i wrogość zamieniają się w nienawiść. Nagle początkowo niedostrzegalna spirala agresji zaczyna nakręcać się do wręcz niespotykanego stanu. Adaptacja powieści Jacka Ketchuma to opowieść u ludzkiej bezsilności, która pod wpływem różnych czynników przerodzić może się w napędzającą do działania wściekłość. Bohater reżyserskiego tandemu Diesen i McKee szukając sprawiedliwości pod wpływem znieczulicy i bezmiaru ludzkiej głupoty staje się istotą, której w pewnym momencie determinacja przysłania rozsądek. Avery Ludlow, weteran drugiej wojny świtowej, z człowieka zrównoważonego, opanowanego i statecznego, staje się kimś, kto dla dowiedzenia swoich racji zrobi absolutnie wszystko. My, jako odbiorcy, od samego początku konfliktu jesteśmy po stronie głównego bohatera, kiedy jednak eskalacja antagonizmu przybiera wręcz absurdalne rozmiary, zaczynamy rozumieć, iż nie ma już strony, która mogłaby siebie nazywać niewinną. Twórcy próbują nas zmusić do dyskusji na temat tego, jak reagować na przemoc. W sposób dość oczywisty sugerują, iż przeciwstawienie się jawnej agresją nic nie daje. Tym samym oskarżenie pada na służby, które powinny nas chronić – policję oraz wymiar sprawiedliwości. Obie instytucje, utrzymywane z pieniędzy podatników, powinny w jak najszerszym wymiarze służyć społeczeństwu. Okazuje się jednak, iż prawo nie jest jednakowe dla wszystkich. Ci, którzy mają zasobniejsze portfele, mogą w nich mieć również oprócz pieniędzy także prawo. Jeszcze bardziej widocznie oskarżenie pada na instytucje polityczne oraz organizacje pozarządowe, które propagują w Stanach Zjednoczonych powszechne prawo do posiadania broni bez zezwolenia. Dla mnie to jest absurd wręcz kosmiczny. Jak bowiem człowiekowi, istocie tak agresywnej, skorej do zabijania z byle powodu, można w świetle prawa dawać zabawki, które umożliwiają eliminację głośnego sąsiada albo staro wyglądającego psa? To tak, jakby dać dwuletniemu dziecku nożyczki i dziwić się, że zrobiło sobie nimi krzywdę. Zupełnie niezrozumiała i kompletnie infantylna jest dla mnie interpretacja pojęcia wolności ujmowana w kontekście posiadania lub nieposiadania broń palnej. Powyższe rozważania mogą sugerować, iż „Red” może być kinem brutalnym, mocnym i pełnym okrucieństwa. Nic bardziej mylnego. Film Diesena i McKee rozgrywa się dość wolno i sennie. Nie jest to kino sensacyjne, raczej dramat, który pod wpływem tragicznego wydarzenia odsłania tragiczne losy starego człowieka. Cała historia bowiem pokazana jest przez pryzmat kogoś, kto w przeszłości przeszedł kataklizm życiowy. Historia z psem spowodowała , iż wszystkie demony z przeszłości wróciły, atakując ze zdwojoną siłą. Film więc pokazany z perspektywy takiego a nie innego bohatera, nie mógł przybrać postaci emocjonującego, nowocześnie nakręconego thrillera. Jednak splot wydarzeń składających się na akację jest przedstawiony tak wiarygodnie, iż film wręcz wbija w fotel ładunkiem emocji. Nie ma w tym nic z filmowej szarlatanerii, dzięki której przy użyciu efektownego montażu, flashbecków i efektów specjalnych mami się dzisiaj widza. „Red” w swojej formie jest odzwierciedleniem osobowości głównego bohatera, który pod powłoką opanowania i rozwagi kryje bogactwo prawdziwych uczuć i emocji silnie naznaczone piętnem ciągle bolącej tragedii z przeszłości. Twórcy w swoim filmie pokazali, iż w życiu bywają pozornie banalne sytuacje konfliktowe, których rozwiązanie może być niezwykle trudne. Jest bowiem w człowieku coś, co nieuchronnie pcha go na wojenną ścieżkę. Drzemie w nas dusza drapieżnika, instynkty, których wytłumienie jest czasami bardzo trudne. Graniczy to z absurdem, ponieważ wielu filozofów czy humanistycznych myślicieli stawia istotę ludzką na piedestale, a tak naprawdę granica między nim, a dzikimi zwierzętami bardzo często bywa iluzoryczna. Zapiekli w udowodnianiu swoich racji, w zdobywaniu pieniędzy czy władzy zdolni jesteśmy do absolutnie każdego czynu. Dlatego widzenie w człowieku jakiejś szczególnej istoty jest, delikatnie mówiąc, bardzo dużym nieporozumieniem.
czwartek, 30 lipca 2009
Rocky Balboa reż Sylvester Stallone
![]() Ktoś zapyta, po co oglądać kolejną odsłonę perypetii faceta, który się pięściom nie kłaniał. Wszak Stallone i jego postacie Rocky’ego i Johna Rambo w wielu kręgach uchodzą za synonim złych filmów epatujących bezsensowną przemocą i propagujących kino z prymitywnym scenariuszem. Może i tak, a może wcale nie. Ja wychowałem się na filmach ze Sylwestrem, na samym początku lat 90-tych, w pięknej erze odtwarzaczy video, postacie odgrywane przez Stallone znał każdy, a w szkole każdy ruch Rambo był gorąco dyskutowany. Kiedy więc aktor ostatnimi czasy postanowił przypomnieć publiczności kultowe kreacje, jakoś ciężko było ominąć filmy „John Rambo” i „Rocky Balboa”. Najpierw obejrzałem sobie „Rambo” i wręcz ze zdziwieniem stwierdziłem, iż Stallone zrobił świetny film akcji. Tylko tyle i aż tyle. Jak wyszło mu kolejny „romans” z Rockym? Mówiąc najkrócej, Stallone zrobił całkiem dobrze oglądający się film o przemijaniu człowieka, który kiedyś był na ustach całej Ameryki. Teraz Rocky Balboa przywdziawszy czerwoną, trochę śmieszną, marynarkę prowadzi niewielką restauracyjkę z włoskim jedzeniem. Okazuje się to niełatwym zajęciem, bohater poświęca mu cały swój czas. Bardzo tęskni za bliskimi, bowiem w chwili obecnej żyje zupełnie sam. Jeśli tylko może, wybiera się na cmentarz, by przy grobie swoje zmarłej żony wspominać dawne, szczęśliwe czasy. Rocky nie potrafi znaleźć także wspólnego języka z synem, który dostawszy pracę w wielkiej korporacji całkowicie poddaje się narzuconemu przez nią stylowi życia. Wszystko to trapi boksera, nie pozwala mu żyć w spokoju, nie daje poczucia spełnienia i bezpieczeństwa. Samotność, coraz mocniej dająca o sobie znać starość, wreszcie kierat tych samych, stale powtarzanych czynności rodzi w Rockym bunt. Budzi się w nim jego prawdziwa natura - boksera, walczaka, wojownika. Opowiadanie przypadkowym gościom restauracji o czasach dawnej świetności zaczyna go irytować, bowiem gdzieś rodzi się w nim chęć stoczenia jeszcze jednego, tym razem ostatniego pojedynku na ringu. Ma być ona prawdziwym egzorcyzmem wyzwalającym od wszystkich namiętności, które pchają go na ring. Film budzi szacunek przede wszystkim dlatego, iż nie ma w nim za grosz patosu. Jest prostą historią, dobrze opowiedzianą i porządnie sfotografowaną. Bez problemu wierzy w nowego Rocky’ego, który po latach mordobicia na ringu, szumu medialnego i bycia gwiazdą teraz próbuje być normalnym człowiekiem, który w okularach na nosie szuka po bazarach najlepszych towarów do swojej restauracji. Z drugiej trony nie chce być szarym człowiekiem przez resztę życia machinalnie wykonującym te same czynności. Gdzieś głęboko w nim tkwi konflikt polegający na starciu się ze sobą wojownika z rozsądkiem podpowiadającym mu, iż powinien znaleźć sobie kobietę oraz spróbować naprawić kontakty z synem. Jak nietrudno się domyślić, finałem filmu jest walka bokserska, bardzo ciężka i wielorundowa, która na Rocky’m Balboa wywrze kolosalne wrażenie. Wcześniej jednak będzie musiał przejść morderczy trening, samotnie, co najwyżej przy wsparciu najbliższych mu osób. Oczywiście Rocky’emu przed walką udaje się pogodzić zarówno z synem jak dojść do porozumienia z kobietą, która odkrywa w nim zdolność do bycia odpowiedzialnym za drugiego człowieka. Wszystko to jednak poszło zbyt gładko i nie bardzo pasuje do wcześniejszych perypetii bohatera, które dość mocno dały mu się we znaki. Miałem wrażenie jakby Stallone bardzo, ale to bardzo chce wrócić do schematów poprzednich części, w których najważniejsze były nie sens, a chwytanie za gardło tanimi, sentymentalnymi sztuczkami. Niestety, Stallone nie ustrzegł się ich. Podczas walki, którą jak zwykle do pewnego momentu przegrywa z kretesem, nagle przypominają mu się wszystkie piękne chwile z przeszłości, dzięki którym wstaje na ring i zaczyna walkę od nowa bijąc w ostatniej rundzie przeciwnika. Jest też w filie Stallone zbyt dużo dialogów, jakby nie ufał swoim zdolnościom aktorskim i chciał zbyt dużo wytłumaczyć słowem. Film robi się wtedy przegadany i nazbyt ckliwy. Zdecydowanie najlepszymi fragmentami są te, kiedy Balboa chodzi po pustych, zapuszczonych i trochę niebezpiecznych ulicach Filadelfii. Gdzieś wtedy bez słów wychodzi podobieństwo między stanem duszy bohatera, a miejscem, po którym się porusza. Widać, że Stallone potrafi zrobić film jeśli jest sam sobie sterem i okrętem. Potrafi napisać niezły scenariusz oraz wyreżyserować film tak, aby dało się go oglądać. Co najważniejsze, ma także świadomość tworzywa jakim się posługuje. „John Rambo” nie został zrobiony do końca na serio, gdzieś w nim jest delikatna gra konwencją. Ale z drugiej strony Stallone zrobił porządne kino akcji bez zbędnych dialogów oraz pokazywania światu, iż rzeczywistość nie składa się tylko z bieli i czerni. „Rocky Balboa” to niezły film o przemijaniu, o chwilach, w których samotność zaczyna być przeciwnikiem o wiele wymagającym, niż największy twardziel na ringu. Wreszcie Stallone opowiada historie o jednostce wyjątkowej, która nie potrafi cały czas siedzieć w jednym miejscu. Balboa to typowy bohater z amerykańskiego mitu, który pomimo wszelakich przeciwieństw ciągle dąży ku nowym wyzwaniom. Gdybym mógł poradzić coś panu Stallone, to powiedziałbym, aby na tych dwóch filmach zakończył opowieści o Rambo i Rockym. Dobrze więc byłyby zejść z reżyserskiego ringu „Rocky i Rambo” mając za sobą tak dobre odstanie odsłony tychże walk.
środa, 22 lipca 2009
Tunnel Rats reż. Uwe Boll
![]() Uwe Boll, reżyser wielu idiotycznych horrorów, porównuje się do Eda Wooda, którego pół żartem, pół serio uważa się za najgorszego twórcę filmowego w historii kina. Po Internecie krążą nawet petycje mające na celu wywrzeć presję na Bollu, aby ten przestał już kręcić filmy. Nie będę w tej materii zabierał głosu, ponieważ pierwszym filmem Niemca z jakim się zapoznałem, to „1968 Tunnel Rats”. I musze przyznać, iż nie żałuję ani jednej minuty spędzonej na seansie tego obrazu. „1968 Tunnel Rats” to historia specjalnego oddziału wojska amerykańskiego, którego zadaniem było likwidowanie żołnierzy Vietcongu przemieszczających się podziemnymi tunelami. W filmie Bolla poznajemy jedną z takich formacji złożonych przede wszystkim z niedoświadczonych amerykańskich żołnierzy, którzy podczas rutynowego patrolu trafiają na wietnamski opór. Rozpoczyna się mordercza walka prowadzona zarówno w leśnych ostępach jak również w ciasnych, dusznych i najeżonych pułapkami tunelach wydrążonych przez bojowników komunistycznej partyzantki. Uwe Boll zbudował swój film na znanym i po wielokroć wykorzystywanym schemacie. Nowi żołnierze przybywają na teren walki. Poznajemy ich nazwiska, nawyki, przyzwyczajenia, upodobania, wady i zalety. Twórcy przedstawiają nam po prostu zwyczajnych ludzi, którzy za chwilę stawią czoła ekstremalnej sytuacji. Następnie oddział wybiera się na akcję, której celem będzie zbadanie jakiegoś odcinka sieci tuneli i zlikwidowanie potencjalnego zagrożenia, czyli żołnierzy i sprzymierzeńców wroga. W tym samym czasie Vietcong rozpoczyna ofensywę, która doprowadzić ma do zlikwidowania bazy wypadowej amerykańskich żołnierzy. Pomimo schematyczności film Bolla ogląda się naprawdę z dużym zainteresowaniem. Najbardziej przekonywujące są te fragmenty, które dzieją się w bardzo wąskich tunelach. Realizm tych scen wręcz przytłacza odbiorcę. Dla żołnierzy amerykańskich czołganie się wśród rozstawionych pułapek i stale czyhających na nich wietnamskich wrogów jest prawdziwym piekłem. Boll nie potrafi psychologizować, nie bawi się więc w niuanse ludzkich odczuć jakie mogą zostają wyzwalane w człowieku podczas walki na śmierć i życie. Może dlatego jego postacie nie są szczytem wyrafinowania. Filmem „1968 Tunnel Rats” udowodnił jednak, że potrafi zrobić profesjonalne, męskie kino, które momentami ogląda się z zapartym tchem. I jeszcze jedna rzecz zwróciła moją uwagę. Boll nie staje po żadnej ze stron konfliktu. Pokazuje wojnę jako totalny upadek ludzkiej moralności. Nawet nie próbuje przekonywać do ideologii, jaką karmili swoich żołnierzy zarówno amerykańscy sztabowcy jak i propagandziści z Vietcongu. Reżyser uważa walkę z komunizmem jak i z amerykańskim imperializmem za skończoną głupotę, jeśli żołnierze znajdujący się po obu stronach konfliktu muszą niczym insekty wędrować po w brudnych, ciasnych tunelach wyniszczając się wzajemnie. Przedstawia ludzkość z jej wartościami i ideami jako potwory gotowe zorganizować innym piekło, byle tylko postawić na swoim. Niektórych utwierdził w przekonaniu, a innych uświadomił, że w swej istocie wojny wywołują drzemiącą w większości ludzi bestię zdolną do każdego czynu. Jeśli ktoś nie wierzy, iż ten Uwe Boll, chyba najbardziej pogardzany reżyser ostatnich lat, potrafi zrobić naprawdę solidne kino, niech poświęci czas na obejrzenie „1968 Tunnel Rats”.
środa, 15 lipca 2009
Slumdog. Milioner z ulicy reż. Danny Boyle
![]() 8 statuetek Oskara, 4 Złote Globy, 7 prestiżowych nagród BAFTA oraz Złota Żaba dla Anthony’ego Dod Mantle – to najważniejsze nagrody jak ostatnio zdobył „Slumdog. Miloner z ulicy” Danny’ego Boyle’a. Oczywiste jest, że nagrody wcale nie muszą być miernikiem wartości artystycznej danego filmu. Jednak jeśli dzieło zdobywa tyle ważnych wyróżnień, warto zainteresować się jego fenomenem. Tym bardziej, iż jego twórcą jest Danny Boyle, reżyser, którego dokonania artystyczne sytuują go wśród ludzi kina stale poszukujących czegoś nowego w sztuce. Każdy film Brytyjczyka jest jakby wkroczeniem do nowej, twórczej krainy, w której co prawda wielu zmagało się z filmową materią, jednak on starał się znaleźć w niej coś nowego. Dowodem na to mogą być chociażby filmy fantastyczne - „28 dni później” i „W stronę słońca”. No ale bezsprzecznie najbardziej znanym jego filmem stał się ostatni, „Slumdog. Milioner z ulicy” Film rozgrywa się na trzech planach narracyjnych. Pierwszym z nich, spajającym dwa pozostałe, jest udział głównego bohatera, Jamala K. Malika, w indyjskiej wersji teleturnieju Milionerzy. Całe Indie ogarnia teleturniejowa gorączka, ponieważ chłopak, służący w jednej z firm zajmującej się telemarketingiem, jaki pierwszy dostaje możliwość odpowiedzi na ostatnie, będące bramą do ogromnej fortuny pytanie. W międzyczasie widzimy, iż główny bohater jest przesłuchiwany przez policję, która podejrzewa go o jakieś oszustwa związane z odpowiedziami w Milionerach. Funkcjonariusze nie mogą uwierzyć, iż tak mało ważny, młody człowiek może posiadać niezbędną wiedzę w zdobyciu ogromnej ilości pieniędzy. Historia opowiedziana policjantom podczas przesłuchania jest najważniejszą częścią filmu. To z niej dowiadujemy się, iż Jamal wraz z bratem Salimem w wieku kilku lat zostali sierotami bez matki i domu z powodu waśni na tle religijnym między wyznawcami hinduizmu a muzułmanami. Dalej musieli radzić sobie sami, narażając się na największe niebezpieczeństwa, z głodem, chorobami i bezwzględnymi gangsterami na czele. Oczami Jamala i Salima poznajemy Indie, zupełnie inne niż te, pokazywane dotąd przez filmy made in Bollywood. Ze „Slamdog” wynika, iż jest to kraj gigantycznych kontrastów, w których straszliwa bieda dosłownie graniczmy z niewyobrażalnych bogactwem. Z jednej strony Hindusi żyją w przypominających lepianki slumsach, z drugiej zaś w pięknych dzielnicach niczym nie ustępujących w swym przepychu najbogatszym częściom świata zachodniego. Zagraniczni turyści przyjeżdżający do Indii poznają tylko tę jasną stronę kraju z Tadź Mahal na czele. Nasi bohaterowie jednak nie zrażają się żadnymi trudnościami. Wszak doskonale znają warunki w jakich dane jest im żyć. Zarabiają na życie kradnąc i oszukując, jednak oprócz tego doświadczają także ciężkiej pracy, z której tak naprawdę korzystają gangsterzy zapewniający hinduskim dzieciakom jako takie bezpieczeństwo. Dojrzewając, bracia wybierają dwie drogi życiowe. Starszego, Salima, interesuje przede wszystkim bogactwo. To pieniądze według niego czynią człowieka ważnym i godnym szacunku. Sposób dojścia do tych pieniędzy nie ma żadnego znaczenia. Chłopak dość szybko dostaje się do gangsterskiej organizacji i dzięki bezwzględności z łatwością przeskakuje kolejne szczeble awansu w przestępczym światku. Jamal chce żyć zupełnie inaczej. Dla niego uczciwość jest najważniejszą wartością w życiu człowieka. Kocha brata, ale zupełnie nie akceptuje jego drogi. Młodszy z braci pragnie pracować, a przede wszystkim być z Latiką, swoją ukochaną poznaną jeszcze w dzieciństwie. W trakcie oglądania najnowszej produkcji Boyle’a stale myślałem, na czym polega fenomen, prawdziwa magia kina. Nie będę ukrywał bowiem, iż przez cały czas siedziałem zafascynowany tym, co widziałem na ekranie. Momentami obraz był tak sugestywny, że z wrażenia uśmiechałem się do siebie czując ogromna satysfakcję z oglądania filmu. Czy nie na tym właśnie polega magia kina? Człowiek siedzi przed ekranem i całkowicie, bez reszty, można rzec, bez opamiętania, ogarnięty jest atmosferą opowieści. Dopiero po seansie zaczyna rozmyślać o niuansach obejrzanej produkcji, scenariuszu, motywacjach bohaterów, realizmie, prawdopodobieństwie czy ewentualnych wpadkach i niedociągnięciach. O czym jest „Slumdog”? To historia wręcz banalna, bo opowiada o „dzieciaku z ludu”, który dzięki wytrwałości, konsekwencji w dążeniu do celu oraz odrobinie szczęścia osiąga oszałamiający sukces. Oprócz tego chłopak jest wierny swojej ukochanej, kocha ją najpiękniejszą, bo szczerą i bezinteresowną miłością. Nie pragnie odnieść łatwej życiowej promocji. Wie doskonale, iż aby osiągnąć w życiu coś trwałego, trzeba na to zapracować. Jedyną nowością w tym filmie to osadzenie jego akcji w Indiach, państwie kontrastów, sprzeczności, absurdów i niepojętej wręcz walki tradycji z nowoczesnością. A jednak pomimo trywialności film ogląda się z zapartym tchem. Na jego niesamowity wyraz artystyczny składają się przede wszystkim rozwiązania audiowizualne. Jak zwykle u Boyle’a, film zadziwia swa różnorodnością. Niesamowita dynamika zdjęć, ich uroda, barwa, kompozycja idealnie oddają złożoność i wielobarwność Indii. Każdy kadr naładowany jest wręcz energią, jakby kamera nie tyle była sterowana przez człowieka, co żyła własnym życiem, ściśle związanym z działaniami bohaterów. Dynamizm podkreślony jest dodatkowo niesamowitym montażem oraz kapitalnymi zmianami perspektywy, dzięki czemu oglądany obraz nabiera wieloznaczności. Ogląda się to niczym trójwymiarowe puzzle, które dopiero po jakimś czasie składają się w wyobraźni sensowną i zachwycającą swą głębią całość. Każdemu ujęciu i sekwencji towarzyszą idealnie wkomponowane dźwięki i efekty muzyczne. Nie ma kadru, któremu nie towarzyszyłaby specjalnie skomponowana i perfekcyjna podkreślająca go nuta. Dzięki temu cały obraz wręcz pulsuje ogromną żywotnością, która rodzi skojarzenia z wieloma doniesieniami o niezwykle szybkim rozwoju współczesnych Indii aspirujących do grona najbogatszych mocarstw na kuli ziemskiej. Najważniejszą jednak informacją o filmie Boyle’a jest to, iż „Slumdog. Milioner z ulicy” wszystkimi swymi rozwiązaniami fabularnymi przypomina bajkę z happy endem. A jak wiadomo, twórcy bajek zawsze będą na rzecz atrakcyjności i wyrazistości przekazu rezygnować z wiarygodnej wizji świata przedstawionego. Bajkowa rzeczywistość musi być uproszczona, by szczegóły i drobiazgi nie przysłaniały siły morału. A jaki morał płynie z filmy Brytyjczyka? Ano taki, jaki wypływa z większości bajek – zawsze trzeba być sobą, żyć zgodnie z pewnymi wartościami moralnymi i przede wszystkim kierować się w życiu miłością. Jeśli ktoś nie zaakceptuje konwencji jaką posłużył się Boyle, film wyda mu się wręcz dziecinny. Mam jednak nadzieję, iż znajdą się widzowie, którzy w kinie poszukują przede wszystkim świetnie opowiedzianych historii. A w tym reżyser „Trainspotting” jest dobry jak mało kto.
środa, 08 lipca 2009
Lwica reż. Pablo Trapero
![]() Często filmy proste, pozbawione komputerowej wirtuozerii, skomplikowanej formy czy silenia się na symboliczność najbliższe są przedstawienia współczesnego życia, z drugiej zaś strony ich prostota staje się tylko punktem wyjścia do rozważań, których temat może już być o wiele bardziej złożony. Niesamowite są filmy fabularne zrobione w stylu dokumentalnym, jakby kamera nie robiła nic więcej jak tylko podążała za bohaterem/bohaterami i rejestrowała jego/ich wszystkie kroki. Kiedyś próbowała to robić DOGMA, ale buńczuczna postawa założycieli i kontynuatorów ruchu była zbyt ostentacyjna. W formie quasi dokumentalnej doskonale znajdują się bracia Dardenne, twórcy takich filmowych rewelacji jak „Rosetta”, „Dziecko” czy „Milczenie Lorny”. Ich filmy pozbawione jakichkolwiek fajerwerków, efektów specjalnych, nawet muzyki jako pewnego rodzaju deformacji rzeczywistości, doskonale i niezwykle realistycznie pokazują życie zwykłych, pozornie niczym nie wyróżniających się ludzi. Jednak Belgowie w tego typu postaciach widzą nas, wszystkich tych, którzy w pocie czoła, często popełniając błędy, próbujemy na tym świecie znaleźć skrawek szczęścia. Główną bohaterkę filmu „Lwica” Pablo Trapero poznajemy w momencie, kiedy zostaje aresztowana i oskarżona o zabicie mężczyzny we własnym domu. Nie wiemy, czy rzeczywiście dokonała zabójstwa. Sąd rozważając historie Julii oraz drugiego oskarżonego, jej chłopaka Ramiro, daje wiarę mężczyźnie. Dziewczyna zostaje skazana na wieloletnie więzienie. Ta sytuacja oznacza dla niej katastrofę, ponieważ w więzieniu rodzi syna, który staje się najcenniejszym skarbem bohaterki. Początkowo nie potraciwszy znaleźć się w rzeczywistości więziennej, po urodzeniu syna zaczyna odnajdywać sens w najprostszych czynnościach. Wie, że istnieje tylko dla niego, rozumie także , iż funkcjonuje tylko dzięki niemu. Prawo jednak stanowi, iż za kratami dziecko może przebywać z matką tylko do czwartego roku życia. W wypadu Julii oznacza to, iż Tomas zostanie jej zabrany na wiele lat. Życie z dzieckiem w więzieniu jest niezwykle trudne. Osoba dorosła radzi sobie z własnymi problemami dzięki świadomości, że kiedyś z miejsca odosobnienia wyjdzie. Strach o dziecko pozostaje ogromny. Nie wiadomo bowiem czy dziecko przyzwyczajone do widoku krat, będzie umiało dostosować się do warunków panujących na wolności. Jednak Julia nie załamuje się, nie poddaje się stagnacji jak niektóre kobiety na jej oddziale. Opiekuje się synem i robi wszystko, aby być najlepszą matką. Sytuacja się komplikuje się, kiedy w więzieniu pojawia się matka Julii. Widząc pięknego i zdrowego Tomasa kobieta pragnie zabrać dziecko córce, która na procesie zostaje uznana winną morderstwa i skazana na wieloletnie więzienie. Wreszcie pod pretekstem udania się do specjalisty, Sofia zabiera Tomasa Julii. Więźniarka dopiero po jakimś czasie uświadamia sobie swój błąd. Okazuje się, że Tomas był dla niej prawdziwą tarczą przed niszczącą brutalnością więziennej egzystencji, jedyną wartością, dla której warto było żyć. Julia zostaje więc zmuszona przez okoliczności do podjęcia bardzo drastycznego kroku. „Lwica” to film o przemianie, o dojrzewaniu, które wcale nie musi przyjść wraz z osiągnięciem pełnoletniości. Nie wiemy kim jest główna bohaterka, ani jakie życie prowadziła przed tajemniczym morderstwem w jej domu. Mając na uwadze kilka poszlak – styl ubierania się, dwaj mężczyźni w jej domu, Ramiro, jej chłopak nie należący do rozsądnych ani odpowiedzialnych mężczyzn, ciąża, o której nikt nie wie – można domniemywać, iż dziewczyna dotąd nie prowadziła życia spokojnego i bezpiecznego. I nagle wydarza się tragedia, która przekreśla całe jej dotychczasowe życie. Więzienie staje się miejscem, w którym Julia musi sama podejmować decyzje. Początkowo nie chce tego, w akcie rozpaczy bije z całych sił w brzuch, jakby nie chciała brać odpowiedzialności zarówno za siebie jak i za dziecko. Po urodzeniu Tomasa wszystko się zmienia. Julia zostaje matką, prawdziwą, kochającą, pragnącą jedynie szczęścia dla dziecka. Paradoksalnie dzięki więzieniu i swojemu małemu synowi staje się lepszą, dojrzalszą osoba. Film Pablo Trapero traktuje też o życiu, którym bardzo często rządzi chaos, a ludzkie żądanie od niego sprawiedliwości często oznacza naiwność i niedojrzałość. Julia w więzieniu początkowo zachowuje się jak dziecko. Buntuje się przeciwko zaistniałej sytuacji. Nie chce dostosować się do warunków panujących na oddziale kobiecym, nie chce rozmawiać z żadnym z przysłanych do niej adwokatów. Jej bunt, arogancja i próba izolacji czyni z niej zszokowaną sytuacją nastolatkę. Dopiero pod wpływem nowonarodzonego dziecka jej osobowość przechodzi metamorfozę, z myślącej tylko o sobie egoistki przeradza się w matkę, dojrzałą kobietę, która odpowiedzialna jest za małą, kruchą i potrzebującą jej stałej opieki istotę. O dziwo, Julia zdaje ten egzamin celująco. Co więc się stało, że dotąd dorosła kobieta bardziej przypominana rozkapryszonego gówniarza? Zapewne wina leży po stronie rodziców. O ojcu Julii nie dowiadujemy się niczego, zaś matkę poznajemy w momencie, kiedy bohaterka została skazana. Przyjechała z Francji, gdzie na stałe mieszkała, kiedy tylko dowiedziała się, że jej córka jest w ciąży. Może w tej płaszczyźnie filmu tkwi morał, traktujący o tym, iż młody człowiek musi mieć oparcie na kimś dojrzalszym i lepiej rozumiejącym świat? Ale, czy matka Julii, osoba wydawałoby się obyta ze światem, zasługuje na takie miano? Największą zaletą filmu argentyńskiego reżysera jest obiektywizm w pokazywaniu poczynań głównej bohaterki. Twórcy nie narzucają nam swojej oceny Julii. Rejestrują jej zachowanie, starają się jak najbardziej uwiarygodnić jej sytuację. To do nas należy ułożenie całej układanki dotyczącej życia dziewczyny. My mamy ją skazać albo uniewinnić, oczywiście tylko w naszych oczach. Wreszcie patrząc na jej ostatni, desperacki krok możemy zadać sobie pytanie, na jakie poświęcenie bylibyśmy zdolni wobec własnego dziecka. Akcja filmu Trapero dzieje się w Ameryce Południowej. Ktoś mógłby powiedzieć, iż zarówno proces sądowy jak i miejsce, w którym zamknięte kobiety muszą wychowywać dzieci urąga cywilizacyjnym podstawom współczesnego świata. Widać, że jest on zdominowany przez mężczyzn, którzy decydują właściwie o wszystkim. Ale czy inaczej jest w Polsce? Warto zapoznać się z historiami kobiet odsiadujących wyroki w Zakładzie Karnym w Grudziądzu. Wiele z nich zamkniętych jest za zabicie albo skrzywdzenie mężczyzn, z którymi żyły. Ich czyny oceniane i osądzane są z całą surowością kodeksu karnego. Nikt jednak z ludzi decydujących o ich losie nie uwzględnia, jaką gehennę przeżyły z kimś, przed kim w akcie desperacji musiały się bronić.
niedziela, 28 czerwca 2009
Zapaśnik reż. Darren Aronofsky
![]() Choćbym nie wiem jak się starał i próbował wspinać się na wyżyny swojego rozumowania ani sobie, ani nikomu innemu nie potrafiłbym wytłumaczyć fenomenu wrestlingu. Na ringu spotyka się kilku napakowanych i cudacznie (w Polsce powiedzielibyśmy odpustowo) ubranych kolesiów, którzy zaczynają tłuc się używając często do tego różnych rekwizytów. Niby po ringu biega sędzia, ale jego rola ma raczej charakter dekoracyjny. Zawodnicy co prawda bardzo często umawiają się co do „walki”, jednak wszystkie ciosy nie są już symulowane. Wśród gladiatorów wrestlingu bardzo częstym zjawiskiem jest śmierć przez pięćdziesiątym rokiem życia. Spowodowana jest ona najczęściej mieszanką, na którą składa się specyfika uprawianego sportu, rozrywkowy tryb życia oraz najróżniejsze specyfiki przeciwbólowe i sterydy przyspieszające rozrost tkanki mięśniowej. Dlaczego ludzie zostają wrestlerami? Odpowiedź na to pytanie jest prosta – po części są trochę showmanami i na pewno robią to dla pieniędzy. Dlaczego w USA wrestling jest taki popularny? Nie wiem. Jakoś nie mam ochoty analizować psychiki kogoś, kogo rajcuje taki typ rozrywki. Pomimo tytułu najnowszy film Darrena Aronofsky’ego nie jest o wrestlingu. Jest to przede wszystkim przejmująca i bardzo smutna opowieść o człowieku, który temu zajęciu oddał życie. Po latach, Randy "The Ram" Robinson stary, samotny, a przede wszystkim bardzo chory próbuje dociec, czy warto było poświęcić się wrestlingowi. Dwadzieścia lat wcześniej był gwiazdą, najlepszym zapaśnikiem na świecie, człowiekiem dla wielu ludzi ważniejszym niż Bóg. Teraz opuszczony przez bliskich, znienawidzony przez córkę, wreszcie ledwo żywy z powodu zawału serca mieszka w przyczepie. Mężczyzna próbuje ułożyć sobie życie na nowo – znajduje pracę, stara zbliżyć się do jedynej kobiety, z którą zawsze dobrze mu się rozmawiało, wreszcie nawiązuje kontakt z córką. Facet bardzo się stara, jedna nowa droga życiowa okazuje się dla niego zbyt trudnym wyzwaniem. W pracy w hipermarkecie spotyka się tylko i wyłącznie z szykanami. Dla swojego szefa, małego zakompleksionego karła oddającego się masturbacji podczas oglądania porno, Ram jest pajacem, który w śmiesznym trykocie wygłupia się na ringu. Cassidy, niemłoda już kobieta tancerka w jakiejś nocnej spelunie, podobnie jak bohater z niejednego już pieca chleb jadła. Z jednej strony pragnie męskiego, odpowiedzialnego oparcia, jednak bardzo boi po raz kolejny zaryzykować, by znowu od losu nie dostać po łapach. Nawiązanie nici porozumienia z córką okazuje się najtrudniejsze. Jednak Randy próbuje dogadać się z dorosłą juz kobietą, trudną i zamkniętą w sobie, pomimo, iż dotąd nie okazywał jej ciepłych uczuć. Próbuje być szczery, stara się jak najbardziej otwarcie rozmawiać o swoich uczuciach. Chce pokazać córce, iż jest tak naprawdę osobą, na której ogromnie mu zależy. Cóż jednak z tego, kiedy Randy nie potrafi dotrzymywać obietnic. Na jednej z imprez ostro ćpa i dragi popija wódą. Na kacu zapomina o ważnym spotkaniu z córką narażając ją tym samym na wstyd. Zachował się więc tak, jak już po wielokroć – solenne obietnice okazywały się blagą i wstawieniem dzieciaka do wiatru. Cassidy również się boi. Wie, że kolejny nieudany związek z nieodpowiedzialnym facetem, zaangażowanie się emocjonalne może doprowadzić ją do załamania, co najbardziej odbiłoby się na jej synku. Randy nie potrafi zrozumieć, dlaczego bliscy mu ludzie zachowują się tak, a nie inaczej. Wścieka się na nich, a nie na siebie. Widzi więcej winy po stronie córki i kochanej kobiety niż swojej. Wreszcie podejmuje decyzję – wraca na ring, zmaltretowany, ledwo żywy, na prochach, ale szczęśliwy. Okazuje się, że tylko wrestling jest jego życiem, tym jedynym, szczególnym zajęciem, w którym czuje się spełniony i szanowany przez wszystkich. „Zapasnik” to nie tylko film o werestlerze, który nie potrafi radzić sobie z coraz bardziej dająca o sobie znać starością. Jest to opowieść o ludziach, którzy nie potrafią zrozumieć, iż niemożliwym jest żyć przez dziesiątki lat chwilą, czasem teraźniejszym. Nie może być bowiem tak, iż dobra passa trwa wiecznie, a jeśli nie, to wszelakie smutki i problemy można zatopić w alkoholu i narkotykach. Film Aronofsky’ego jest także o grzechu zaniechania. Randy walcząc na ringach Ameryki nie dostrzegł, iż posiada coś, co jest co najmniej równie ważne jak wrestling. Potraktował córkę i żonę jako coś przejściowego, jak ubranie, które można kilka miesięcy ponosić, a później wyrzucić. Kiedy jego kariera chyliła się ku upadkowi, Randy przypomniał sobie o córce, ponieważ zaczął potrzebować czegoś więcej, niż chwilowe uwielbienie publiczności. Życie sprawiło, iż bohater zaczął pragnąć akceptacji i ze strony najbliższych. Brak tego oznaczał dla niego coraz bardziej dojmująca i destrukcyjną samotność. Randy "The Ram" Robinson w dużym stopniu jest podobną postacią do Rocky’ego Balboy z ostatniego filmu Sylwestra Stallone. Tamten bohater także w życiu wiele zawalił, jednak potrafił sobie powiedzieć dość i zaczął odbudowywać relacje z ludźmi, czyli to, czego tak naprawdę potrzebował. Podobnie jak zapaśnik, bokser nie zapomniał o ringu i wszystkich emocjach związanych z walką. Sam stwierdził, iż dopiero tam czuje się prawdziwy, można by rzec nawet, realizuje się jako mężczyzna. Jednocześnie jednak podejmuje jeszcze większy wysiłek, by odbudować relacje z synem i znaleźć sobie kobietę, dzięki której na starość nie będzie sam. Która postać jest bardzie prawdopodobna i realistyczna? Trudno powiedzieć, bo tego typu przymioty nie bardzo pasują do postaci będących tylko elementami przypowieści, jak by nie było, trochę moralizujących. „Wrestler” Darrena Aronofsky’ego jest w porównaniu z wcześniejszymi jego obrazami („Źródło”, „Requiem dla snu”, „Pi”) bardzo prostym kinem, bazującym tak naprawdę na konstrukcji jeden postaci – człowieka, który spalił się w swojej pasji. Nie można powiedzieć, iż kino to rozczarowuje. Najnowszy film jest po prostu czymś zupełnie innym, bez filozofii, bez pogrążania się człowieka w osobistym piekle, bez interpretowania złożoności rzeczywistości. Mickey Rourke stworzył fantastyczną postać, jedną z tych, które na pewno przejdą do historii kina, postać niejednoznaczną, pełną niuansów i sprzeczności. Momentami patrzy się na nią z politowaniem, by zaraz zacząć jej współczuć. Jest epizod, w którym gra wulgarnego i odrażającego skurwysyna, jednak, z drugiej strony potrafi być czuły i wrażliwy. Na szczęście Aronofsky nie wmawia nam, iż jest to postać szlachetna, którą powinniśmy pokochać. Reżyser robi coś, co uwielbiam w amerykańskim kinie – opowiada nam niezmiernie ciekawą historię umieszczając ją na dodatek w interesującym miejscu, bo nie w gigantycznym mieście pełnym drapaczy chmur, lecz gdzieś na prowincji, może na przedmieściach, a więc w przestrzeni rzadko w amerykańskim kinie prezentowanej.
niedziela, 21 czerwca 2009
Śmierć Rotmistrza Pileckiego reż. Ryszard Bugajski
![]() W naszym kraju historia wbrew pozorom odgrywa ogromną rolę w życiu wielu ludzi. Dla niektórych jest ona kluczową sferą w życiu. I nie chodzi mi tu o rozpamiętywanie losów poszczególnych przodków, bo to chyba robi każdy. Bardziej chodzi mi o pojmowaniu historii jako przeszłości narodu polskiego oraz jej konkretnych przedstawicieli, którzy odcisnęli na nim swoje szczególne, negatywne lub pozytywne, piętno. W Polsce o historii bardzo dużo się dyskutuje. Niestety jednak, ton owej dyskusji nadają politycy, którzy próbują za wszelką ceną i używając wszystkich dostępnych środków wciągnąć przeszłość do doraźnej walki politycznej. Formą tej dyskusji zostają niestety zarażeni zwykli ludzie, Kowalscy i Nowakowie, którzy chcą mieć zawsze rację (taka natura Polaków) często nie potrafią bez agresji wypowiedzieć nawet jednego sądu czy argumentu. Jakiś czas temu, kiedy mieliśmy do czynienia z „IV RP”, jej decydenci próbowali bardzo mocno lansować ideę „polityki historycznej”. Musze przyznać, że miałem i mam ogromny problem, by jakoś obiektywnie i w miarę rzeczowo uzasadnić pozytywną albo negatywną stronę owego pomysłu. Z jednej bowiem strony promowanie pewnych odsłon historii Polski kosztem innych, wydaje mi się bardzo podejrzane z punku widzenia takich wartości jak prawda i obiektywizm. Patrząc na to, jak swoją „politykę historyczną” realizują Amerykanie, Niemcy, czy Rosjanie można mieć ogromne wręcz obawy o to, jakiej jakości przekazywana byłaby historia i czy w ogóle miałaby ona cokolwiek wspólnego z przeszłością. Z drugiej jednak strony, my, Polacy, mamy tak niezwykle ciekawą i ekscytującą historię, iż naprawdę można by na jej podstawie nakręcić mnóstwo ciekawych filmów pobudzających wyobraźnię, a co za tym idzie, głód wiedzy u niejednego widza. Jasne, że nie musiały być to dzieła o negatywnych aspektach przeszłości narodu polskiego. Najpierw mogłyby powstać produkcje o pięknych kartach historii, o wielkich Polakach i ich czynach. Jednak musiałby być to filmy atrakcyjne, widowiskowe, podczas seansu których widz nie tylko mógłby się czegoś dowiedzieć, lecz także rozerwać się patrząc na fantastyczne widowisko filmowe. Nie chodzi mi tu o kino niszowe, które mogliby obejrzeć jedynie krytycy i fascynaci filmów historycznych. Ale z całym szacunkiem dla polskiej kinematografii, Polacy nie potrafią kręcić takiego kina. U nas muszą to być albo niezwykle ambitne, trudne i pesymistyczne obrazy, albo idiotyczne komedie romantyczne, przy których bawić mają się wszyscy. Jeśli więc raczej nie ma szans na widowiska pokroju „Walkirii”, „1612” czy „Tarasa Bulby”, czy możemy otrzymać coś w zamian? Kilka lat temu Telewizja Polska w ramach Teatru Telewizji rozpoczęła projekt „Scena Faktu” mający na celu przybliżyć widzom dotąd mało eksponowane, a na pewno bardzo ważne wydarzenia z historii Polski. Jednym z takich przedstawień jest obraz Ryszarda Bugajskiego „Śmierć rotmistrza Pileckiego”. Sztuka reżysera „Przesłuchania” traktuje o powojennych losach rotmistrza Witolda Pileckiego, który w czasie wojny dobrowolnie oddał się w ręce Niemców, by w ten sposób trafić do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Pomimo sprzeciwu przełożonych, żołnierz AK udał się tam, by stworzyć w obozie ruch oporu. Po wojnie Pilecki we Włoszech spotyka się z generałem Andersem. Komunikuje mu, iż chce wrócić do Polski, bowiem ta, pomimo zakończenia zmagań z hitlerowskim najeźdźcą nadal nie jest wolna. Bohater pragnie wrócić do Warszawy i stamtąd, przy współpracy byłych żołnierzy AK oraz innych patriotów, przekazywać informacje o sowieckim okupancie prawowitej władzy Rzeczpospolitej w Londynie. Szybko jednak zostaje złapany i oskarżony o najcięższe zbrodnie przeciwko państwu socjalistycznemu. Przesłuchiwany przez pułkownika Józefa Różańskiego zeznaje wszystko, ale tylko dlatego, iż obiecane ma, że sądzony będzie tylko on. Oczywiście funkcjonariusz UB nie dotrzymuje słowa i po torturach w katowni na Rakowieckiej na salę sadową zostają doprowadzeni wszyscy współpracownicy Pileckiego. Sam proces jest oczywiście kpiną i parodią. Wyroki zapadły już wcześniej na odpowiednim szczeblu Urzędu Bezpieczeństwa. Kiedy podczas rozprawy Pilecki celnie punktuje zbrodniczość ustroju socjalistycznego i radzieckich towarzyszy, sędzia podpułkownik Jan Hryckowian każe na czas procesu opuścić publiczności salę sądową. Bohater oczywiście ginie. Zostaje zastrzelony na jednym z korytarzy budynku na Rakowieckiej. Nie będę w tym miejscu rozpisywał się nad zbrodniczym systemem jakim był komunizm. Do śmierci Stalina w Polsce działo się takie samo piekło jak w Związku Radzieckim. „Utrwalanie władzy ludowej” polegało przede wszystkim na eliminowaniu nie tylko wrogów socjalizmu, ale nawet tych, którzy byli podejrzewani o niechęć do ustroju. Potwornie cierpieli w ubeckich kazamatach nie tylko ci, którzy mieli z władzą ludową na bakier, lecz również ich najbliżsi. Życie wszystkich, którzy nie chcieli ułożyć się z polityką narzuconą przez Związek Radziecki było prawdziwym koszmarem. Fabularyzowany dokument Bugajskiego kapitalnie pokazuje system bezpieczeństwa w Polsce, który bezwzględnie i bezkrytycznie poddany był poleceniom i wskazówkom zza wschodnich mocodawców. Politycy, sędziowie, prokuratorzy wreszcie pracownicy służb bezpieczeństwa lojalnie wypełniali rozkazy radzieckich towarzyszy urzędujących na najważniejszych stanowiskach w powojennej Polsce. Nie było mowy o obiektywnym i uczciwym śledztwie. Tym bardziej nie można było spodziewać się sprawiedliwych wyroków. Tragizm bojowników AK oraz organizacji walczących o niepodległość zarówno z Niemcami i Rosjanami poległ na tym, iż wyroki skazujące, często na śmierć, zapadały nie w salach sądowych, lecz w gabinetach politycznych. Czegokolwiek by nie mówili podczas rozpraw, jakkolwiek nie udowadnialiby swojej niewinności, wreszcie cokolwiek nie mówiliby o swoim bohaterstwie, przeciwnikom władzy ludowej należała się tylko kara śmierci. Zarówno śledczy jak i przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości oraz dyspozycyjni dziennikarze przedstawiali bohaterów jako wrogów nowego porządku, zdrajców znajdujących się na pasku kapitalistycznych wrażych reżimów. Nagle więc bohaterowie, gotowi oddać życie za ojczyznę i rodaków z piekle wojny, stają kolaborantami i sprzedawczykami, gorzej przedstawianymi Polakom niż najbardziej zapiekli kryminaliści. Niestety, aparat działał bardzo sprawnie, jakiekolwiek uwolnienie się z zarzutów czy udowodnienie swojej niewinności było niemożliwe. W filmie Bugajskiego doskonale rozumiał to mający AK-owską przeszłość sędzia Jan Hryckowian kapitalnie odegrany przez Marka Kalitę. Podporządkowany terrorowi komunistycznemu panicznie bał się, iż z niewiadomych przyczyn nagle stanie się niewygodny i wraz z żoną w sfingowanym procesie zostanie skazany na śmierć. Zdawał sobie sprawę, iż aresztowany zostanie tak samo potraktowany jak skazywani przez niego więźniowie – poddany psychicznym i fizycznym torturom. Doceniając i podziwiając historycznego Pileckiego, nie mogłem się przekonać do tego filmowego. Największym minusem produkcji Bugajskiego jest stworzenie prawdziwej hagiografii polskiego bohatera sytuującego go w na równi ze świętymi. A ja po prostu nie wierzę w postacie krystaliczne, bez skazy, pokazywane w sposób jednostronny i jednoznaczny. O ileż bardziej przemawiające do wyobraźni były postacie stojące po „ciemnej stronie”, ubeccy aktywiści jak Różański czy dyspozycyjni pracownicy wymiaru sprawiedliwości pokroju Hryckowiana czy Łapińskiego. I nie dlatego, iż złe postacie mogą być bardziej intrygujące przez swą moralną wolność. Rzec w tym, że byli po prostu lepiej napisani, byli to bohaterowie bardziej wiarygodni, stworzeni z kontrastów – zapału i służebności wobec władzy oraz wewnętrznej walki z jawną niesprawiedliwością systemu. Byli to mali ludzie, słabi, bez kośćca moralnego, ale jako postacie filmowe byli o wiele ciekawsi niż Pilecki. Nie zmienia to jednak faktu, iż „Śmierć rotmistrza Pileckiego” to kapitalna lekcja historii zarówno dla młodych ludzi pragnących dowiedzieć się o mechanizmach „utrwalania” władzy ludowej zaraz po wojnie, jak i dla rzeszy starszych, którzy z niewiadomych powodów tęsknią za starym systemem zbudowanym i funkcjonującym w przeszłości na fundamencie zbrodni, cierpień i krwi wielu wybitnych Polaków.
sobota, 13 czerwca 2009
Robocop reż. Paul Verhoeven
![]() W ramach przypomnienia sobie najbardziej traumatycznych wydarzeń filmowych z dzieciństwa postanowiłem po latach obejrzeć klasyk kina science fiction, „Robocopa” w reżyserii Paula Verhoevena. Takiemu ponownemu seansowi towarzyszy oczywiście duża doza dystansu, bo to, co podobało się w wieku 11-12 lat po dwóch dekadach może okazać się kompletną szmirą. Okazuje się jednak, iż Verhoeven tworząc „Robocopa” posiadał ogromną świadomość co do materii jaką się posługuje. Jest bowiem scena w filmie przedstawiająca podniecenie kilkuletniego syna Alexa Murphy’ego na widok jakiegoś telewizyjnego bohatera, doskonałego w posługiwaniu się bronią i zabijającego bez wysiłku tabuny wrogów. Czyż nie taka miała być reakcja dzieciarni z całego świata na widok Robocopa? Fabułę oraz historię opowiedzianą w filmie na pewno każdy zna, więc nie będę jej streszczał. Od razu jednak napiszę, iż po latach film jak najbardziej się obronił. Podobała mi się zarówno akcja, bo ta jest w tego typu filmach najważniejsza, jak również kilka smaczków, na które jako dzieciak nie zwróciłem uwagi. „Robocop” obecnie jest dla mnie nowym odczytaniem historii o doktorze Frankensteinie i jego budzącym grozę tworze. Jak widać, historia stworzona przez Mary Shelley ma charakter uniwersalny i ponadczasowy. Ekipa sprytnego i cynicznego Boba Mortona wykorzystując ciało zabitego w akcji policjanta tworzy cyborga, który będzie stał na straży prawa i porządku w ogarniętym przez przestępczość Detroit. Cybernetyczne monstrum ma być pozbawione uczuć i wspomnień, liczyć się dla niego powinno tylko i wyłącznie precyzyjne wykonywanie ściśle określonych przez dowództwo działań. Jednak Robocop buntuje się przeciwko swym demiurgom. Po krótkim czasie lojalnego wypełniania obowiązków budzą się w nim wspomnienia Alexa Murphy’ego. Od tego momentu Robocop/Murphy zaczyna nie tylko szukać informacji związanych ze swoją przeszłością, lecz także wpada na trop grupy przestępców, która przyczyniła się do jego śmierci. Szybko okazuje się, iż przestępcy z demonicznym Clarencem Boddickerem na czele są tylko pistoletem w rękach bardzo potężnych szych w Detroit. Bardzo przekonywająco wypadł ostatni opisywany przeze mnie wątek, czyli styk polityczno –biznesowo-przestępczy. W dzisiejszych czasach ze świecą można szukać polityka idealisty, pragnącego wyłącznie czynić dobrze narodowi, który go wybrał. Władza kusi i psuje w zastraszającym tempie, więc jeśli nadarza się okazja do gigantycznego zarobku, najbliższymi sprzymierzeńcami stają się biznesmeni, dla których specjalnie napisana ustawa może być prawdziwym zbawieniem, a często wręcz oznacza nietykalność. Znowu przestępczość na wielką skalę coraz mniej kojarzy się z gangsterką uskutecznianą przez margines, a zdecydowanie bardziej przez panów w garniturach i okularach. Zdobyte pieniądze to muszą oni jakoś zainwestować, by stały się „czyste”. Czym więc taki przestępca różni się od biznesmena? A jeśli da się do całego procederu skaptować jakichś polityków mających w kieszeni policję albo służby specjalne, wtedy interes jest właściwie nie do wykrycia. Cały mechanizm świetnie, choć w trochę przejaskrawiony, bo zrobiony w konwencji typowego kina akcji, pokazuje Verhoeven w „Robocopie”. W swoim filmie Holender znakomicie potrafi także prowadzić narrację, dzięki czemu od samego początku z wielką uwagą śledzimy losy wszystkich bohaterów. Efekt taki Verhoeven uzyskuje przede wszystkim dzięki urozmaiconym ujęciom. Chodzi mi przede wszystkim o włączanie do filmu przekazów z programów informacyjnych oraz subiektywną wizję świata pokazywaną z perspektywy jednego bohatera – Robocopa. Jeśli dodamy do tego budzące podziw nawet dzisiaj efekty specjalne, w rezultacie ocenić możemy dzieło holenderskiego reżysera jako rozrywkę na najwyższym poziomie. Nie tylko bowiem służy zabawie, lecz także pod otoczką banalnego kina akcji pokazuje świat niewiele inny od tego, jaki dzisiaj widzimy za naszymi oknami lub w serwisach informacyjnych.
niedziela, 07 czerwca 2009
Szef wszystkich szefów reż. Lasr von Trier
![]() Twórczość Larsa von Triera można krytykować lub wręcz nienawidzić, jednak najzwyklejszą ignorancją byłoby przejść obok niej obojętnie. Od początku jego filmowej kariery, zarówno dzieła kinowe jak i telewizyjne posiadały silnie odciśnięte piętno swego twórcy. Nie da się ukryć, iż największa gwiazdą swoich artystycznych dokonań był sam von Trier. Nawet jeśli zasady Dogmy skazywały reżysera na nieistnienie i umniejszały jego zasługi właściwie do zera, to przede wszystkim siła poglądów Duńczyka emanowała z takich filmów jak „Przełamując fale” czy „Idioci”. Sama Dogma była po trosze zgrywą, a po części buntem. Odegrała rolę twórczego fermentu w środowisku filmowym. W sztuce bowiem ferment jest niezbędny, choćby po to, by „wielcy” i „uznani” bogowie artystycznego panteonu poczuli, iż nie posiadają monopolu na odkrywczość i oryginalność. Zapewne sami „dogmatycy” już u zarania swego manifestu wiedzieli, iż formuła jako nowość dość szybko się wypali. Jednak nie ma wątpliwości, że dzięki kilku znakomitym i niezwykle sugestywnym filmom, Dogma na stałe zapisze się w podręcznikach historii filmu jako niezwykle ważne zjawisko w kinie przełomu wieków. Sam von Trier dość szybko zerwał ze sztywnymi regułami Dogmy, na rzecz kina autorskiego, w którym wizja świata reżysera jest czynnikiem najważniejszym. Postawił na filmy odważne, kontrowersyjne, jednocześnie bardzo tendencyjne i silnie zsubiektywizowane. Jeśli owe ultra subiektywne ukazywanie świata przedstawionego można odczytać mu jako zarzut, na pewno nie będzie nim odważne podejście do kina gatunków – po swojemu nakręcił musical, horror czy komedię. Na przykładzie „Dogville” i „Manderlay” pokazał także, ile tak naprawdę sztuka filmowa zawdzięcza teatrowi. Jednak oba ostatnie filmy uświadomiły chyba Duńczykowi, iż jego kariera artystyczna idzie w stronę jakiegoś eksperymentu filmowego i zaczyna oddalać się od tego, czego oczekują widzowie, a więc przede wszystkim ciekawej historii. I jakoś niespecjalnie zdziwiłem się, kiedy pojawiła się informacja, iż następnym filmem Von Triera będzie horror, a więc kino gatunków, obraz bazujący na rządzącej się schematami konwencji. Von Trier to obecnie filmowy gracz, reżyser, który postanowił, iż nie pozostaje mu nic innego jak żonglowanie konwencjami oraz gra na przyzwyczajeniach i oczekiwaniach widzów. Już na początku filmu „Szef wszystkich szefów” twórca ujawnia się i obiecuje nam komedię, film rozrywkowy, którego seans ma dostarczyć nam rozrywki. Jednak tak naprawdę to zapewne von Trier doskonale bawił się na planie, ponieważ jego dzieło dalekie jest od obrazów mających na celu tylko i wyłącznie rozśmieszyć widza. „Szef wszystkich szefów” opowiada historię aktora, mającego o sobie bardzo wysokie mniemanie, który zostaje zatrudniony do komputerowej firmy, aby zagrać jej szefa. Po wielu latach nieobecności pryncypał przyjeżdża ze Stanów do Danii, by naocznie przekonać się o sukcesach i porażkach swego europejskiego przedsięwzięcia finansowego. Jego pojawienie się wywołuje wśród pracowników szok. Zaraz wychodzi na jaw, iż szef dopuszczał się wobec nich bardzo wielu nieuczciwych praktyk mających na celu maksymalnie zwiększyć ich wydajność pracy. Aktor nie rozumiejąc najdziwaczniejszych zarzutów, robi dobrą minę do złej gry. Zaczyna improwizować, pomimo braku jakiegokolwiek znajomości praw rządzących zarówno formą jak i jej profilem informatycznym. Wiedząc więcej o psychologii ludzi, bohater powoli dowiaduje się wielu, nieraz intymnych, szczegółów o swoich rzekomych podwładnych. Zaczyna orientować się, iż ktoś, prawdziwy, lecz pozostający w cieniu „szef wszystkich szefów”, manipuluje zarówno nim, jak i skądinąd lojalnymi i świetnymi pracownikami firmy. Sprawa wychodzi na jaw, kiedy duńską firmę pragnie przejąć inwestor z Islandii, człowiek nienawidzący zarówno Duńczyków jak i całej ich kultury. Zatrudniony jako szef aktor nie tylko musi zadbać o dobro „prowadzonej” przez siebie firmy, lecz przede wszystkim zostaje zmuszony do szczególnego zainteresowania się o przyszłość pracowników, którzy niepostrzeżenie stali się jego przyjaciółmi. Von Trier lubi demaskować. Tworzy w swoim filmie teatrzyk kukiełkowy i sterując aktorami każe im wygrywać to, co akurat chce wyszydzić czy zdemaskować. W „Przełamując fale”, „Dogville” czy „Manderlay” gardził społecznościami, które siła podporządkowują sobie jednostkę najczęściej wyróżniają się na tle innych, będącą świetlistym punktem na tle bezimiennej szarej, jednolitej masy ludzkiej. W „Idiotach” Duńczyk pokazał duchową pustkę mieszczaństwa żyjącego tylko z konsumpcji, nie kreującej niczego, nie dającej z siebie nic. W „Szefie…”, może nie w tak wyrazisty ani ostry sposób, zademonstrował mechanizmy manipulowania grupą przez jednostkę będącą decydentem. W imię prywatnych interesów tajemniczy „szef” nie zdając sobie nawet sprawy z istnienia czegoś takiego jak etyka, dopuszcza się wszystkich możliwych chwytów, by najzwyczajniej w świecie wykorzystać swoich kreatywnych i pełnych zapału pracowników. „Szef” buduje piętrową intrygę, by postawić siebie w jak najlepszym świetle, a innych skłócić ze sobą i sprawić, by między nimi narodziła niezdrowa rywalizacja. Niewątpliwie pomysł von Triera był niezwykle ciekawy. Jednak Duńczyk coraz bardziej pragnie być postrzegany jako Wielki Artysta, a to znowu powoduje, iż każdy jego film za wszelką cenę musi unikać schematów i konwencji. Droga jest słuszna, ale jego udziwnianie, łamanie zasad nie tylko konwencji, ale także struktury jako specyficznego przekazu medialnego, powoduje, iż dzieła reżysera „Idiotów” ogląda się z coraz większym dystansem. Niby wszystko się podoba, niby ma się wrażenie, iż obcuje się z mądrym dziełem, ale przekaz nie dociera tam, gdzie ma docierać. Zupełnie nie dotarła do mnie teza von Triera, iż aktor to takie zwierzę, które potrafi wszędzie się zaadoptować i, co więcej, przejrzeć dusze wszystkich wpatrzonych w niego widzów. Według reżysera aktor ma prawo manipulować, to jego święte prawo. Inny człowiek już nie, bo wtedy jest szują. Po co więc von Trierowi był ten aktor, na dodatek dziwak, bezguście i nadęty bufon? A może to także gra? Może ten artysta to von Trier, który postrzegany dzisiaj jako artystowski cwaniak, hochsztapler i tak jest na świeczniku, bo przez wielu krytyków wysławiany jest pod niebiosa. Zapewne kontrowersyjna teza. Ale przecież von Trier uwielbia budzić kontrowersje. „Szef wszystkich szefów” dla fanów Duńczyka zapewne będzie ważnym filmem, który jako kolejna część układanki może posłużyć do przybliżenia filozofii twórczej reżysera. Czy innym się spodoba? Trudno mi powiedzieć, bo jak bywa z dziwacznym kinem, znajduje ono tyle samo gorących zwolenników, co zapalczywych przeciwników.
środa, 27 maja 2009
Droga do szczęścia (Revolutionary Road) reż. Sam Mendes
![]() W zalewie hollywoodzkiej tandety odnaleźć można czasami kino niebanalne, znakomite warsztatowo, a co najważniejsze, opowiadające w niezwykły sposób o delikatnych, często bardzo intymnych sferach ludzkiego życia. Tak naprawdę nakręcić film można o wszystkim, jednak sztuką jest opowiedzieć o czymś w sposób odkrywczy, uciekając od dosłowności i jednoznaczności. Życie bowiem nigdy nie jest ani czarne, ani białe. Często przypomina chaos, w którym trudno znaleźć coś, co czyniłoby go podporządkowane jakiejś jednej idei. Mnóstwo czasu poświęcamy na jego uregulowanie czy uporządkowanie, jednak wystarczy jedno wydarzenie, by wszystko, o co staraliśmy się przez lata, legło w gruzach. Szczęście bardzo często bywa jedną z najważniejszych wartości do jakich dążą ludzie właściwie w każdej szerokości geograficznej. Oczywiście w różnych kulturach owo pojęcie ma inne znaczenie, jednak w cywilizacji zachodniej sprowadza się ono do harmonii między sferą materialną, a duchową. Pragniemy jak najwięcej posiadać, lubujemy się w liczeniu pieniędzy i gromadzeniu przedmiotów. Z drugiej strony jesteśmy odbiorcami kultury, często sami ją tworzymy, realizując własne marzenia, czerpiemy tak niezbędną w życiu satysfakcję. Dla wielu sfera niematerialna ludzkiego życia sprowadza się do doznań religijnych. Miliony wierzą, iż prawdziwe szczęście czy spełnienie będzie im dane przez Boga dopiero po śmierci, jako swoista nagroda za godne i uczciwe życie w świecie materialnym. Co dzieje się jednak, kiedy człowiek marzy o owym szczęściu, pragnie go, lecz nie potrafi zrobić choćby kroku w kierunku jego osiągnięcia? O tym opowiada „Revolutionary Road”, najnowszy film Sama Mendesa, reżysera genialnego „American Beauty”. Twórca zatrudniając wielkie gwiazdy Hollywood postanowił stworzyć demaskatorski obraz o „american dream”, czyli latach pięćdziesiątych w Stanach Zjednoczonych, często mitologizowanych i opisywanych jako najświetniejszy okres w historii USA. April (Kate Winslet) skończywszy szkołę aktorską pragnie realizować się jako aktorka teatralna. Szybko jednak okazuje się, że ma tylko ślad talentu, przez co zmuszona jest do granie w co najwyżej w amatorskich zespołach. Jej mąż, Frank, pracuje w wielkiej i znaczącej firmie jako sprzedawca maszyn rolniczych. Jego wynagrodzenie pozwala im kupić piękny domek na przedmieściach wielkiej metropolii. Kobieta „skazana” zostaje na rolę kury domowej utrzymującej dom i wychowującej dzieci, zaś on wyjeżdża na cały dzień do pracy. Ich związek małżeński zaczyna drążyć kryzys. Pomimo pozornego szczęścia i radości z życia w dobrobycie, codzienne rozmowy Wheelerów stają się koszmarem niekończących się kłótni i oskarżeń. April nie potrafi odnaleźć się w życiu gospodyni mieszkającej na przedmieściach, zaś jej mąż nie może tak naprawdę zrozumieć, z jakiego powodu wszczynane są awantury. Próbuje dowiedzieć się, w czym tkwi problem żony, lecz jego pytania szybko zostają skwitowane fochami i absurdalnymi nieraz oskarżeniami. Wreszcie małżonkowie odnajdują sposób na ratowanie swojego związku. Postanawiają wyjechać do Paryża i zamieszkać w Europie, czyli na kontynencie, który w ich mniemaniu wydaje się rajem dla artystów i myślicieli. Oboje odkrywają w tej idei świeżość dającą im motywację do dalszego działania. Ich wigor jednak wydaje się radością dziecka, które na chwilę zabawiwszy się nową zabawką, odkłada ją w ciemny kąt na widok kolejnej, nowej, choć niekoniecznie bardziej atrakcyjnej. Nie inaczej dzieje się w życiu Wheelerów. Dostawszy szansę znaczącego awansu, Frank pragnie jak najszybciej zapomnieć o europejskich mrzonkach. Znienawidzona dotąd praca dziwnym trafem okazuje się być niezwykle intrygująca i atrakcyjna. Dla April jednak rezygnacja z wyjazdu staje się początkiem tragedii. W „Revolutionary Road” Mendes po raz drugi (po „American Beauty”) wziął pod lupę pozory i iluzję, jakimi karmią się Amerykanie. W jego obrazie obserwujemy funkcjonowanie trzech rodzin. Każda z nich funkcjonuje na fundamencie fałszu. Małżeństwo Wheelerów pozbawione jest jakichkolwiek cieplejszych uczuć. April pragnie złapać prawdziwy oddech życia, niczym bohaterowie powieści czy filmów, chce przeżywać każdy dzień w sposób wyjątkowy i natchniony. Nie potrafi zrozumieć tego, iż życie to nie tylko uniesienia i wielkie przeżycia. Przekonana o swojej wyjątkowości histerycznie pragnie również męża wciągnąć w jakąś ułudę egzystencji nacechowanej niespotykaną duchowością. Frank to człowiek pozbawiony wiedzy o swojej wartości. Do czegokolwiek stale ktoś musi go motywować. Sukces w pracy staje się dziełem przypadku, chwilowego natchnienia. Nie otrzymuje również wsparcia w domu. Żyjąc z egoistką myślącą tylko i wyłącznie o swoich potrzebach nie potrafi spokojnie się przez nią zwierzyć, ponieważ problemy innych April obchodzą tyle, co zeszłoroczny śnieg. Nie usprawiedliwiam jego romansu ani częściowego braku zrozumienia dla problemów żony, jednak mam wrażenie, iż gdyby zamiast niej był ktoś inny, o większej empatii, dużo bardziej wartościowym człowiekiem byłby Frank. Jako obyczajowe tło dla małżeńskich perypetii Wheelerów możemy oglądać problemy ich sąsiadów, Campbellów, oraz Givingsów, starszych ludzi, od których Frank i April kupili domek na przedmieściach. Pierwsi z zazdrością patrzą na życie Wheelerów. Nie są ani bogaci, ani piękni. Są prostymi ludźmi, dla których egzystencja głównych bohaterów to szczyt marzeń. Zwłaszcza dla Shepa Campbella, dla którego April jest wzorem piękna i obiektem pożądania. Givingsovie znowu to ludzie, którzy pogodzili się, iż nigdy nie będą mieli tego, o czym marzą, więc iluzje pogrzebali bardzo głęboko i żyją przede wszystkim poczuciem bezpieczeństwa jakie daje im niezły status majątkowy. Niezwykłą postacią jest ich syn, John, pensjonariusz szpitala psychiatrycznego. Nie potrafić dostosować się do drobnomieszczańskiego stylu życia opartego na pieniądzach i konsumpcji, tworzy więc pancerz obronny będący połączeniem postawy szaleńca i błazna. Jako jedyny nie karmi się dziecinnymi mrzonkami i iluzją szczęścia, jako jedyny szczerze mówi to, co naprawdę myśli. Za to jednak musi ponieść karę. Nie potrafi dostosować się do większości, więc zostaje od niej odizolowany w zakładzie dla umysłowo chorych. „Revolutionary Road” to pod wieloma względami znakomity film. Można by wymieniać bardzo długo jego zalety, lecz mnie szczególnie utkwiły w pamięci dwie rzeczy – kreacje aktorskie oraz niezwykła, momentami wręcz magiczna, symbioza obrazu z muzyką Thomasa Newmana nadająca filmowy niezwykły rytm. Nie ma co owijać w bawełnę, role Leonardo DiCaprio i Kate Winslet są po prostu rewelacyjne. Obojgu aktorom udało się stworzyć niezwykłe, wielowymiarowe i zapadające w pamięć postacie. Pomimo statusu hollywoodzkich gwiazd nie ma w nich ani krztyny taniego gwiazdorstwa, nawet więcej, DiCaprio potrafi z niego szydzić, pokazać, iż doskonale zdaje sobie sprawę z tego, iż status gwiazdy to wyłącznie blichtr i tanie sztuczki, które dość łatwo wyłapać. W scenie uwodzenia sekretarki gra prowincjonalnego playboya, który wierzy, iż za pomocą kilku uśmiechów i wyświechtanych frazesów potrafi oczarować każdą panienkę. W tejże sekwencji widzimy jak doskonale DiCaprio podśmiewa się ze swego wizerunku wykreowanego w prasie bulwarowej. Nie inaczej jest z kreacjami drugoplanowymi. Na szczególną uwagę zasługuje rola Michaela Shannona w roli genialnego matematyka przesiadującego w zakładzie dla psychicznie chorych. Stworzył niezwykle realistyczny, a zarazem sugestywny kontrapunkt dla żyjących w klatce nieszczerości Wheelerów. Dlaczego Sam Mendes osadził akcję filmu w latach 50-tych ubiegłego wieku? Może dlatego, iż chciał pokazać, że dobrobyt nie zawsze należy automatycznie wiązać ze szczęściem i satysfakcją z życia. Z drugiej strony April, gdyby tylko wykazała się odrobiną inwencji i pomysłowości, mogłaby się realizować wszechstronnie. Wszak radość z kreowania można czerpać zarówno spędzając mnóstwo czasu z dziećmi, jak również realizując swoje artystyczne marzenia. Dlaczego nie mogła tego zrozumieć April? Może dlatego, iż tak naprawdę nigdy nie spotkała ją żadna tragedia, trauma, dzięki której doceniłaby życie i radość jakie może ono z sobą nieść? Nigdy nikomu nie życzyłbym takiego punktu odniesienia. Widocznie jednak, w czasach prosperity, kiedy z nudy wyszukuje się kłopoty, niektórym ludziom przydałoby się przeżyć dramat, by odbić się od dna cierpienia i spojrzeć na życie z zupełnie innej perspektywy.
środa, 20 maja 2009
Walkiria reż. Bryan Singer
![]() „Ludność to niesłychany motłoch, tak wiele Żydów i mieszańców. To lud, który czuje się dobrze tylko pod batem. Tysiące jeńców wojennych posłuży nam dobrze w pracach rolniczych". fragment listu Clausa von Stauffenberga do żony Niny dotyczący mieszkańców Polski Cytat powyższy doskonale obrazuje stosunek twórców „Walkirii“ do rzeczywistości historycznej o jakiej opowiada. To, że amerykańskie kino stawia przede wszystkim na widowiskowość, wiemy już od dawna. Przeciętnego widza ze Stanów Zjednoczonych kompletnie nie interesują fakty związane z jakimikolwiek wydarzeniami historycznymi. A że mniej lub bardziej zamierzchła przeszłość może stanowić doskonała inspirację, wiedzieli o tym już pierwsi twórcy kina. Co więc robić z takimi filmami jak „Walkiria”? Zachwycać się znakomitym warsztatem i ciekawą opowieścią? Czy krytykować za przedstawienie jako obiektywnej jakiejś alternatywnej historii, nie mającej prawie nic wspólnego z tą podręcznikową? O czym jest film, wie chyba każdy. Claus von Stauffenberg był jednym ze spiskowców, którzy pozbywając się Adolfa Hitlera i jego najbliższych współpracowników (przede wszystkim Himmlera) chcieli zakończyć wojnę podpisując układ pokojowy z aliantami. W filmie bohater został przedstawiony jako patriota, Niemiec wierzący w siłę swojego narodu, jednak nie potrafiący się pogodzić ze sposobem prowadzenia wojny przez Hitlera. W 1943 roku zostaje poważnie ranny podczas kampanii w Tunezji. Trwale okaleczony Stauffenberg zostaje przeniesiony do Berlina na stanowisk oficera sztabowego Ogólnego Urzędu Sił Zbrojnych. Tam zostaje wciągnięty do spisku przez swojego przełożonego, Friedricha Olbrichta. Ten ostatni, wykorzystując swoja pozycję, w razie skutecznego uśmiercenia Hitlera i Himmlera ma możliwość uaktywnienia żołnierzy podległych urządowi do przejęcia kontroli nad najbardziej newralgicznymi elementami struktury III Rzeszy. Dokonania samego aktu terrorystycznego podejmuje się Claus von Stauffenberg. 20 lipca 1944 roku w baraku narad w kwaterze najwyższego dowództwa wojskowego – Wilczym Szańcu (mieszczącym się niedaleko Kętrzyna) podkłada bombę. Niestety, z powodu kilku nakładających się na siebie okoliczności, zamach na Adolfa Hitlera nie udaje się. Führer wychodzi z zamachu praktycznie bez żadnego uszczerbku na zdrowiu. Zdecydowana większość spiskowców, z Clausem Stauffenbergiem na czele, zostaje natychmiast aresztowana i skazana na śmierć. Jak to bywa w filmach wysoko budżetowych „made in Hollywood” od strony technicznej trudno cokolwiek „Walkirii” zarzucić. Dostajemy ciekawa historię, którą przez dwie godziny ogląda się bez mrugnięcia okiem. Realia odwzorowane są świetnie, podobnie rzecz się ma z aktorami. Może Tom Cruise jest trochę za sztywny, lecz jeśli weźmie się pod uwagę specyfikę jego postaci, taki styl wcale nie musi być wielkim minusem. Aktorsko na plan pierwszy niewątpliwie wybija się Tom Wilkinson. Stworzył on pełnokrwistego bohatera, karierowicza, człowieka, dla którego najważniejszym było nie oddanie się służbie, ludziom czy nawet ideologii, lecz przede wszystkim wspinanie się po szczeblach kariery dla względów osobistych. Znakomicie zrealizowana została również sekwencja kulminacyjna, a więc cały pobyt Clausa von Stauffenberga i jego przybocznego w Wilczym Szańcu. Nie tylko została wiernie odwzorowana, lecz także nakręcona w sposób dynamiczny, fantastycznie dawkując napięcie. Wiedząc o tym, że z zamachu na Hitlera nic nie wyjdzie i tak przejmujemy się losami bohaterów. Jednak na „Walkirię” nie powinno się, moim zdaniem, patrzeć tylko w kontekście filmowym. Współczesne odniesienia społeczno-historyczne są kluczowe w interpretacji filmu Bryana Singera. Pobolenie ojców i wnuków Niemców uczestniczących w horrorze II wojny światowej ma już dość brzemienia katów milionów niewinnych ludzi. Chcą widzieć Niemcy jako naród dumny, którego sumienie nie kala żadna zbrodnia. Przede wszystkim jednak pragną widzieć w sobie nie zbrodniarzy, lecz ofiary. Jak do tego przekonać setki milionów mieszkających na świecie ludzi? W podręcznikach do historii takich rzeczy nie da się przemycić, bowiem publikacje historyczne czytają przede wszystkim ludzie wykształceni, którzy takiego kalibru fałsz bardzo szybko wyczują. Nic więc dziwnego, iż na medium niosące tezy „nowej historii” wybrano kino, sztukę uwielbianą na całym świecie. W ostatnich latach powstało mnóstwo publikacji literackich oraz filmów, w których o Niemcach podczas drugiej wojny światowej mówi się tylko i wyłącznie w kontekście ofiar. O całkowitym przeinaczaniu historii, choćby w taki sposób jak przestawił to Orwell w „Roku 1984”, nie ma mowy. Jednak milczenie w sprawach kluczowych i eksponowanie marginalnych, musi budzić w odbiorcach dzieł sprzeciw. Jeszcze „Stalingrad” czy „Sophie Scholl” stawia sprawy historyczne w sposób dość uczciwy. Można uwierzyć, iż młodzi niemieccy żołnierze w piekle bitwy o Stalingrad stawali się takimi ofiarami jak Rosjanie. Choć i tutaj nie zostało zaakcentowane, iż oni byli najeźdźcami, więc jakiekolwiek konsekwencji by ich nie spotkały, wynikały tylko i wyłącznie z ich winy. W filmie Marka Rothemunda pokazano opozycję kreowaną przez idealistów, ludzi, którzy bezinteresownie, tylko i wyłącznie z pobudek moralnych, sprzeciwili się złu narodowego socjalizmu. Reżyser „Sophie Scholl” ustami swoich bohaterów przynajmniej uczciwie przyznał, iż winnymi koszmaru wojennego są nie tylko kaci SS, lecz wszyscy wierzący w ideologię „sprzedaną” przez propagandystów Adolfa Hitlera. Zupełnie inaczej widać do zarówno w filmach „Upadek”, w „Lektorze” oraz opisywanej tu „Walkirii”. Przedstawiając ostatnie momenty II wojny świtowej Hirschbiegel (reżyser „Upadku”) pokazał oblicza morderców kilku milionów istnień ludzkich ściągniętych strachem przed hordą najeźdźców ze wschodu. Nie dowiadujemy się z filmu niczego o odpowiedzialności, o piekle jakiego autorami byli właśnie ci ludzie. Twórcy chcą, abyśmy w nich zobaczyli nie potwory, a tylko zwykłych ludzi, jacy trafili się akurat w Niemczech. Jonathan Littell, autor słynnej powieści „Łaskawe”, poszedł jeszcze dalej, stwierdzając, iż winą za zbrodnie II wojny światowej powinno oskarżyć się historię, a nie Niemców. Według niego, gdyby jakikolwiek naród znalazł się w takim położeniu jak Niemcy w 1939 roku, dopuściłby się takich samych potworności jak III Rzesza. Pozostawiam to bez komentarza. Nie inaczej jest w adaptacji bestsellerowej powieści Bernharda Schlinka pt. „Lektor”. W całym filmie tylko raz i to na zasadzie mignięcia wspomina się, iż tak naprawdę do końca świata Niemcy powinni czuć się winni wywołania II wojny światowej. Na dodatek wypowiada to bohater będący buntownikiem, mącicielem, któremu wielu nie uwierzy nawet w to, iż mąka jest biała. Poza tym film skupia się na torturach zadawanych przez system prawny kobiecie, która nie potrafi czytać. Pokazuje się jej ból z powodu grożącej jej kary dożywotniego więzienia. Jakoś jednak na drugi plan schodzi fakt, iż bohaterka w Auschwitz była jedną z najbardziej brutalnych strażniczek w żeńskiej części obozu. W tym kontekście ludzkie odruchy Niemki, jej zamiłowanie do literatury połączone z poczuciem odrzucenia z powodu nieumiejętności czytania są w ogóle nieistotne. Od strony moralnej niekorzystnie wypada także „Walkiria” Bryana Singera. Wyidealizowanie Clausa von Stauffenberga, uczynienie z niego romantycznego bojownika, który w imię sprawy poświęci nawet rodzinę, wręcz razi. Niemiec niczym Mickiewiczowski Konrad Wallenrod w imię patriotycznych pobudek ofiaruje na ołtarzu własne życie. Podobnie jest z innymi spiskowcami. Z podniesionym czołem próbują przeciwstawić się garstce szaleńców, Hitlerowi i jego poplecznikom, którzy z niewiadomych powodów omamili dobrych Niemców i „zmusili” ich do masowego mordowania Żydów, Słowian i innych nacji uważanych przez nazistów za podludzi. Absurdalna była w „Walkirii” wizja zła. Sprowadzała się ona bowiem do kilku decydentów z Hitlerem, Himmlerem, Goebbelsem i Goeringiem na czele, którzy spotykają się gdzieś w tajnych siedzibach i knują przeciwko całemu światu. Scena spotkania Stauffenberga z nimi jest wręcz komiczna. Nie jestem prawicowym patriotą widzącym w każdym z zagranicznych mediów zdradziecki sztylet wymierzony przeciwko „Przenajświętszej Rzeczpospolitej”. Jednak czytając newsy o „polskich obozach koncentracyjnych” denerwuję się z powodu totalnego dyletanctwa zagranicznych pismaków. Z drugiej strony trudno się dziwić ich nieuctwu w kwestii historii, jeśli wiedza o roli Niemców podczas drugiej wojny światowej podawana jest za pomocą takich filmów jak „Walkiria”. Nie jestem też na tyle szalonym idealistą, by apelować do wszystkich o naukę historii. Dzisiaj bowiem na znajomości przeszłości nie można zarobić, więc i wiadomości o niej są dla zdecydowanej większości po prostu zbędne.
środa, 13 maja 2009
Ogród Luizy reż. Maciej Wojtyszko
![]() Taki film to pewne zaskoczenie w polskiej kinematografii. Reżyser bowiem trudniący się dotąd produkcja seriali, stworzył obraz całkowicie niepasujący do niezbyt normalnej mozaiki polskiego kina. „Ogród Luizy” to kino bezpretensjonalne, pozbawione jakichkolwiek aspiracji do bycia dziełem kanonicznym. Jest to film jakich w Polsce brakuje. Przy omawianiu którejś z polskich produkcji pisałem, iż w naszym kraju robi się dwojakiego rodzaju obrazy – ponure, ciężkie filmy opisujące jakieś patologie życia społecznego albo durne komedie każdą swą sekundą obrażające intelekt (albo jego resztki) widza siedzącego w kinie. Chciałbym widzieć w polskiej kinematografii jak najwięcej obrazów będących co prawda rozrywką, jednak jak najdalszą od schematyczności i banału. Czy film Wojtyszki spełnia te warunki? Moim zdaniem jak najbardziej. Film Macieja Wojtyszki to historia związku dwojga ludzi, którzy po raz pierwszy spotykają się w szpitalu psychiatrycznym. Fabio to wpływowy gangster, który musi w psychiatryku odsiedzieć swoje, aby dostać sądową opinię o niepoczytalności. Luiza to córka kandydata na burmistrza małego prowincjonalnego miasteczka, który właśnie jest w trakcie kampanii wyborczej. Dziewczyna jest trochę niezrównoważona. Czasami zachowuje się dość niekonwencjonalnie, przez co ojciec się jej wstydzi, zwłaszcza w momencie, w którym zabiega o głosy wyborców. Bohaterka boi się wszystkiego, z jej zachowania wynika, iż wcześniej nie stroniono wobec niej od przemocy fizycznej. Nie jest chora psychicznie, ma bogatą wyobraźnię, na pewno cechuje się nadwrażliwością. Między nią a Fabio tworzy się niezwykły związek oparty przede wszystkim na tolerancji i zrozumieniu. Gangster nie widzi w niej szalonej i niezrównoważonej dziewczyny, a kogoś, kto potrzebuje ciepła i poczucia bezpieczeństwa. Ich uczucie nie ma charakteru ani matrymonialnego, ani erotycznego, rozmawiają ze sobą jak kochające się i wspierające we wszystkim rodzeństwo. „Ogród Luizy” to piękna bajka, która ma dość luźny związek z rzeczywistością. Co prawda wszystkie postacie są niezwykle ciekawe i barwne, ciężko je jednak porównywać z tymi widzianymi na co dzień za oknem. Trudno bowiem uwierzyć w gangstera, który jednocześnie potrafi być bezwzględny jak również wrażliwy i opiekuńczy. Znakomity Marcin Dorociński fantastycznie odegrał wszystkie niuanse tej postaci, jednak nawet dla kogoś, kto nie zna z autopsji świata przestępczego raczej jasne jest, iż tego typu człowiek wśród gangsterów nie miałby racji bytu. Podobnie jest z innymi gangsterami. Przypominają oni zbirów „swojaków” z osiedla, co to z nimi można piwo wypić, pograć w piłkę i po meczu jakiś kiosk obrobić. Postać mecenasa „Kaleki” Frankowskiego w świetnej kreacji Władysława Kowalskiego to już raczej parodia kina gangsterskiego, niż jakiekolwiek naśladowanie klasyków czy rzeczywistości. Co więc w tym kinie jest takiego fascynującego? Na pewno urzekająca jest postać Luizy, wrażliwca inaczej spoglądającego na świat, wartościującego nie piękno materialne, ale skomplikowaną pajęczynę ulotnego piękna splecioną z uczuć, emocji i przebogatej wyobraźni. Patrycja Soliman stworzyła wielowymiarową i czarującą postać, która łączy w sobie erotyczne piękno młodej kobiety, lecz przede wszystkim sugestywny świat wewnętrzny złożony zarówno z pięknych wizji jak i dziecięcego, panicznego strachu uzewnętrzniającego się w przerażających urojeniach. Emocjonujący jest także związek między Luiza a Fabiem. Instynktownie oczekuje się, mając w pamięci setki filmów o związkach damsko-męskich, kiedy bohaterowie „skonsumują” swoją znajomość pójściem do lóżka. A tu nagle okazuje się, że to nie jest najważniejsze. Fabio kocha Luzię, ale nie tak dosłownie, nie w charakterze erotycznym. Naprawdę bardzo fajnie udało się to zbudować Wojtyszce. Wreszcie aktorstwo, zwłaszcza Dorocińskiego i Soliman. Aż chce się oglądać ich postacie stworzone nie tylko ze słów, ale ze spojrzeń i emocji wyrażonych gdzieś między wszystkimi uczynkami. I nawet cieszy się człowiek, że film otwarte zakończenie, dzięki czemu można sobie wyobrazić dalsze losy Fabia i Luziy. Każda bajka ma morał, taka cecha gatunku. Jakie przesłanie więc płynie z „Ogrodu Luziy”? Wojtyszce chodziło chyba o to, iż każdy człowiek potrzebuje przede wszystkim ciepła i zrozumienia. Nie ma ludzi skazanych na porażkę przez to, że są przestępcami czy wariatami. Gdzieś w reżyserze i scenarzyście pobrzmiewa fundamentalna zasada humanizmu, iż pomimo poczynionych błędów każdemu należy się szansa na wyjście z moralnego bagna i zaczęcie życia od nowa. A co z Luizą? Tacy ludzie będą zawsze, inni, nadwrażliwi, widzący świat zupełnie inaczej niż my. Należy dać im żyć. Nic więcej. Tak po prostu.
niedziela, 03 maja 2009
Vicky Cristina Barcelona reż. Woody Allen
![]() Woody Allen ma już 73 lata. Jakichkolwiek filmów obecnie by nie robił i tak do końca świata będzie uważany za jednego z najważniejszych reżyserów w historii kinematografii. Świadomy własnego znaczenia i od podszewki znający język filmu, Allen obecnie bawi się kinem, robi coś, co przede wszystkim ma sprawiać jemu przyjemność. Tworzy historyjki, które nie są ani szczególnie odkrywcze, ani bardzo oryginalne, jednak są tak wspaniale wykonane, iż ogląda się je z nieskrywaną przyjemnością i uśmiechem satysfakcji na twarzy. To już nie jest to kino błyskotliwe, które wyróżniało mnóstwo filmów Allena. Ale reżyser „Manhattanu” już z niczego nie musi szydzić ani walczyć ze swoimi kompleksami poprzez wskazanie, iż wszyscy dokoła są jeszcze bardziej szaleni niż on sam. Jednak jego filmy kręcone w Europie to nie artystyczna emerytura. Raczej twórcze wakacje, na których artysta odpoczywając jednocześnie ma dużą motywację do pracy bez napięć i stresów wynikających z presji producentów.
Dwie przyjaciółki, Christina i Vicky, przyjeżdżają spędzić letnie miesiące do Barcelony. Vicky to stateczna i emocjonalnie dojrzała kobieta, która do Hiszpanii przyjeżdża w celu szukania materiałów do swojej pracy magisterskiej. Jej myśli zaprzątnięte są ślubem z obiecującym ekonomistą oraz wyborem dekoratora wnętrz do przyszłego domu. Christina to niespokojny duch, stale poszukująca odpowiadającego jej artystycznej duszy środka, dzięki któremu mogłaby pokazać światu swoją twórczą wrażliwość. Dziewczyna nie przejmuje się żadnymi konwenansami ani tym, że czegoś w jakiejś sytuacji nie wypada. Dlatego raczej bez wahania zgadza się na weekendowy wyjazd w celach turystyczno-erotycznych jaki znienacka proponuje przyjaciółkom niezwykle przystojny Juan Antonio, wrażliwy malarz z bardzo burzliwą przeszłością. Od tego momentu zaczyna się skomplikowana intryga miłosna, w której uczestniczą nie tylko bohaterki oraz Juan Antonio, lecz także jego była żona z bardzo silnymi skłonnościami destrukcyjnymi oraz ułożony jak z żurnala narzeczony Vicky. Pod wpływem gorącego i wręcz naładowanego erotyzmem klimatu Hiszpanii oraz ich namiętnych mieszkańców dziewczyny z Ameryki trącą głowy. Nie tylko z powodu dziwnych relacji damsko-męskich i damsko-damskich (tak, tak!), lecz także wynikających z przemyśleń o tym, jak powinno wyglądać życie ludzkie, by można je było nazwać szczęśliwym. Cała opowieść podana jest niezwykle lekko, przez co film ogląda się niczym degustację wyjątkowo smacznej potrawy w ekskluzywnej restauracji. Co prawda do jedzenia nie należy przykładać jakiegoś szczególnego znaczenia, ale od czasu do czasu odrobina przyjemności wynikająca z jego konsumpcji zawsze cieszy. Dzięki Allenowi obserwować możemy nie tylko cieszącą zmysły lekką historyjkę, lecz także przepiękne zdjęcia słonecznej Hiszpanii oraz urok fantastycznych aktorek Scarlett Johansson oraz Penélope Cruz. Widać, że Allen nie tylko nadal czerpie przyjemność z robienia filmów, lecz także swobodnie czuje się z młodymi, obecnie niezwykle popularnymi aktorami. Bo jeśli chodzi o aktorstwo oraz związanie z nim kreowanie postaci, to „Vicky Cristina Barcelona” wręcz olśniewa. Nie dość, że bohaterowie już na etapie scenariusza musieli być ciekawi (zwraca uwagę filozofia twórcza ojca Juana Antonio), to jeszcze wybranie takich, a nie innych aktorów sprawiło, iż film ogląda się z ogromną przyjemnością. Czy najnowszy film Allena to tylko mniej luba bardziej szczęśliwe perypetie miłosne trzech pięknych kobiet? Mam wrażenie, iż pod niezwykle kuszącą szatką opowieści o gorącej, hiszpańskiej miłości, reżyser „Annie Hall” chciał opowiedzieć o roli artysty w społeczeństwie, zwłaszcza tej jego części ogarniętej manią szybkości i pieniędzy. Co prawda „Vicky Cristina Barcelona” nie opowiada o jakichś twórczych geniuszach, a raczej o tych, co bardziej prowadzą artystyczne życie (czyt. udzielają się w bohemie). Sam Allen nigdy za wielkiego mistrza kinematografii się nie uważał. Bohaterowie często przez niego grani albo byli niezrozumiałymi komikami, albo sztukmistrzami zabawiającymi ludzi o, delikatnie mówiąc, słabo wyrobionym guście. Jednak tak naprawdę to oni bardzo często są władcami naszej wyobraźni, oni potrafią nadać smaku naszemu życiu. Życie ludzi bez artysty, a więc bez sztuki byłoby możliwe, przecież to nie jest element niezbędny do naszego egzystowania. Posługując się znowu kulinarnym porównaniem, funkcjonowanie bez ich twórczości przypominałoby pożywienie bez przypraw i tych wszystkich kucharskich sztuczek, dzięki którym czasami staje się ono wyjątkowe. Mam nadzieję, że zabawa Allena w kino trafi również do gustów odbiorców. Dałbym sobie rękę uciąć, iż znajdą się malkontenci i uosobienia snobizmu oraz bufonady, którzy znowu będą mruczeli, że Allen „skończył się” na „Manhattanie”. Ale to idioci, którzy o kinie wiedzą tyle, ile napiszą krytycy w niszowych pismach. Bawmy się więc na filmach Allena, tak jak bohaterowie „Vicky Cristina Barcelona”, najlepiej ze szklanką dobrego alkoholu.
piątek, 24 kwietnia 2009
Bitwa o Irak reż. Nick Broomfield
![]() czy ty tez to bardzo lubisz - czy ty kochasz to? gdy się twoja krew gotuje - gdy zaciskasz pięść czy wiesz co robić by cię nigdy nie opuścił gniew? czy wiesz co robić by nie wyschły nigdy oczy twe? Miłość swoja zakopałeś litość mocno śpi chciałbyś cały świat utopić w oceanie krwi lecz pomyśl sobie nim zaciśniesz pięść nim spróbujesz zadać cios lecz pomyśl sobie, ze dla wielu święte jest: oko za oko ząb za ząb przemoc rodzi przemoc człowiek to jest zwierz gorszy od hieny jest bo zabijanie jest dla niego piękne i pewnie za jakiś czas nie będzie komu wstać oko za oko ząb za ząb przemoc rodzi przemoc najgorsza to bron i usprawiedliwienie Ilussion „Vendetta” „Bitwa o Irak” nie jest filmem interwencyjnym, jednak jako któryś z kolei opowiada o rzeczach, które wszyscy powinni wiedzieć, a przynamniej ci, którym zależy na wiedzy o tym, co dzieje się na świecie i za pomocą jakich mechanizmów owo „dzianie się” odbywa. Żyjemy bowiem nie w demokracji, a tak naprawdę w „mediokracji”. Proszę zauważyć, iż większość zasobów wiedzy jakie mamy nie pochodzi z książek, czasopism czy filmów dokumentalnych, lecz z doniesień telewizyjnych. To one, dzięki idei szybkiego, sensacyjnego i łatwego newsa, docierają do każdego zakątka kuli ziemskiej. Rzeczywistość w dużej mierze kształtowana jest właśnie przez media, z których zdecydowanie największą siłę oddziaływania ma telewizja. Szybko żyjące społeczeństwa nie mają czasu ani chęci sięgać po analizy, ekspertyzy czy poważniejsze publikacje wgłębiające się w jakiś problem polityczno-społeczny. Tym bardziej nie po drodze im z samodzielnym, krytycznym i niezależnym myśleniem. Społeczności takie są więc idealnym materiałem do tego, aby im podawać gotowe recepty, sposoby rozumowania oraz systemy wartości, według których koniecznie należy postępować. I w ten sposób kształtowana jest w nas wizja wszystkiego co dzieje się na świecie według schematu „dobry/zły” czy „czarny/biały”. Najczęściej nie chcemy, rzadziej nie możemy sięgnąć po rzetelne materiały dotyczące sytuacji w Iraku, Korei Północnej, Afganistanu, Iranu, Arabii Saudyjskiej czy Czeczenii. Za blokadą informacji stoją zarówno reżimy jak i państwa mieniące się demokratycznymi, systemy świeckie jak również religijne. Nick Broomfield w „Bitwie o Irak” w niezwykle prosty, ale sugestywny i trafiający w samo sedno pokazał, kto jest odpowiedzialny za gigantyczne zło dziejące się w Iraku. Nietrudno się także domyśleć, iż podobne sytuacje mają miejsce w krajach, na które bardzo mocno oddziałują Stany Zjednoczone. Film Broomfielda obrazuje dwa dni życia jednego z oddziałów patrolowych U.S. Marines oraz kilkanaściorga Irakijczyków. Na poboczu drogi, nieopodal domu jednej z wielopokoleniowych rodzin irackich zostaje podłożona bomba. Terroryści z jej odpaleniem czekają po drugiej stronie szosy. Wszyscy członkowie rodziny wiedzą o bombie, lecz boją się o tym poinformować zarówno Amerykanów jak i władze irackie. Po długim oczekiwaniu wreszcie zamachowcy detonują bombę, kiedy obok niej przejeżdża jeden z patroli. Ginie Amerykanin, a kilku zostaje ciężko rannych. Dowództwo amerykańskie postanawia jak najszybciej zorganizować akcję odwetową. Żołnierze U. S. Marines przeczesują jeden po drugim z okolicznych domów i zabijają Irakijczyków nie patrząc czy to kilkumiesięczne dziecko, czy też starzec. Zaraz po tej akcji dowódca oddziału patrolowego zostaje odznaczony medalem za odwagę. Reżyser, aby obiektywnie pokazać historię wydarzeń z Haditha wybrał formę fabularyzowanego dokumentu, w którym pokazuje codzienne życie zwykłych amerykańskich żołnierzy oraz ludności irackiej. Pokazuje to w sposób, który daleki jest od tendencyjności i składa się w wiarygodną, harmonijną całość. Ci amerykańscy Marines, którzy wyjeżdżają na patrole nie widzą w wojnie irackiej najmniejszego sensu. Ich celem jest przeżyć, dlatego nie tylko wykonują rozkazy przełożonych, lecz także starają się robić to jak najlepiej. Wykonują swoją robotę z poświęceniem, bo tylko dzięki temu będą mogli wrócić do domu w jednym kawałku. To nie są chłopcy, których wojna kręci. Nie ma w nich ideologicznego czy rasowego zacietrzewienia, „żołnierka” to praca, którą trzeba wykonać solidnie. Równie wiarygodnie jest pokazana iracka, wielopokoleniowa rodzina, której starsi przedstawiciele zakorzenieni są mocno w tradycji, lecz młodsi chcą mieszkać w normalnym, nowoczesnym państwie. I to oni znajdują się między młotem islamskich fanatyków nie oglądających się na swoich współobywateli podczas samobójczych ataków, a kowadłem Amerykanów, w których wtłacza się informacje, iż zamachowcem może być nawet dziecko w kołysce. Irakijczyków poznajemy podczas jednego z ich rodzinnych świąt. Widzimy ich bawiących się oraz oddających się modlitwie. W rozmowach słyszymy, iż ich marzeniem jest życie w bezpiecznym kraju. Za obecną sytuację winią przede wszystkim Amerykanów, lecz także duchowych przywódców religijnych odpowiedzialnych za ideologiczną indoktrynację młodych, rządnych odwetu na wojskach zachodnich Irakijczyków. Bardzo wiarygodnie także i przez to niezwykle przejmująco pokazał Broomfield ich tragedię, kiedy Amerykanie w akcji odwetowej unicestwiają wielu Irakijczyków nie zważając, czy oni cokolwiek mają wspólnego z atakiem terrorystycznym. W jeden ze scen widzimy mieszkańców Iraku pogrążonych w żałobie i słuchających członka Al-Kaidy tłumaczącego im sens zemsty. Uważnie słuchają terrorysty i kiwają głową ze zrozumieniem. Nie dziwię się im, że dyszą żądzą odwetu. Kiedy bowiem ginie w bezsensowny sposób ktoś najbliższy z rodziny, zawsze pierwszym i najbardziej gorącym pragnieniem jest zemsta. Co ciekawe, za zaistniałą sytuację Nick Broomfield nie wini ani podkładających bomby irackich zamachowców jak i zabijających niewinnych Irakijczyków amerykańskich żołnierzy. Nie widzi w nich bezlitosnych morderców, którzy z zimną krwią prowadza wyniszczającą wojnę. Oni są bowiem tylko narzędziem, pistoletem w rękach religijnych przywódców albo demokratycznie wybranych polityków. Naprawdę, chyba tylko naiwni, bezkrytycznie wierzący w ideę tolerancji i demokracji wywiedzioną z podręczników mogą dostrzec równicę między prezydentem Stanów Zjednoczonych a imamem wzywającym do świętej wojny przeciwko mniejszym lub większym zachodnim szatanom. Wszystkie historie dotyczące zarówno niesienia demokracji do krajów dotąd rządzonych w sposób totalitarny jak również idee religijnego wyzwalania narodów to wierutne, kompletne bzdury. Tak naprawdę jedni i drudzy mają w Iraku jeden cel – władza. Tylko tyle i aż tyle. Władzę nie tylko nad roponośnymi złożami, lecz dzięki sile mediów nad umysłami milionów ludzi. To, co my jako przedstawiciele zachodniej demokracji dostajemy w przekazach medialnych o wojnie w Iraku czy Afganistanie, to przygotowane przez speców od PR newsy, abyśmy w głowie przygotowali sobie nie prawdziwą, lecz wirtualną wizję wojny. Podobnie rzecz się ma z Irakijczykami karmionymi religijną indoktrynacją, która zasadza się przede wszystkim na czarno-białej konstrukcji świata. My, muzułmanie cokolwiek robimy, jesteśmy święci, oni, czyli Amerykanie i reszta Zachodu to diabły, które należy tępić wszelakimi środkami. A jak można nie wierzyć świętemu, natchnionemu przez Allacha człowiekowi?! Przecież to myślozbrodnia! Nawet jeśli kogoś nie interesuje wojna w Iraku, ani agresywna polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych warto ten film zobaczyć z dwóch powodów. Pierwszy to weryfikacja tego, czym karmieni jesteśmy na co dzień przez serwisy informacyjne. Film Broomfielda ma szansę w ludziach łatwowiernych i naiwnych wzbudzić nutę krytycyzmu wobec mediokracji. Drugi powód to realizm w pokazywaniu wojny oraz mechanizmów nią rządzących. Bardzo często bowiem ludzie walczący na pierwszej linii to mięso armatnie, co do których kategorie dobra i zła nie tyczą się. Dopiero kiedy trzeba szukać winnych, bo dziennikarze niespodziewanie trafiają na trop afery, wtedy tych wykonujących rozkazy pokazuje się jako potwory, które przeinaczają zawsze doskonałe i na wskroś humanitarne dyspozycje przełożonych. „Bitwa o Irak” to znakomity, mocny i unikający schematów film.
środa, 15 kwietnia 2009
Rysa reż. Michał Rosa
![]() Moim zdaniem dla każdego narodu jego historia powinna odgrywać ogromną rolę. Zdaję sobie sprawę, iż mnóstwo ludzi słysząc słowo „historia” kojarzy je tylko z klasówkami w szkole. Każda jednak wspólnota jest tym silniejsza, im mocniej związana jest ze swoją historią. Ona stanowi korzenie, nadaje społeczności głębszy wymiar, sytuuje je w pewnym szczególnym kontekście innym materialny, który, niestety, dla wielu jest tym najważniejszym. Historia powinna jeszcze bardziej jednoczyć niż religie, które przecież interpretacyjnego pluralizmu nie znoszą, a co analizowanie przeszłości w pewnym stopniu toleruje. Jednak w Polsce historią interesują się nie tyle zwykli ludzie, fascynaci czy hobbyści, co politycy i wynajmowani przez nich „specjaliści” i „historycy”. Okazało się, że zryw solidarnościowy, Okrągły Stół oraz lata transformacji tak skłóciły elity polityczne, iż ci zaczęli szukać broni przede wszystkim w wydarzeniach z przeszłości. Potężnym orężem zaczęły być akta Służby Bezpieczeństwa, nieraz rzetelne, jednak najczęściej będące zbiorem świstków, podejrzanych dokumentów i spreparowanych raportów z różnych działań operacyjnych. Właściwie od 1989 roku politycy i związane z polityką „intelektualne elity” bez żadnych skrupułów zaczęły najzwyczajniej w świecie „napierdalać się” owymi dokumentami. Ofiarą mógł być nie tylko inny decydent polityczny, lecz właściwie każdy, kto pełnił jakąś nieraz nawet bardzo poślednią funkcję publiczną. Taka „teczkowa bomba” wybucha pewnego dnia w domu państwa Joanny Kocjan i Jana Żółwieńskiego, inteligenckiego małżeństwa z ponad kilkudziesięcioletnim stażem małżeńskim. Podczas jednej z imprez Joanna dostaje w prezencie kasetę video z nagraniem programu telewizyjnego, w którym jakiś podrzędny historyk opowiada o współpracy jej męża ze Służbą Bezpieczeństwa. Naukowiec twierdzi, iż Żółwieński został podstawiony do rodziny Kocjanów, aby mógł śledzić ojca swej przyszłej żony, który w okresie II Rzeczpospolitej i zaraz po wojnie współpracował z Mikołajczykiem. Początkowo Joanna traktuje anonimową informację jako kompletną bzdurę, jednak z czasem niektóre szczegóły coraz mocniej zaczynają oddziaływać na jej wyobraźnię. Jan nie przyznaje się do żadnej współpracy z SB, ale Joanna postanawia przeprowadzić własne śledztwo. Jego wynikiem jest kilka poszlak, mogących sugerować, iż jednak jej mąż był w przeszłości szpiclem. Jan całkowicie odrzuca jakiekolwiek podejrzenia i próbuje żyć tak jak dotychczas, czyli robić wszystko jak najlepiej. W kobiecie jednak zaczynają narastać coraz większe wątpliwości. Jeśli bowiem rzeczywiście jej mąż mógłby być tajnym współpracownikiem, miłość, małżeństwo czy wspólnie spędzone szczęśliwe i trudne chwile, wszystko to opierałoby się na fikcji. Joanna zaczyna oddalać się od męża, nie chce z nim spać, rozmawiać ani jadać posiłków. Co więcej, popada w depresję połączona z najróżniejszymi natręctwami. Nie dające jej spokoju podejrzenia popychają ją coraz bardziej w izolację, powodują oderwanie się od wszystkich tak ważnych dotąd dla niej spraw. Joanna nie tylko przestaje kontaktować się mężem, lecz także odchodzi z pracy i zrywa więzi ze wszystkimi ludźmi jakich dotąd znała, lubiła i szanowała. Nawet córka i wnuki przestają mieć dla niej jakiekolwiek znaczenie. Wreszcie Joanna odchodzi od męża. Wynajmuje kawalerkę i próbuje jakoś egzystować. Ale i taki stan rzeczy nie wpływa na poprawę jej zdrowia psychicznego. A Jan, domniemany „tajny współpracownik”? Reżyser w jednym z wywiadów przyznał, iż w scenariuszu jako pewnik było, że Jan rzeczywiście donosił SB na ojca Joanny. Film to tylko sugeruje, podrzuca pewne ślady. Rosa porusza w tym filmie fundamentalną kwestię, czy służba w przeszłości aparatowi bezpieczeństwa, która nie przyniosła żadnych szkód, powinna jakoś rzutować na teraźniejsze, współczesne życie człowieka w wolnej już Polsce. Przyjrzyjmy się bohaterowi granemu przez Krzysztofa Strońskiego. Jest to naukowiec bardzo szanowany w profesorskim gronie. Dowiadujemy się o nim, iż nie tylko własnymi siłami zdobył taki status, lecz także całe życie rodzinne było na jego barkach. Joanna robiąc karierę naukową nie zajmowała się domem ani dziećmi. To on sprzątał, gotował, dbał o dzieci i odrabiał z nimi lekcje. To on znajdował czas, aby wyjechać z nimi na wakacje i zapewniać im rozrywki. A nikt nie zaprzeczy temu, iż połączenie kariery naukowej z umiejętnym dbaniem o rodzinę zakrawa o heroizm. Jan nie może zrozumieć, iż Joanna nie tylko przestaje traktować go jak męża, lecz wręcz odrzuca go, jakby był jej wrogiem. Czy ma rację? To już każdy widz, próbując wejrzeć w relacje małżonków, powinien odpowiedzieć sobie na to pytanie. Jest jeszcze trzecia postać, o której warto napisać. To podrzędny historyk, który na podstawie strzępów informacji w programie telewizyjnym ujawnia przeszłość Jana Żółwieńskiego. Dla niego jest to prawda, która zawsze i wszędzie powinna być wartością nadrzędną. Jednak czy owa prawda powinna być budowana na podstawie fragmentarycznych, niepełnych i często sfałszowanych danych? A nawet gdyby wszystkie informacje o współpracy Żółwieńskiego byłyby prawdziwe, to czy telewizja, medium goniące przede wszystkim za tanią i sensacyjną rozrywką, jest miejscem, w którym powinno rozpatrywać się trudne, niekiedy bardzo skomplikowane zawiłości historyczne? Ów historyk jest na pewno postacią symboliczną, ważną dla życia polityczno-społecznego współczesnej Polski. Co rusz bowiem w mediach wybuchają afery dotyczące współpracy z SB jakiegoś księdza, aktora, polityka solidarnościowego podziemia czy innej znanej, publicznej postaci. Co gorsza, z lustracji w Polsce zrobiono broń, którą władają rządzące w danej chwili gabinety polityczne. Teczki są amunicją, którą próbuje trafić się w nieprzyjaciół. Nie ma mowy o jakiejkolwiek jawności czy sprawiedliwości. Kiedy trzeba „ustrzelić” jakiegoś polityka, sędziego czy dziennikarza szuka się w archiwach jego teczki. I zawsze znajdzie się jakiś „pistolet”, który w imię wyimaginowanych racji wygłosi w mediach wątpliwą faktograficznie tezę. „Rysa” nie jest prostym filmem, który sprawia przyjemność w oglądaniu. Dla wielu może być w ogóle niestrawny, bo co kogoś obchodzi jakaś lustracja i jej skutki, kiedy przeprowadzona jest w sposób urągający wszelakiej sprawiedliwości. Jednak dla wąskiego grona tych wrażliwszych i przejętych losem ludzkim, „Rysa” może być nie tylko filmem o polskiej lustracji, lecz o uniwersalnym wymiarze winy popełnionej w przeszłości i jej konsekwencjach widocznych w teraźniejszości. Rosa bowiem znowu pyta widzów, czy kłamstwo, pewna słabość tak przecież charakterystyczna dla człowieka, może być naprawiona kilkudziesięcioletnim, uczciwym i godnym życiem. Tytułowa rysa bowiem może być mało istotnym zadrapaniem prawie bez znaczenia dla całości. Może być również pęknięciem, które pod wpływem niesprzyjających okoliczności staje się bardzo poważną, zagrażającą istnieniu czegoś skazą. Jeśli jednak kogoś nie interesują kwestie polityczne czy etyczne, może obejrzeć „Rysę” dla jej bardzo ciekawej i zajmującej historii. Rozpad małżeństwa i człowieka nie został w nim pokazany w sposób uproszczony, czy niekiedy wulgarny jak to bywa w popularnych serialach. Dzięki fantastycznym i przejmującym rolom Krzysztofa Stroińskiego i Jadwigi Jankowskiej-Cieślak możemy dokładnie, jak pod mikroskopem, obserwować życie dwojga, doskonale znających się ludzi. I znowu reżyser odwołuje się do naszej oceny, czy fakt zatajenia przed żoną krótkiej i nic nie dającej współpracy z bezpieką może być powodem do rozpadu maleństwa. Na szczęście Rosa na żadne z powyższych kwestii nie daje prostej i łopatologicznej odpowiedzi. Chce, aby widz zgodnie ze swoim sumieniem i wewnętrzną uczciwością ocenił bohaterów filmu. Moim zdaniem jest to niezwykle ważny film w polskiej kinematografii. Udowadnia bowiem, że potrafimy zrobić kino nie tylko trzymające się mocno rzeczywistości, lecz także mające charakter uniwersalny, konfrontujące człowieka, w tym wypadku inteligenta, z sytuacją wymagającą od niego oparcia się na niezwykle ważnych wartościach. |