|
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
Dobre strony filmowe
Godne polecenia blogi filmowe
Lista recenzowanych filmów
Najlepsze strony niefilmowe
|
sobota, 06 lutego 2010
Halloween 2 reż. Rob Zombie
![]() W Hollywood era sequeli trwa w najlepsze. Przeglądając serwisy internetowe poświęcone kinu, utkwić można w doniesieniach o najróżniejszych przeróbkach mniej lub bardziej znanych filmów. Ale cóż, w Stanach kinematografia jest jeszcze jedną gałęzią przemysłu, a ta jak każdy rodzaj produkcji na szeroką skalę, ma przynosić zyski. Artystyczny wymiar kina z Ameryki to element naddany, niekonieczny, a w większości obrazów wręcz zbędny, by jakiś film okazał się komercyjnym sukcesem. Niewątpliwie w tę tendencję wpisuje się również próba reanimacji serii „Halloween” zapoczątkowanej w 1978 roku klasykiem gatunku wyreżyserowanym przez Johna Carpentera. Pierwszy remake autorstwa Roba Zombie był całkiem przyzwoitym slasherem, który Mike Myersowi próbował nadać bardziej ludzkiego wymiaru. Druga część, podobnie jak w pierwotnym cyklu, jest bezpośrednią kontynuacją poprzedniczki. Nie powiela jednak tego, co widzieliśmy w filmie Ricka Rosenthala. Tam większość akcji działa się w szpitalu, do którego po rozprawieniu się z „braciszkiem” trafiła Laurie Strode (Jamie Lee Curtis). Co prawda część wydarzeń „Halloween” Zombiego także ma miejsce na szpitalnych korytarzach, ale są one tylko ciekawym, ale mało istotnym szczegółem. Po długiej rekonwalescencji Laurie Strode postanawia mieszkać wraz z Anne w domu jej ojca, szeryf Lee Bracketta. Nie może się jednak zapomnieć przerażających wydarzeń, jakich była uczestnikiem rok wcześniej. Dręczą ją sny i upiorne wizje. Patrząc na blizny swojej przyjaciółki, Laurie nie może uwolnić się od przeświadczenia, iż wszystko to stało się z jej winy. Przeczuwa, iż Mike Myers nie umarł, a podczas najbliższego Halloween znowu będzie chciał ją zgładzić. W tym czasie dr Sam Loomis gdzie tylko jest to możliwe, opowiada o swoich kilkunastoletnich kontaktach z Myersem. Udziela wywiadów, występuje jako gościnny wykładowca, jest również gościem niepoważnego, ale bardzo popularnego talk show. Wreszcie wydaje książkę o rodzinie Myersa, w której ujawnia, iż Laurie jest młodszą siostrą Mike’a. Tymczasem nasz bohater nie próżnuje. Niczym bohaterowie Tolkiena Śródziemie, Myers przemierza na przełaj Amerykę, by w Halloween znowu trafić do Haddonfield. Nietrudno się domyślić, kogo będzie gonił i co będzie robił z tymi, którzy staną na jego drodze. Nie wyszedł Zombiemu ten film, najzwyczajniej w świecie nie wyszedł. Chciał chłop na pewno dobrze, bowiem oglądając jego produkcję, miałem wrażenie, iż muzyk nie tylko chciał wyzwolić się reżymu porównywania do dzień sprzed dwóch dekad, lecz również pragnął pokazać, iż slasher nie musi być ociekającym krwią debilizmem dla małolatów. Dlaczego nie udało się powtórzyć Robiemu sukcesu z części pierwszej? Głównym powodem porażki jest brak konkretnego i przejrzystego pomysłu na film. Z jednej bowiem strony mamy znowu Halloween i Mike’a starającego dorwać siostrzyczkę, z drugiej zaś rodzinne wizje Myersa mające nadać jego dokonaniom dodatkowego znaczenia. Wyszło z tego pretensjonalne ględzenie, rzekomo nadające filmowi metafizycznego nimbu. Reszta to pojedyncze, naprawdę dobrze nakręcone sceny, które zebrawszy do kupy nie przedstawiają żadnego konkretnego obrazu. Przez to w pewnym momencie film zaczyna zalatywać nudą, ponieważ brak kośćca dramaturgicznego nie wpływa odpowiednio na emocje widza. Największą siłą Myersa była szczelna czerń tajemnicy osłaniająca jego motywacje. W pierwszej sadze trudno było dociec, co tak naprawdę kieruje poczynaniami potwora. Bohater nie pokazywał twarzy, nie wypowiedział też ani jednego słowa. Zombie i w drugiej części postanowił uczłowieczyć monstrum. Jednak odarcie go z tajemnicy także nie wyszło zarówno postaci jak i całemu filmowi na dobre. Mike szlachtując swoje ofiary, sapie przy tym niemiłosiernie i dziwacznie pochrząkuje. Dalej sprawnie wykańcza każdego, kto stanie na jego drodze, lecz robi to jakoś nieszczególnie pociągająco. U Zombiego rzeźnik zdejmuje także maskę pokazując swoja prymitywną i porośniętą gęstą brodą twarz. Z długimi włosami i w charakterystycznych drelichach wygląda jak zwolniony z roboty pracownik PGR-u, który postanowił kilka lat popracować jako leśniczy w jakimś mało cywilizowanym kącie świata. Podobnie rzecz się ma Loomisem. U wszystkich reżyserów poprzedniej sagi psychiatra był prawdziwym wojownikiem, który postanowił sobie, iż do końca swoich dni będzie polował na Mike’a Myersa. Widział w nim bowiem zło wcielone, które zagraża wszystkim ludziom. Zombie z Loomisa zrobił celebrytę, który wykorzystując pociąg Amerykanów do wszystkiego, co skąpane jest we krwi, próbuje zarobić na tym jak najwięcej kasy. Szyderstwo z amerykańskiego społeczeństwa jest jak najbardziej na miejscu, jednak mnie zupełnie nie przekonała aktorska kreacja Malcolma McDowella. Jego gra to nieustanny balans na granicy szarży, jakby oprócz licznych wybuchów złości i aktów szyderstwa skierowanych pod adresem swoich interlokutorów, nie miał nic więcej do zaproponowania. Chwała Zombiemu za to, iż z wyeksploatowanego gatunku jakim jest slasher, chciał wycisnąć więcej, niż się da. Od strony wizualnej trudno cokolwiek filmowi zarzucić. Pojedyncze sceny, dynamiczne, świetnie zmontowane sekwencje, wreszcie pojedyncze ujęcia - ogląda się znakomicie. Przekonuje także idealnie do filmu dobrana ścieżka dźwiękowa, jednak jako intrygująca opowieść „Halloween 2” nie sprawdza się. Brakuje mu aury tajemniczości, jaka otaczała zarówno Michaela Myersa jak i dra Loomisa. Najgorszy bowiem wróg, który w umyśle ofiary sieje największe spustoszenie, to ktoś taki, o kim nic nie wiemy. Nic więc dziwnego, iż tym, co ludzi najbardziej przeraża jest ciemność. Na pewno otaczała ona motywacje Carpenterowskiego Myersa. Ten u Zombiego jest tylko zafiksowanym dziwakiem, składającym hołd swoim „familijnym” wizjom.
wtorek, 26 stycznia 2010
Klass (Nasza klasa) reż. Ilmar Raag
![]() Upadek edukacji zaczął się chyba od momentu, kiedy w cywilizowanym świecie stała się ona powszechna i darmowa. W materialistycznym światopoglądzie większości ludzi, to, co jest za darmo, nie przedstawia najczęściej żadnej wartości. Jeśli się o coś nie trzeba starać, nie jest to warte zachodu. W Polsce na owe materialistyczne myślenie nałożyła się jeszcze klątwa komunizmu. I nie jest to wytłumaczenie-wytrych, którym można wszystko uzasadniać i usprawiedliwiać. Co prawda w komunistycznej Polsce poradzono sobie z analfabetyzmem budując mnóstwo szkół podstawowych i zawodowych, prestiż dla nauki i wiedzy wcale przez to nie wzrósł. Pogarda dla inteligencji i naukowców była widoczna w każdym aspekcie życia społecznego. Chyba, że mowa była o „inteligencie pracującym”, traktowanym jako kwiatek do kożucha, czyli pracy chłopa i robotnika. Podobnie było z postawą wobec nauczycieli. Przez to, że duża ich część z własnej woli lub wybierając postawę konformistyczną popierała system, nie darzeni byli zbytnim szacunkiem społeczeństwa. A brak poszanowania nie wpływał tylko ze strony nauczanych i ich rodziców, lecz także od władz przejawiając się skandalicznymi zarobkami. W momencie kiedy wiele krajów uwolniło się spod sowieckiego buta, lata pewnych uwarunkowań nie mogły zmienić się szybko. W takich krajach jak chociażby Polska szkoła nadal jest pogardzaną instytucją. Oprócz pogardy dla wiedzy w szkołach publicznych zaczęła niczym jakaś choroba wśród uczniów zaczęła szerzyć się przemoc skierowana zarówno wobec rówieśników jak i nauczycieli. I nie chodzi tu tylko o pogardzane dotąd szkoły zawodowe, które skupiały pośledniejszy asortyment absolwentów podstawówek czy gimnazjów. Na niewyobrażalną skalę powszechna agresja zaczęła zbierać swoje żniwo nawet w młodszych klasach szkół podstawowych. Milion rozpraw i analiz pisano na ten temat. Tyleż ilu urzędników w ministerstwach, tyleż było mniej lub bardzie durnych i nieżyciowych planów naprawczych. Nawet nie będę silił się na wskazanie czynników tak mocno wpływających na wzrost postaw agresywnych wśród polskiej młodzieży. Najlepszym tropem do rozmyślań nad tym problemem niech będzie film z Estonii (szkole estońskiej zdecydowanie jest bliżej, niż szkole amerykańskiej czy choćby francuskiej) w Polsce wyświetlany pt. „Nasza klasa”. Opowiada on historię nastolatków chodzącej do tej samej klasy. Wśród nich znajduje się Joosep, typowy introwertyk żyjący w swoim świecie. Nie lubi sportu, zawsze jest gdzieś z boku. Nie integruje się z resztą uczniów. Nie wchodzi nikomu w drogę, nie próbuje choćby w najmniejszym stopniu kreować sytuacji konfliktowych. Jego pasją jest informatyka, tworzy strony internetowe, dzięki którym zarabia pieniądze na swoje potrzeby. Klasa jednak zaczyna mu coraz bardziej dokuczać. Uważają go bowiem za dziwaka i przygłupa, który do nich nie pasuje, więc mogą mu dokuczać do woli. Owo dokuczanie przejawia się w coraz bardziej agresywnych zachowaniach. Prym w całym przedsięwzięciu wiedzie Anders, chłopak przebojowy i charyzmatyczny, doskonale wiedzący w jaki sposób pociągnąć za sobą grupę. Jest on przedstawicielem takiego kręgu ludzi, do której należą charyzmatyczni politycy potrafiący zaangażować ludzi do często podejrzanych projektów. Nie inaczej jest z klasą Joosepa i Andersa. Jednym podoba się siła i przebojowość młodego oprawcy, inni najzwyczajniej w świecie nie chcą się wychylać. Ci, którzy są lojalni zyskują bowiem akceptację grupy. A czegoż innego w większości przypadków nie pragnie uzyskać młody, dojrzewający człowiek? Niespodziewanie okazuje się, iż jedyną osobą, która przeciwstawia się klasowej tyrani jest Kaspar, chłopak szukający akceptacji nie w klasie, a u ukochanej dziewczyny. Dokonuje się w nim prawdziwe przełamanie. Na początku bowiem dokucza swojemu szkolnemu koledze na równi z innymi znajomymi. Gdzieś jednak w jego hierarchii wartości pojawia się honor, coś, co zaczyna naprawdę odróżniać człowieka dorosłego od gówniarza szukającego szczenięcej radości w zadawaniu komuś bólu. Początkowo Anders nie szuka z nim zwady, chce mieć w Kasparze sojusznika. Kiedy jednak chłopak postanawia być konsekwentny w obronie kolegi, staje się klasowym wrogiem takim samym jak Joosep. Z dnia na dzień spirala agresji i przemocy zaczyna się coraz mocniej nakręcać. Każde przeciwstawienie się Kaspara grupie powoduje ich coraz większą wściekłość. Wybuch jest po prostu nieunikniony. To nie jest prosty i banalny film. Społeczność klasowa bowiem to nie jedyny czynnik wpływający na całą sytuację. Dochodzi tu jeszcze rola osób dorosłych, które tak naprawdę w żaden sposób nie wpływają na rozwój wypadków. Kiedy to jednak robią, okazuje się że ich dojrzałość emocjonalna jest taka sama jak dojrzałość uczniów, przez co ich kroki tylko i wyłącznie pogarszają sprawę. Ojciec Joosepa to typowy macho, którego światopogląd sprowadza się do załatwiania wszelakich spraw siłą. Kiedy w rzeczywistości ów model postępowania nijak się przydaje (ojciec jest nieudacznikiem, pożycza od bohatera pieniądze), jedynym sposobem pokazania synowi swojego autorytetu okazuje się zwierzęca brutalność. Kaspar natomiast miota się wewnątrz swoich przekonań, nie wie bowiem do końca, co jest dobre, a co złe. Nie wychowują go odpowiedzialni rodzice, a babcia przez brak ciągłości pokoleniowej nie może być dla XXI-wiecznego nastolatka podporą i autorytetem. Podobnie rzecz się ma z nauczycielami w szkole. Są szarzy i nijacy. Nie próbują wniknąć w istotę problemu, sądzą, że ich zadaniem jest jedynie egzekwowanie kar będących skutkiem naruszania najróżniejszych regulaminów. Skąd więc przemoc pokazana w tak przejmujący i wiarygodny sposób? To pytanie oczywiście nabiera sensu ogólniejszego i można je sparafrazować pytając, skąd u dzieciaków lub młodzieży taki ciąg na zachowania szczególne okrutne. Na to pytanie próbował znaleźć odpowiedź już w 1954 roku William Golding w swojej rewelacyjnej książce „Władca much”. Winnymi takich zachowań kilku- czy kilkunastoletnich ludzi jesteśmy my, czyli rodzice albo jeszcze bardziej ogólnie dorośli. Dzieci w swojej naturze nie mogą być złe, bowiem w pewnym wieku nie są zdolne do odróżniania dobra od zła. Dopiero z czasem, patrząc na rzeczywistość wykreowaną przez dorosłych, zaczynają rozumieć te fundamentalne pojęcia. Zaczynają dostrzegać, iż świat jest bardzo skomplikowaną maszynerią i podczas wędrówek wśród zastawionych moralnych pułapek potrzeba jakiegoś wzorca, autorytetu, który wskaże jak powinno się przebrnąć drogę nie tylko dla własnej satysfakcji, lecz także zważając na ludzi żyjących obok. Młodzież jest niezwykle podatna na najróżniejsze wpływy, sugestie i namowy. Nie widząc wokół siebie ludzi, którzy swoim życiem mogliby wyznaczać kierunek do życiowego sukcesu (etycznego, nie materialnego) zaczynają poszukiwać własnych wartości. A dla młodego człowieka tymi wartościami nie będą przecież pojęcia abstrakcyjne, jak chociażby honor. Musi to być coś namacalnego, materialnego. Czy nie mogłaby to być przemoc? Siłą fizyczną, połączoną z przebiegłością i przebojowością można przecież zdziałać bardzo dużo. Zwłaszcza jeśli pragnie się wykreować na lidera jakiejś grupy ludzi o małych potrzebach umysłowych i emocjonalnych. Do podobnych wniosków doszedł Guus van Sant w „Słoniu”. Tam uczniowie amerykańskiej szkoły średniej zaczęli strzelać do swoich rówieśników właściwie bez powodu. Nie przechodzili takich katuszy fizycznych i psychicznych jak bohater „Naszej klasy”. Ich życie opanowała pustka. Pustka zarówno jeśli chodzi o sensowne zagospodarowania czasu wolnego jak również o pustkę w sensie moralnym. Młodzi ludzie nie widząc w życiu jakiejkolwiek wartości postanowili nadać egzystencji jakiegoś smaczku. Zapragnęli, by wokół nich coś zaczęło się dziać. A że kultura amerykańska przepełniona jest przemocą, broń jest tam tak samo dostępna jak wykałaczki, dlaczego nie zemścić się więc na instytucji, która wymaga od nich kolosalnego wysiłku jakim jest myślenie? Swój zbrodniczy czyn bohaterowie postanowili zrealizować więc w szkole. Estoński film w czasie projekcji niesamowicie wpływa na emocje. Nie ukrywam, że obraz bardzo mnie zaangażował. Uwierzyłem zarówno w Joosepa, Kaspara jak i w charyzmatycznego Andersa. Nie uwierzyłem za to w społeczno tło, w jakie wpisana była akcja filmu. Mam warzenie, że realizatorzy w pewnym sensie poszli na łatwiznę kreując wiarygodne sytuacje między bohaterami zapominając, iż życie ludzkie bardzo mocno wpisane jest w kontekst społeczny i kulturowy środowiska w jakim żyją. Znęcanie się psychiczne nad Joosepem odbywało się na oczach nie tylko klasy, lecz także wielu innych uczniów. Nie wierzę, iż nie znalazł się nikt z uczniów, nauczycieli, pracowników szkoły oraz rodziców, którzy nie zareagowaliby na taką przemoc. Jasne, że reżyserowi chodziło o pokazanie szkoły jako wylęgarni patologii, zwłaszcza w krajach po transformacji ustrojowej. Ale bez przesady, niemożliwe jest, aby jawna agresja wobec jednego z uczniów była traktowana jako takie tam sobie żarciki młodzieży. Już pewnym uproszczeniem było potraktowanie zdecydowanej większości klasy jako bezideowej szarej masy reagującej identycznie na wyczyny Andersa i grupki jego kolegów. Ale żeby przenieść to na kilkaset osób? Niewiarygodna wydała mi się także reakcja rodziców Joosepa na szykany zadawane jego synowi. Ojciec macho chciał, by syn bronił się sam, na silę odpowiadał siłą. A matka? Ta całą sytuację skwitowała jednym telefonem do szkoły, po czym przestała się interesować sprawą. Nie wierzę, po prostu nie wierzę. Jak dla mnie jest to zbyt daleko idące uproszczenie. Powyższe uchybienia nie wpływają jednak na bardzo dobrą ocenę tego filmu. Ilmar Raag w „Naszej klasie” pokazuje, iż w wielu szkołach dzieje się niedobrze i wszyscy powinni na to jakoś zareagować. Nie tyczy się to tylko i wyłącznie nauczycieli, ale przede wszystkim rodziców. To oni mają na swoje pociechy największy wpływ. Jeśli bowiem nauczyciel nie ma posłuchu wśród uczniów, wielką tragedią to nie jest. Jeśli jednak rodzić nie ma w oczach dziecka żadnego znaczenia, problem jest znaczny i jego bagatelizowanie może doprowadzić to sytuacji, jaką można zobaczyć w filmie Ilmara Raaga.
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Najlepsze filmy 2009 roku według redakcji miesięcznika KINO
![]() Co roku na swoim blogu prezentuję dziesięć najlepszych filmów danego roku wybieranych przez szacowną redakcję miesięcznika KINO. Z każdym rankingiem czy plebiscytem jest tak, iż niesie on w sobie sądy kontrowersyjne, z którym nie każdy może się zgodzić. Tym bardziej sprawa jest dyskusyjna, jeśli wybiera się najlepsze dzieła sztuki, a wiec twory, których odbiór jest bardzo subiektywny, bo zależy zarówno od kompetencji odbiorów, jak również od ich gustu. Warto jednak zapoznać się z poniższym rankingiem, nie tyle dla poszczególnych miejsc, a po to, by wiedzieć, z czym warto się w niedalekiej przyszłości zapoznać. 1. "Biała wstążka" reż Michael Haneke 2. "Milczenie Lorny" reż. Jean-Pierre Dardenne, Luc Dardenne 3. "Walc z Baszirem" reż. Ari Folman 4. "Vicky Cristina Barcelona" reż Woody Allen 5. "Bękarty wojny" reż. Quentin Tarantino 6. "Dom zły" reż. Wojtek Smarzowski 7. "Droga do szczęścia" reż. Sam Mendes 8 "Tatarak" reż. Andrzej Wajda 9. "Odgłosy robaków - zapiski mumii" reż. Peter Leichti 10. "Rewers" reż. Borys Lankosz Jak widać, jest w czym wybierać. Kilku filmów z tej listy nie widziałem, ale tym, który wywarł na mnie największe wrażenie jest właśnie "Biała wstążka". Zimny film, na pozór pozbawiony emocji, jednak od pierwszych sekund chwytający za gardło i trzymający w napięciu. Sugestywny, ale i nienachalny, kontrowersyjny, lecz nieodrzucający wielości interpretacji, wreszcie brutalny wobec wszystkiego co człowiek sobą reprezentuje, lecz daleki od stawiania jednej, jedynie słusznej tezy. Polecam.
czwartek, 14 stycznia 2010
Kabaret reż. Bob Fosse
![]() Żadną miarą nie mogę zrozumieć, iż tyle lat po II wojnie światowej, znając jej właściwie każdy aspekt zarówno w ujęciu popkulturowym jak i naukowym, ciągle w wielu krajach aktywne są ruchu nie tylko biorące przykład z organizacji faszystowskich, ale także biorące przykład z ich przywódców. Ciągle na sztandarach widnieje facjata Adolfa Hitlera, a w przemowach współczesnych przywódców tychże grup można usłyszeć o Rudolfie Hessie czy Adolfie Eichamnnie. Ludzie widzący w ideologii faszystowskiej cokolwiek konstruktywnego muszą być głęboko sfrustrowani albo własną osobą, albo rzeczywistością polityczno-społeczną widzianą dokoła. Dlaczego jednak angażują swoje myśli i działania wokół idei kompletnie skompromitowanych, posługującym się siłą i kłamstwem w celu podporządkowania sobie ludzi? Nie bez przyczyny piszę o faszyzmie, tworząc recenzję filmu „Kabaret” Boba Fosse’a. Zwiększające się znaczenie NSDAP w latach 30-tych ubiegłego wieku jest niezwykłym kontrapunktem dla zabawnej i rozrywkowej części filmu, ukazującej działalność kabaretu "Kit Kat" oraz jej amerykańskiej gwiazdy Sally Bowles. Cała historia tego genialnego filmu opowiedziana jest z perspektywy angielskiego językoznawcy, Briana Robertsa, przybywającego do Berlina, aby uczyć Niemców angielskiego. Trudno powiedzieć, co takiego wydarzyło się, iż obiecujący naukowiec nagle pojawia się w coraz bardziej niespokojnym i izolującym się kraju. Może jego dziwna orientacja seksualna sprawiła, iż w Anglii narobił sobie kłopotów? Przybywając do największego niemieckiego miasta, Robert błyskawicznie zjednuje sobie sympatię Sally Bowles. Ich skrajnie różne osobowości przyciągają się niczym magnes. Ona niestała w uczuciach, ciągle gdzieś goniąca, nieodpowiedzialna, impulsywna i wybuchowa, on stateczny, emanujący siłą spokoju, a przede wszystkim niepoddający się emocjom. Jednak i jemu frywolny, libertyński i pozbawiony jakichkolwiek hamulców moralnych klimat kabaretu "Kit Kat" bardzo odpowiada. Chodzi tam jednak nie dla zabawy, lecz by ujrzeć kobietę, do której zaczyna pałać coraz gorętszym uczuciem. ![]() „Kabaret” to przede wszystkim film o skomplikowanym uczuciu między dwojgiem bohaterów – Sally i Brianem. Skomplikowanym dlatego, iż kobieta do cnotliwych i wiernych jednemu mężczyźnie zdecydowanie nie należy, Anglik zaś lubi zarówno męskie jak i damskie towarzystwo w łóżku. Oboje łączy ogromny apetyt na życie, chcą z niego brać pełnymi garściami wszystko to, co ono oferuje. W pewnym jednak momencie Brian poznawszy, w jego mniemaniu, kobietę marzeń, pragnie związać się z nią na stałe. Tym bardziej, iż pewnego dnia Sally oświadcza mu, iż jest w ciąży. Fakt ów jeszcze bardzie utwierdza go w przekonaniu, iż ich życie powinno ulec zmianie. Jak nietrudno się domyśleć, takie spojrzenie na rodzinę, dla Sally jest czymś niewyobrażalnym. Dziewczyna kompletnie nie rozumie, iż poza imprezowym, nocnym, rozśpiewanym i roztańczonym stylem życia jest jeszcze jakieś inne, wymagające dojrzałości i odpowiedzialności. Większość krytyków widzi jednak w „Kabarecie” wstrząsający film historyczny, traktujący o narodzinach ruchu faszystowskiego. Rzeczywiście, pełen śmiechu, jasności, tańca i dzikiej momentami radości film, przerywany jest zatrważającymi scenami, w których młodzi naziści z SA albo Hitlerjugend bezwzględnie obchodzą się ze swoimi przeciwnikami. Co więcej, ze strony mieszkających w Berlinie Niemców spotyka się to czasami z bierną, lecz często i czynną akceptacją. Nikt nie widzi w tym nic złego. Podobnie rzecz się ma z rozprzestrzeniającą się jak zaraza, całkowicie irracjonalną nienawiścią do Żydów. Niemcy usprawiedliwiając swoje działania wojenne, wymyślili historię o ogólnoświatowym spisku żydostwa, który na ofiarę wziął sobie właśnie państwo niemieckie (dzisiaj, jeśli wierzyć propagandzie pewnej stacji radiowej z Torunia, ów spisek Żydów, masonów oraz kosmitów za cel, nie wiadomo dlaczego, obrał sobie Przenajświętsza Rzeczpospolitą). Najgorsze w tym wszystkim jest to, iż miliony Niemców uwierzyło w tę tandetną historię i poparło wszystkie brutalne akcje na Żydach, które po dojściu Hitlera do władzy dokonywane były już w świetle prawa. ![]() Jest jedna scena w „Kabarecie” treściowo jakże odmienna od współczesnych filmów próbujących wyjaśnić rolę narodu niemieckiego podczas II wojny światowej. Na festynie w prowincjonalnym miasteczku, chłopak należący do Hitlerjugend intonuje pieśń wychwalającą Niemcy jako naród wybrany przez Boga do wielkich czynów. Kończą ją już nie tylko inni młodzieńcy ze swastyką na ramieniu, lecz wszyscy uczestnicy piwnej imprezy. Odpowiedzialność za zbrodnie hitlerowskie nie ponosi bowiem tylko Führer i jego najbliżsi współpracownicy, lecz cały ówczesny naród popierający szerzoną przez NSDAP ideologię narodowosocjalistyczną. Współczesne filmy oraz literatura („Łaskawe”) mniej lub bardziej nawiązujące do rozliczeń Niemców bardzo jasno sytuują odpowiedzialność za piekło wojny – winni są tylko i wyłącznie ci, którzy wywołali wojnę. Kompletnie pomija się żyjące w latach 20-tych i 30-tych społeczeństwo, które przecież w Hitlerze oraz gorliwie krzewiącym wiarę w NSDAP Hessie widziało bogów. ![]() Jednak „Kabaret” to przede wszystkim opowieść o muzyce i tańcu, a więc o zjawiskach, dzięki którym życie staje się i piękniejsze i bogatsze. Film Fosse’a to pean na cześć sztuki. Jakiekolwiek bowiem nawiedzały ludzkość zbrodnicze ideologie, ktokolwiek ze swoimi szalonymi myślami bywał ich twarzą, sztuka, ta prawdziwa, płynąca z głębi serca oraz chęci pokazania swojego talentu, okazywała się zdecydowanie trwalsza niż najbardziej wpływowe filozofie, nieraz siłą wtłaczane w ludzkie umysły. Życie bez sztuki, także tej filmowej zdaje się mówić Fosse, byłoby bardzo ubogie. Zresztą jak pokazuje historia, totalitaryzmy nigdy nie tolerowały artystów. Twórcy bowiem to najczęściej dusze rogate, niespokojne i żadną miarą niedające się sformatować. Z jednej strony zabawiające swa publiczność, z drugiej zaś ostro reagujące na jakikolwiek zamach na wolność. Nic dziwnego, iż w ostatniej scenie „Kabaretu”, kiedy sala "Kit Kat" wypełniona jest nazistami oraz ich kobietami, konferansjer w genialnej kreacji Joela Grey’a żegna się ze wszystkimi i kończy przedstawienie. To symboliczna scena będąca nie tylko zakończeniem programu, lecz także traktująca o końcu pewnej ery cechującej się radością, a przede wszystkim wolnością. Bo tam, gdzie zabrana zostaje ludziom wolność, umiera także sztuka, a co za tym idzie, radość nadająca życiu sens.
czwartek, 07 stycznia 2010
Gamer reż. Mark Neveldine & Brian Taylor
![]() Od dawna nieżyjący juz pisarz, Phlip K. Dick, twierdził, iż otaczająca nas rzeczywistość jest kłamstwem. Żyjemy, a raczej egzystujemy, w stworzonej przez kogoś iluzji, która jest tylko namiastką prawdziwego przeżywania. Gdyby Dick dzisiaj zobaczył, jak działania miliardów ludzi podporządkowane są wszelakim mediom, zapewne przecierałby oczy, dziwiąc się, ile w jego książkach było proroczych konstatacji. Obecnie bowiem zalewani zewsząd jesteśmy ogromną ilością informacji, z których najczęściej nie potrafimy wybrać czegoś, co ma cokolwiek wspólnego z ogólnym pojęciem prawdy. Jakikolwiek obiektywizm już dawno leży pogrzebany na cmentarzysku wartości, zaś relatywizm stał się uniwersalnym narzędziem w interpretowaniu rzeczywistości. Gdyby jeszcze przyczyniałoby się to do tworzenia własnych sądów, ów relatywizm mógłby być uznany za bodziec skłaniający do kreatywności, wyrażania swojego oryginalnego zdania. Jednak przypominamy coraz bardziej maszynki do mielenia, w które niezwykle agresywnie wtłaczane są coraz to większe ilości informacji. W naszych umysłach mielimy je, nieodróżniając tych istotnych od kompletnych bzdur. Co dziwniejsze, sami wystawiamy zmysły na potoki lejącej się informacji, ulegając coraz to wymyślniejszemu sposobowi ich podawania. Mamy coraz większe telewizory, coraz szybsze komputery, proces miniaturyzacji doprowadził do tego, iż całe centrum multimedialne z dostępem do najważniejszych serwisów informacyjnych możemy zmieścić do kieszeni. „Gamer” Marka Neveldine’a i Briana Taylora opowiada o świecie, w którym ludzie oszaleli na punkcie nowoczesnej, bo dziejącej się w rzeczywistości grze komputerowej. Ich ogólna zasada polega na tym, iż człowiek płacąc odpowiednią sumę pieniędzy w ściśle określonych warunkach może kierować poczynaniami drugiej istoty ludzkiej, doświadczając tego co ona. Mózg kierowanego za pomocą nanotechnologii jest bezwarunkowo posłuszny temu, który nim kieruje. Metoda ta znalazła swoje zastosowanie w dwóch rodzajach rozrywek. Pierwszą z nich jest kierowanie ludzką postacią w świecie upozorowanym na niezwykle barwny, momentami kiczowaty, gigantyczny park rozrywki. Druga zaś do złudzenia przypomina Counter-Strike’a. Uczestnikami w makabrycznej strzelaninie są kryminaliści, którzy skazani zostali na długoletnie wyroki w najgorszych więzieniach. Dzięki grze mają szansę na odzyskanie wolności. Wystarczy tylko z sukcesem zakończyć 30 misji. Głównym bohaterem filmu jest mężczyzna, który na potrzeby rozgrywki nazwany został Kable. W rzeczywistości był jednak policjantem, który na skutek intrygi uknutej przez nieznane mu osoby zabił człowieka. Nie tylko uwięziono go, lecz również pozbawiono kontaktu z ukochaną żoną i córką. Teraz, skończywszy 29 misję, dowiaduję się, iż wcale nie jest pewne, że po 30 stanie się wolnym człowiekiem. Nawiązując kontakt z graczem kierującym jego krokami, postanawia złamać reguły gry i przenieść się do „realu”. Siadając do tego filmu oczekiwałem tylko i wyłącznie wysoko budżetowej rozrywki, a więc gigantycznej rozwałki w kostiumie science fiction. I takiż film dostałem. Tyle że nie spodziewałem się, iż panowie Neveldine & Taylor zafundują mi również bardzo ciekawą wizję świata, która moim zdaniem w dużym stopniu jest wynikiem trafnej analizy rzeczywistości nam współczesnej. Chodzi mi tu o rolę mediów w życiu każdego człowieka. Jej ekspansja unifikuje każdą kulturę. Tak jak gra "Slayers" stała się hitem zarówno na Zachodzie jak i w krajach islamskich, tak dzisiaj najrówniejsze teleturnieje, książki czy seriale w formie tzw. formatów można zobaczyć pod każdą szerokością geograficzną. Świat wirtualny znany mam z na razie z dwuwymiarowego Internetu oraz trójwymiarowych gier komputerowych dla wielu ludzi jest potrzebą równie ważną jak jedzenie i picie. Zapewne w miarę rozwoju, kiedy będzie on coraz bardziej oddziaływał na nasze zmysły, niewątpliwie zwiąże bardzo mocną siecią jeszcze więcej ludzi. Dokonująca się juz dzisiaj atomizacja społeczeństw zachodnich stanie się jeszcze dotkliwsza, produkując niezliczone ilości socjopatów. Wreszcie warto choćby kilkoma zdaniami wspomnieć o kapitalnie, bo mimochodem, pokazanej w filmie „Gamer” gigantycznej ekspansji konsumpcjonizmu. Wszechobecne i wszędobylskie reklamy pokazują człowieka jako istotę spełniającą się w nabywaniu dóbr materialnych. Jeśli ktoś nie ma czegoś, co akurat jest na topie, nie istnieje. Nie będzie bowiem mógł komunikować się z większością, która niczym stado lemingów biegnie po zakup nowego gadżetu, którego promocję wymyśliła ogromna korporacja zatrudniająca dziesiątki takich cyników jak Ken Castle. Tak naprawdę bowiem film dutetu Neveldine & Taylor jest o dniu dzisiejszym, w którym przynamniej świat zachodni można porównać do współistnienia posiadających we władaniu media kreatorów rzeczywistości z jej biernymi, najczęściej nieświadomymi testowania na nich wielopoziomowych sztuczek biernych konsumentów. Jednak przede wszystkim „Gamer” to profesjonalnie zrealizowany film akcji, od którego naprawdę trudno odwrócić uwagę choćby na chwilę. Sceny walki są niezwykle dynamiczne, a ich dopełnieniem jest fantastyczna, dopracowana w każdym szczególe scenografia. Amerykanie od technicznej strony produkują filmy perfekcyjne, ten zaś doskonale wpisuje się w tę tendencję. Oprócz tego „Gamer” to może niezbyt oryginalna, lecz na pewno świetnie opowiedziana historia, w której nie ma ani jednej niepotrzebnej sceny. Chcąc dorzucić do tej beczki miodu trochę dziegciu, można wypunktować wszystkie nielogiczności występujące w filmie Neveldine’a & Taylora, jednak to nie jest ten typ kina, nad którym powinno się znęcać wyliczając wszystkie jego głupoty. Wszak przede wszystkim jest to mix „Szklanej pułapki” oraz „Wyścigu śmierci”, a od takich filmów nie wymaga się bycia wzorem logiki. Oprócz tego uważny widz na pewno dostrzeże nawiązania do takich już klasyków jak „Blade Runner”, „Gladiator” czy „Truman Show”. Czego więcej oczekiwać od godziwej rozrywki?
czwartek, 31 grudnia 2009
Galerianki, Operacja Dunaj
Po ostatnim Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni uważni obserwatorzy i krytycy rodzimej kinematografii zgodnie stwierdzili, iż po latach zapaści wychodzi ona na prostą. Kręci się coraz więcej filmów, ich jakość stale się podnosi, a co ważne, do głosu coraz częściej dochodzą młodzi twórcy, którzy doskonale wiedzą, jak robić filmy nowoczesne. Podobno także powstają filmy wybitne, które po okresie zachłyśnięcia się ekranizacjami lektur szkolnych, wskazują na prawdziwe odrodzenie kina polskiego. Mam tu na myśli takie obrazy jak „Rewers” Borysa Lankosza i „Dom zły” Wojciecha Smarzowskiego. Ja zmasowaną krytykę rodzimych filmów zawsze uważałem za wyraz zaściankowości, zakompleksienia i parafiańszczyzny polegającej za dostrzeganiu pozytywów tylko i wyłączanie w tym, co zachodnie. Nie twierdzę, iż polskie filmy należały (i należą) do światowej czołówki kinematografii, lecz wiele z nich, przede wszystkim te, kręcone dla jakiejś idei, a nie tylko dla szmalu, zasługuje na uwagę i na pewno na w miarę obiektywną krytykę. Czekając na wyżej wspomniane przez mnie filmy, jak również „Zero” Pawła Borowskiego, „Wszystko co kocham” Jacka Borcucha, „Enen” Feliksa Falka czy „Las” Piotra Dumały udałem się na mały maraton polskiego kina, w skład którego weszły również dwa nowe filmy pokazywane na festiwalu w Gdyni – „Galerianki” Katarzyny Rosłaniec oraz „Operacja Dunaj” Jacka Głomba. ![]() „GALERIANKI” Krótko, zwięźle i na temat: + pomysł na film + niezły scenariusz + odwaga w pokazywaniu patologii konsumpcji i kryzysu polskiej rodziny + aktorstwo - realizacja filmu - muzyka - zbyt daleko idące uproszczenia i popadanie w schematy Oczywiście gdyby moja ocena skończyła się na wyliczeniu plusów i minusów, byłby to ogromny nietakt zarówno wobec filmu jak również względem artystów zaangażowanych w jego produkcję. Tego typu kino zawsze powinno mieć swoje miejsce w naszej kinematografii. Świat się zmienia, zmieniają się obyczaje, nic więc dziwnego, że co jakiś czas obserwujemy również powstawanie nowych grup społecznych. Nie wnikając nawet w ich wymiar aksjologiczny, kino zarówno fabularne jaki dokumentalnej jest po to, by o tych społecznościach informować. Film opowiada o trzech kilkunastoletnich, chodzących jeszcze do gimnazjum dziewczynach, w które rodzice, telewizja, rówieśnicy jak również mniej lub bardziej mający na nie wpływ ludzie wpoili, iż nadrzędną, najważniejszą i jedyną o jaką należy zabiegać wartością w życiu są pieniądze. Do nich dołącza Alicja, dziewczyna z prowincji, której charakter i postawa moralna dopiero się kształtują. Widząc w domu panujący między rodzicami klimat szyderstwa i braku jakiegokolwiek szacunku, dziewczyna postanawia zostać „czwartym muszkieterem” i żyć jak koleżanki imprezując, dając dupy za pieniądze i generalnie mieć wszystko gdzieś. Dlaczego więc ten film nie ma takiej siły wyrazu jaką powinien mieć? Moim zdaniem jego słabość tkwi w słabym pomyśle na realizację scenariusza. Nie przekonują ani wątek Alicji, ani próby zdynamizowania akcji za pomocą pokazania na ekranie dwóch miejsc akcji jednoczenie, a tym bardziej dziwaczne wstawi mające chyba być lirycznymi tytułami lub komentarzami do poszczególnych części filmu. Gwoździem do trumny jest muzyka, najczęściej hiphopowa, grana właściwie w każdym momencie, gdzie dało się ją wcisnąć. Żeby nie zostać uznanym za krytykanta potrafiącego tylko i wyłącznie narzekać, postaram się udowodnić, iż „Galeriankom” można było nadać lepszą i wiarygodniej prezentującą świat przedstawiony formę. Mam to na myśli DOGMĘ, czyli manifest przekuty później w kilkadziesiąt dzieł, który w połowie lat 90-tych wymyślili i zaczęli wprowadzać w czyn Thomas Vinterberg, Lars von Trier, Kristian Levring i Soren Kragh-Jacobsen. Wszystkie sformułowane przez nich zasady doskonale mogłyby wpasować się w film Rusłaniec, czyniąc z niego dzieło o wiele bardziej przejmujące. Prószę sobie wyobrazić wszystkie sceny w pomieszczeniach zamkniętych nakręconych w myśl norm DOGMY albo chociażby ostatnią scenę pozbawioną tła muzycznego. Po co hiphop towarzyszący idącej bohaterce przez miasto? Nie lepsze byłoby jej zbliżenie i pokazanie zagubienia w głośnej, śmierdzącej i moralnie zepsutej metropolii? I ostania rzecz. Wyżej trochę skrytykowałem reżyserkę, teraz wyrażę względem niej trochę współczucia. Moim zdaniem „Galerianki” szybko znikną ze świadomości społecznej, chociaż powinny tkwić w niej jak najdłużej. Po festiwalach i pokazach kinowych film szybko przepadnie w odmęcie amerykańskich produkcji. Przede wszystkim nie pokaże jej telewizja publiczna, bo za dużo wulgaryzmów i scen kojarzących się z wyuzdaną erotyką. A jeśli już pokaże, to po północy i tak naprawdę nikt go nie zobaczy. Zastanawiam się także, jak odbiorą go młodzi ludzie mający po kilkanaście lat. Czy zobaczą w nim wyluzowane laleczki, które w furach i komórach widzą naprawdę to, co jest istotne, czy też przekazywaną z pokolenia na pokolenie bezmyślność i głupotę, które trzeba w jakimś momencie przełamać. Pozostawiam film pod rozwagę i choć chwilową refleksję. ![]() „OPERACJA DUNAJ” Opisując kilkukrotnie dokonania rodzimej kinematografii, krytykowałem polskich twórców, iż ci nie kręcą niebanalnego, lecz wpisującego się w ramy jakiegoś gatunku kina rozrywkowego. Chodzi mi obraz w jakiś sposób dyskutujący ze schematami, lecz inteligentnie się w nie wpisujący, profesjonalnie zrobiony z myślą o szerokiej, lecz jednak inteligentnej publiczności. Mam tu na myśli jakiś porządny horror, thriller, sensację albo nawet komedię, jednym słowem rzecz ujmując, porządną rozrywkę. „Operacja Dunaj” właśnie taki filmem jest – doskonałą rozrywką ze świetnymi kreacjami aktorskimi. Do wybitnych ten film oczywiście nie należy, ale i twórcy takich ambicji co do swojego filmu na pewno nie mieli. Obraz Jacka Głomba opowiada historię polskiej „współpracy” z wojskami Układu Warszawskiego, które w 1968 najechały na próbującą wyrwać się spod komunistycznego jarzma Czechosłowację. Podczas jazdy na Pragę, jeden z polskich czołgów gubi się na czeskiej prowincji. Na skutek nieudolności załogi taranuje jedną ze ścian niedużego zajazdu, w którym akurat trwa impreza. Początkowa wrogość obu obozów szybko przeradza się w najróżniejsze, momentami przyjazne, chwilami nieprzyjemne interakcje miedzy poszczególnymi bohaterami. Nie trzeba mieć tu szczególnej wiedzy historycznej, by w pełni zrozumieć film Jacka Głomba. Za czasów komunistycznych istniało coś takiego jak Układ Warszawski i każdy buntujący się kraj z bloku sowieckiego musiał się liczyć z najazdem obcych/swoich (paranoja!!!) wojsk. W 1956 roku Rosjanie dokonali rzezi na Węgrzech, interwencją także skończyła się próba wyswobodzenia się z radzieckiej orbity Czechosłowacji. Na początku lat 80-tych również Polacy bali się inwazji wojsk radzieckich. Nie brakuje w „Operacji Dunaj” wielu naprawdę ciekawych i zabawnych sytuacji. Na uwagę zasługują przede wszystkim te z udziałem Zbigniewa Zamachowskiego, Tomasza Kota i Przemysława Bluszcza. Na pewno także ujmująco, z dużym dystansem i poczuciem humoru pokazani zostali Czesi, przedstawieni jako naród nigdzie się niespieszący oraz w każdej sytuacji potrafiący znaleźć chwilę na kufel piwa. Z trudem jednak znajduję w tym filmie jakaś choćby jedną niebanalną myśl, która utkwiłaby mi na dłużej w pamięci. Głomb raczej nie bawi się w niuanse wynikające nierzadko przecież trudnego sąsiedztwa między oba narodami. Zabrakło wiec jakiegoś błysku, który wyniósłby „Operację Dunaj” poza zbiór schematów na jakich opierają się obiegowe opinie dotyczące zarówno Polaków jak i Czechów. Ale nie ma co marudzić, na jedno posiedzenie, do szklanki dobrego alkoholu, „Operacja Dunaj” Jacka Głomba nadaje się znakomicie.
wtorek, 22 grudnia 2009
Głód reż. Steve McQueen
![]() Czym jest patriotyzm? Dla wielu pojęcie to jest tak abstrakcyjne, iż nie ma sensu ani się nim przejmować, ani tym bardziej szczególnie w sobie pielęgnować. Tak rozumujący tłumaczą sobie przyjętą postawę, iż w czasach pokoju patriotyzm jest zbędą kategorią. Znowu dla ci, dla których więź z ojczyzną jest niezwykle ważną wartością w życiu, tłumaczą ideę patriotyzmu na najróżniejsze sposoby. Nie wdając się w szczegółowe dywagacje, na pewno każdy się zgodzi z tym, że innych działał opisywana postawa wymaga w czasie pokoju, jeszcze innych w czasie realnego zagrożenia. Historia Polski właściwie od 1772 roku, kiedy dokonano pierwszego rozbioru, naznaczona jest cierpieniem oraz poświęceniem tysięcy Polaków, którzy oddali życie w imię swojej ojczyzny. Polski patriotyzm w świadomości rodaków tak naprawdę ukształtowany został przez 123 lata niewoli, powstania listopadowe i styczniowe, II wojnę światową, Powstanie Warszawskie, Katyń... I tak można by jeszcze wyliczyć kilka krwawych nazw z podręcznika historycznego. Począwszy od postaw romantyków i pozytywistów, wśród Polaków rozgorzała także dyskusja na temat tego, jak należy postępować z agresorami zagrażającymi naszej wolności. Istotę tej pierwszej najlepiej chyba oddaje cytat z III części Dziadów Adama Mickiewicza „Tak! zemsta, zemsta, zemsta na wroga/Z Bogiem i choćby mimo Boga!” sprowadzająca się do wojny totalnej, w której chwałą jest nie tyle zwyciężyć, co polec w obronie najwyższych idei. Dla pozytywistów najważniejsza była praca oraz próba małymi krokami, sukcesami małych, ale licznych kompromisów zmierzać do odzyskania tego, co wskutek naporu przeciwnika się straciło. Dlaczego o tym piszę w kontekście filmu „Głód” Steve’a McQueena? Najważniejszą bowiem sceną, wyjaśniającą nie tylko sens obrazu, lecz także mentalność bojowników IRA (dla wielu kryminalistów, przestępców i terrorystów) jest rozmowa głównego bohatera, Bobby’ego Sandsa z księdzem. W bardzo długiej, pełnej emocji, scenie, skonstruowanej na fundamencie jednego ujęcia, bohater próbuje wyłuszczyć duchownemu, dlaczego walka, nawet w sytuacji bez wyjścia, jest jedyną godną manifestacji postawą w obronie tego, co kocha się najbardziej, mianowicie wolności i ojczyzny. Baber, przywódca IRA, przebywając w brytyjskim więzieniu wraz z ze swymi towarzyszami próbuje wymóc na rządzie Wielkiej Brytanii uznanie aresztowanych bojowników Irlandzkiej Armii Republikańskiej za więźniów politycznych. Anglicy oczywiście nie chcą zgodzić się na tę propozycję i konsekwentnie traktują skazanych jak pospolitych kryminalistów. Irlandczycy próbują za pomocą najróżniejszych form buntu wymóc zgodę na swoje postulaty, jednak brytyjskie służby, policjanci oraz strażnicy więzienni, odpowiadają skrajnie brutalnymi represjami na każdy przejaw odstępstwa od regulaminu. Zdesperowani więźniowie za namową i przewodnictwem Bobby’ego Sandsa postanawiają nie przyjmować pokarmu do czasu uznania ich przez brytyjski rząd za „politycznych”. Dziesięciu z nich, w tym przywódca, cierpiąc przeraźliwie umierają z głodu. Steve McQueen nakręcił film, który wręcz hipnotyzuje i nie pozwala choćby ma moment odwrócić uwagi na cokolwiek innego. Wynika to nie tylko z podejmowanej tematyki oraz niezwykłej rywalizacji między agresorami i bojownikami o wolność (o tych pojęciach później), lecz zmusza do refleksji nad takimi problemami jak patriotyzm, idealizm, a przede wszystkim, gdzie przebiega granica między słuszną walką o ideały, a graniczącym z szaleństwem fanatyzmem. Nie potrafię rozsądzić, czy rację mają Brytyjczycy uważający IRA i jej popleczników za terrorystów i pospolitych przestępców, czy Irlandczycy za wszelką cenę pragnący wolności dla Irlandii Północnej. Nie znam dokładnie historii całego konfliktu, nie jestem także pewny, czy wszystkie próby podejmowane przez IRA mają cokolwiek wspólnego z walką o szczytne ideały, takie jak wolność i suwerenność. McQueen siłę swojego filmu zaczerpnął ze skrajnej polaryzacji stron całego konfliktu. Z jeden strony mamy bowiem nieprzejednanych angielskich polityków oraz niezwykle brutalną policję i służbę więzienną zdolną do każdego czynu. Z drugiej zaś ofiary osadzone w brytyjskich więzieniach, które pod presją siły mogą podejmować tylko i wyłącznie bierny opór. Nie widząc sukcesu w podejmowanych przez siebie działaniach, przywódca podejmuje decyzję, by na szalę rzucić nie tylko zdrowie fizyczne i psychiczne, ale życie. Konsekwentni w swych działaniach Brytyjczycy nie dążą do ubezwłasnowolnienia desperata, nie próbują karmić go siłą. Profesjonalnie się nim opiekując, pozwalają umrzeć mu z głodu. Bobby Sands wraz z dziewięcioma następnymi Irlandczykami umierają w cichym buncie przeciwko okupacji swojej ojczyzny. Mam wrażenie, iż film McQueena nieprzypadkowo powstał na początku XXI wieku. Co prawda konflikt brytyjsko-irlandzki przestał zajmować pierwsze strony gazet, jednak w wielu rejonach świata mamy do czynienia z walką przeciwko rzeczywistemu lub domniemanemu okupantowi. Chyba najbardziej jawnym tego przykładem jest barbarzyństwo dokonywane przez Rosję w Czeczenii. Nie tylko sam kraj znajduje się pod butem rosyjskiego mocarstwa, lecz także dziennikarze pragnący przekazać jakiekolwiek informacje z kaukaskiego piekła muszą się liczyć z działaniem niezwykle wpływowych specsłużb. Również hipokryzja Zachodu odgrywa w tym konflikcie ogromne znaczenie. Nie chcąc zadzierać z Rosją, jak by nie było wielkim rynkiem zbytu i partnerem energetycznym, nie mówi się o eksterminacji narodu czeczeńskiego. Identycznie, a może jeszcze gorzej, rzecz się ma w Tybecie. Oświecone, wyrażające się tylko za pomocą pustych frazesów kraje Europy Zachodniej oraz Stanów Zjednoczonych, nie robią nic w sprawie pokojowo nastawionych Tybetańczyków. Tylko do kiedy ich opór będzie miał charakter pokojowy? Czeczeńcy przyzwyczajeni są do walki, każdy chłopiec przygotowywany jest u nich do roli wojownika. Od niemowlęcia powtarza mu się, że jest naród, który chce eksterminacji społeczności czeczeńskiej. Jak w takim razie mają walczyć Tybetańczycy? Nawet ich pokojowy opór, najmniejsza demonstracja, przez Chińczyków natychmiast pacyfikowana jest w sposób tak drastyczny, przy którym działania policji brytyjskiej są szczytem delikatności. Niestety, losy niektórych narodów są niezwykle skomplikowane. Nieraz ta komplikacja naznaczona jest przez historię rozumianą jako splot najróżniejszych wydarzeń inspirowanych przez wyraziste jednostki. Ale bywa tak, że narody wojują między sobą nie po to, by osiągnąć coś materialnego, ale by narzuć jedni drugim jakiś system religijny czy polityczny. Na tym choćby polega bliskowschodni konflikt z ośrodkiem w Izraelu, który według mnie tak naprawdę nigdy się nie skończy. Czy w dobie relatywizmu i zaniku systemów wartości jest sens walczyć o niezależność, suwerenność i niepodległość? A jeśli tak, to jakie metody walki należy przyjąć, by nie stać się zbrodniarzem albo kryminalistą? A czy walcząc jest możliwym posiadanie niesplamionych krwią rąk?
piątek, 11 grudnia 2009
Zdrajca reż. Jeffrey Nachmanoff
![]() [RECENZJA ZAWIERA SPOILERY] Podobno nie każdy terrorysta jest muzułmaninem, a nie każdy muzułmanin to terrorysta. I zapewne jest to prawda. Zdecydowanie krzywdzącą dla islamu byłaby teza, iż jest on jedną wielką wylęgarnią religijnego fanatyzmu, w której aktu nawracania dokonuje się tylko przez przemoc. Z drugiej jednak strony słysząc teorie wielu muzułmańskich myślicieli jakoby islam był religią miłości, jakoś trudno to przyjąć bez żadnych wątpliwości. Warto także zaznaczyć, iż fanatyzm religijny nie jest przypisany tylko dla jednej religii. Można bowiem sobie przypomnieć, może nie aż tak demoniczne jak przedstawia to współczesne kultura popularna czy periodyki popularno-naukowe, wydarzenia dotyczące średniowiecznych krucjat czy działania świętej Inkwizycji. Kwestię różnorodności postaw świata islamskiego wobec reszty globalnego społeczeństwa w atrakcyjnej, bo sensacyjno-szpiegowskiej konwencji, przedstawia film Jeffrey’a Nachmanoffa „Traitor” („Zdrajca”). Głównym bohaterem tego obrazu jest Samir Horn, urodzony w Sudanie i wychowany w duchu pokojowego islamu Amerykanin. Widział on w dzieciństwie śmierć swojego ojca, zabitego przez islamskich ekstremistów. Wyjechawszy do Stanów Zjednoczonych został tam wyszkolony w elitarnej jednostce wojskowej na specjalistę od ładunków wybuchowych. Na jeden z misji wojskowych decyduje się zerwać z dotychczasowym trybem życia i zaczyna współpracować z muzułmańskimi ugrupowaniami terrorystycznymi sprzedając im materiały niezbędne do konstrukcji ładunków wybuchowych. Kiedy po incydentach w Nicei i Londynie do akcji wkraczają amerykańskie służby wywiadowcze, szybko dociera do nich informacja, iż kolejny zamach będzie miał miejsce na terenie Stanów Zjednoczonych. Głównym podejrzanym w organizacji tychże zamachów jest Samir Horn. Film nad wyraz dobrze się ogląda. Akcja jest płynna, bez żadnych przestojów, co rusz przenosi się a to do krajów muzułmańskich, a to do świata cywilizacji zachodniej. Fragmenty charakterystyczne dla kina akcji przeplatane są rozmowami i czy sytuacjami skłaniającymi do refleksji, co znowu sprawia, iż „Traitor” nie jest tylko i wyłącznie kinem z pościgami i akcjami charakterystycznymi dla amerykańskich służb specjalnych. Osią filmu, wokół której skupiają się wszystkie wydarzenia, jest postać Samira Horna. Zdecydowanie jest to również najmocniejszy punkt tego obrazu, bowiem Donowi Cheadle udało się stworzyć naprawdę wiarygodną i wielowymiarową postać. Człowiek ten poznał dwa światy, co do których ma ogromne wątpliwości dotyczące wyznawanych przez nie wartości. Nie odpowiada mu styl zachodni, który poniekąd narzuca całemu świtu ekspansywny konsumpcjonizm. Z drugiej strony bohater obserwuje świat islamu, co prawda żyjący mocno ideami, jednak nie ukrywający nawet prawdziwej nienawiści dla wyznawców innej religii niż islam. Bojownicy ci nie tylko stosują metod walki sprzecznych z Koranem, lecz dokonując interpretacyjnej ekwilibrystki próbują nią usprawiedliwić mordy, jakie dokonują na Amerykanach, Brytyjczykach czy Francuzach. Horn doskonale wie, że musi stanąć po którejś stronie. Prowadząc podwójną grę z każdym dniem przybliża się do niego niebezpieczeństwa, iż zostanie zdjęty albo przez Amerykanów nie wiedzących, iż z nimi współpracuje, albo przez swoich muzułmańskich towarzyszy, traktujących go jako niezłomnego bojownika Allacha. Najciekawszą sferą filmu jest ów akt dokonywania wyboru i wzięcie na siebie wynikających z niego konsekwencji. Horn musi po prostu wybrać mniejsze zło, a wybór taki zawsze dokonuje spustoszeń w sumieniu każdego człowieka, który jest na tyle dojrzały i odpowiedzialny, by rozróżnić dobro od zła. Bohater ostatecznie staje po stronie demokracji symbolizowanej przez wzorzec amerykański. Doskonale zdaje sobie sprawę z jego niedoskonałości i często bezrozumnej ekspansywności. Gardzi specyficznym poczuciem wyższości Amerykanów oraz ich przekonaniem, że amerykańska misja krzewienia demokracji jest lekiem na całe zło. Z drugiej jednak strony jeszcze gorszym wydaje mu się zabijanie niewinnych osób w imię czasami mgliście ujętych celów religijnych. Nie podoba mu się indoktrynowanie kilkunastoletnich, niedojrzałych jeszcze dzieci, aby bez wahania oddali swe życie tylko po to, aby największe świtowe serwisy informacyjne mogły znowu donieść o ogromnej liczbie zabitych ludzi w jakimś europejskim kraju. Horn dochodzi do wniosku, iż Allach jako bóg nie może wymagać od swoich wyznawców bezprzykładnego mordowania ludzi. W czym bowiem wtedy różniłby się od terrorystów? Niczym. „Traitor” nie jest obrazem, który w jakiś szczególnie trafny i celny sposób analizuje problem fanatyzmu religijnego, czy nie mniej istotny problem misji uporczywego szerzenia demokracji na Bliskim Wschodzie albo ostracyzmu tych, którzy przyjąć jej nie chcą. To nie starający się być obiektywnym dokument, precyzyjnie punktujący wady jednej czy drugiej strony. Film Jeffrey’a Nachmanoffa to przede wszystkim solidnie zrobione kina akcji, w którym zadbano o wiarygodności bohaterów oraz kontekst społeczno-ideologiczny w jaki są wpisani. Z jednej strony przedstawiono w nim sposób działania muzułmańskich fanatyków, z drugiej zaś człowieka, dla którego istotą egzystencji są ideały. Troszkę zirytował mnie epilog filmu, w którym założono, iż tak naprawdę krzewić wyznawane przez siebie ideały można tylko w krajach demokratycznych, a najlepiej w Stanach Zjednoczonych. Tylko tam panuje wolność od jakichkolwiek ekspansywnych ideologii, tylko tam, tak naprawdę, panuje prawdziwa wolność. Może tak jest, a może to filmowcy i finansujący ich producenci chcą, abyśmy tak myśleli.
środa, 02 grudnia 2009
Genua. Włoskie lato rez. Michael Winterbottom
![]() Jakikolwiek obejrzelibyśmy film podejmujący trudny i pesymistyczny temat śmierci, zawsze obok niego, choćby w dalszym planie musi funkcjonować motyw życia, czy to w charakterze narodzin, czy też jako symbol życiowej witalności. W rzeczywistości oba pojęcia, życie i śmierć, tworzą nierozerwalną parę, funkcjonują obok siebie podporządkowując ludzką egzystencję wiecznemu kołu narodzin i zejść. Kino traktujące o śmierci nie może potraktować życia po macoszemu. Nie byłoby wtedy prawdziwe, nie odzwierciedlałoby specyfiki funkcjonowania tego co żywe. Zaprzeczenie śmierci, wkładanie jej do szufladki z etykietą „tabu”, wreszcie niedostrzeganie cienia, jakie kładzie na ludzkim życiu bardzo często oznacza po prostu niedojrzałość i infantylizm. Michael Winterbottom, jeden z najciekawszy współczesnych reżyserów, twórca takich obrazów jak „Kodeks 46”, „Aleja Snajperów”, „Cena odwagi” czy „Droga do Guantánamo” na szczęście doskonale zdaje sobie sprawę z niuansów ludzkiego żywota i w pochodzącym z 2008 roku filmie „Genua. Włoskie lato” zaserwował nam niezwykle ciekawy obraz opowiadający o próbie odbudowania rodzinnych więzi po tragicznej śmierci jednego z członków rodziny. W wypadku samochodowym ginie Marianne, żona Joe i matka dwóch córek, nastoletniej Kelly i młodszej od niej Mary. Reżyser niedwuznacznie daje do zrozumienia, iż tragedię sprowokowała Mary, która w ferworze zabawy podczas nudnej jazdy na chwilę zakryła oczy prowadzącej samochód Marianne. Ojciec dziewczyn, spokojny i zamknięty w sobie wykładowca akademicki jakoś radzi sobie z bólem. Podobnie jest z kilkunastoletnią Kelly. Jednak Mary, doskonale zdająca sobie sprawę z własnej winy, coraz gorzej radzi sobie z ciążącą na niej odpowiedzialnością. Na co dzień niby funkcjonuje, kiedy jednak zabraknie obok niej kogoś, kto zajmie jej uwagę, natychmiast pogrąża się w świecie przepełnionym smutkiem i poczuciem straty. Jeszcze gorzej jest w nocy, kiedy koszmar wypadku samochodowego powraca do niej ze zdwojoną siłą. Krzyczy w rozpaczy, oczekując wsparcia i rodzicielskiej miłości. Wreszcie Joe decyduje się na wyjazd. Uświadamia sobie, iż w Chicago we troje pogrążą się w żałobie za utraconą matką i żoną. Mężczyzna decyduje się na wyjazd do Genui, jednego z najpiękniejszych i najstarszych miast we Włoszech, z którego pochodzili m.in. Krzysztof Kolumb i Niccolo Paganini. Nowe miejsce, szczególny urok pięknego miasta, jego klimat zamknięty w labiryntach wąskich uliczek rzeczywiście pozwalają choć na chwilę uwolnić się ze wspomnień o utraconej Marianne. Joe dostaje posadę na miejscowym uniwersytecie i dość szybko udaje mu się zająć myśli codziennymi sprawami. Podobnie jest z Kelly. Początkowo znudzona, poznaje jednak przyjaciół, z którymi zaczyna spędzać coraz więcej czasu. Nie znaczy to jednak, iż wspomniani bohaterowie całkowicie zapominają o tragedii, jaka stała się ich doświadczeniem. W kilku scenach widzimy, iż Joe nadal tęskni za swoją żoną. Również związki Kelly z młodymi Włochami naznaczone są jakimś fatalizmem, od początku zdajemy sobie sprawę, iż nic z nich nie będzie, a oddanie się Kelly wieczornym zabawom to tylko ucieczka od bólu. Najmłodsza, Mary, nie potrafi jednak odnaleźć się w Geniu. Czuje się coraz bardziej niechciana, zagubiona i samotna. Całkowicie oddaje się wizji, iż mama tak naprawdę nie umarła. Jest przekonana, iż kobieta cały czas przy niej jest, rozmawia z nią, prowadzi ją po wąskich uliczkach Genui, wreszcie doradza w różnych sprawach. Zarówno ojciec jak i Kelly zajęci własnymi sprawami nie dostrzegają, iż dziewczynka pogrąża się w zagrażającej jej bezpieczeństwu fantazji. Ocknięcie i świadomość przychodzi w momencie, kiedy Mary staje w obliczu kolejnej tragedii. Dziewczyna z całej trójki wydaje się być osoba najbardziej spostrzegawczą i krytyczną. Kontakt z „tamtym światem” pozwala jej z dystansem spojrzeć na to, co dzieje się wokół niej. Ojciec, by zapomnieć o stracie szybko wrzuca się w wir pracy oraz spotkań towarzyskich ze studentami i wykładowcami. Poznaje także piękną, młodą kobietę, przy której znowu może czuć się jak mężczyzna. Kelly mniej lub bardziej zatraca się w przyjemnościach jakie oferuje życie we Włoszech. Podobnie jak ojciec, nie chce rozmyślać o śmierci, pragnie o niej jak najszybciej zapomnieć. Przez to właśnie Mary zdaje się być najdojrzalszą ze wszystkich. Nie potrafi zapomnieć matki, nie chce tego, czuje, iż bardzo ważne jest, by najbliższa jej osoba stale żyła w pamięci dziewczynki. Oczywiście fałszem byłoby, gdyby reżyser pokazał, iż mała bohaterka radzi sobie z tym. Narastający dramat Mary polega na tym, iż pozostawiona w samotności nie potrafi radzić sobie z sytuacją wymagającej od niej dojrzałości. Kolejnym bohaterem, o którym warto wspomnieć choćby w kilku słowach jest miasto, Genua. Wąskie, nieraz bardzo zatoczone ulice starego miasta mają niezwykła siłę przyciągania uwagi. Wędrujący w ich labiryncie człowiek gubi się szybko, zapominając w jakim celu wyruszył. Owa sceneria ma charakter zdecydowanie symboliczny. Wszak zarówno Joe jak i Kelly pragną jak najszybciej dać się porwać szczególnemu klimatowi Genui. Ich marzeniem jest zapomnienie, oddanie się życiowemu labiryntowi, na tyle zajmującemu, by choć na chwilę zapomnieć o tragedii jaka wydarzyła się w ich życiu. Nie dziwi także szybkie zaaklimatyzowanie się w dynamicznej, spontanicznej i pełnej żywiołowości kulturze śródziemnomorskiej. Żyjąc ostatnimi miesiącami w chłodzie i mroku rodzinnej tragedii, wręcz instynktownie Joe i Kelly pragną zanurzyć się w pełnym emocji i charakteryzującym się niesamowitą intensywnością życiu. Czy wizja świata przedstawiona w „Genui” zdradza artystę kompletnego i konsekwentnego? Moim zdaniem Michael Winterbottom w swoim filmie dał za bardzo uwieść się magii jaką niewątpliwie ma w sobie sztuka filmowa. Tworząc realistyczny obraz rodziny chcącej pozbierać się po stracie najbliższego, momentami zbyt mocno dał ponieść się efektownej, ale dość prostej metafizyce. Nie do końca przekonał mnie pomysł z pokazaniem postaci matki ciągle widzianej przez kilkuletnią bohaterkę. Lepiej chyba byłoby ten wątek zasugerować i rozegrać go przede wszystkim w wyobraźni widza. Niejednoznaczność najczęściej niesie z sobą dużo większy ładunek treściowy, niż coś wyłożone wprost, kawa na ławę. Dopuszcza mnogość interpretacji i większe zaangażowanie emocjonalne widza w problemy bohaterów. Bardziej realistycznie oddaje również ich stany psychiczne. Kolejnym elementem będącym niekonsekwencją reżyserską wyróżniającą się na tle jak by nie było znakomitego filmu jest finał. Skonstruowany jest on na fundamencie zbiegu okoliczności, który w jednym miejscu o jednym czasie ma połączyć wszystkich najważniejszych bohaterów obrazu. W historii kina mieliśmy już dzieła, w których twórcy doszukiwali się ukrytego sensu w pozornie przypadkowych zbiegach okoliczności. Kapitalnie zrobił to Altman w filmie „Na skróty”, rewelacyjnie wyszło to też Paulowi Thomasowi Andersonowi w „Magnolii”. Ale powyższe filmy miały zarówno inną konstrukcję jak również ich sens sprowadzał się do czegoś innego, niż też przedstawiony przez Winterbottoma. Reżyser „Genui” uciekł się po prostu do bardzo efektownego, ale zdecydowanie mało prawdopodobnego chwytu, jakim jest spiętrzenie akcji za pomocą dramatycznego spotkania bohaterów w jednym miejscu. Może i ma to drugie dno, może nawet urasta do rangi symbolu. Mnie jednak ten scricte filmowy chwyt nie przekonał i zostawił po sobie lekkie rozczarowanie. Nie zmienia to jednak faktu, iż „Genua” to świetny, intrygujący i naprawdę wzruszający filmu. Nie ma w nim ani taniego sentymentalizmu, ani niepotrzebnego szargania emocjami. Winterbottom nie próbuje zmiażdżyć widza skalą dramatu, jak to w swoich filmach robi Von Trier. Nie manipuluje widzem, uczciwie także traktuje swoich bohaterów. Jeśli więc ktoś szuka filmu skupionego na ludziach, na ich tragedii i całej gamie uczuć jej towarzyszących, „Genua” będzie naprawdę bardzo atrakcyjnym seansem.
sobota, 21 listopada 2009
MR 73 reż. Olivier Marchal
![]() Ciężko jest mi sobie przypomnieć bardziej mroczny, depresyjny i osaczający swym pesymizmem film. Co prawda nie jest to żaden horror, jednak rzeczywistość wyzierająca ze świata przedstawionego „MR73” przyprawić może o dreszcze. Świat, który wykreował Olivier Marchal to padół, w którym króluje bezsilna rozpacz. Bohaterowie nią ogarnięci żyją, egzystują, wiedząc, że wszystko co robią pozbawione jest jakiegoś wyższego, bardziej wartościowego celu. Bohaterem filmy jest policjant, Schneider, oficer wydziału śledczego. Prowadzi sprawę niezwykle brutalnych morderstw dokonywanych ma mieszkające samotnie kobiety. Zabójca jest perfekcyjny, nie pozostawia śladów, trudno także znaleźć w jego postępowaniu motyw, którym mógłby cokolwiek podpowiedzieć policjantom. Schneider jednak nie potrafi skupić się na śledztwie. Bardzo dużo pije, traci coraz bardziej kontakt z rzeczywistością, coraz gorzej jest u niego z racjonalnym, odpowiedzialnym myśleniem. Ogrania go coraz większe szaleństwo spowodowane dojmującą pustką po utracie swojej ukochanej córki, która poniosła śmierć w wypadku samochodowych. Co jakiś czas odwiedza żonę, która w skutek tego samego wydarzenia zapadła w śpiączkę. Wizyty te naznaczone są ogromnym cierpieniem, bohater bowiem przyglądając się żywej/martwej żonie widzi świat, który kochał i który stracił bezpowrotnie. Kiedy na skutek pewnego wybryku dokonanego w pijackim transie Schneiderowi zostaje odebrana sprawa morderstw, ten pomimo alkoholowego ciągu nie poddaje się, ponieważ wie doskonale, iż pracując za biurkiem zapije się na śmierć. Dalej węszy i pomimo pogardy i odrazy okazywanej mu przez większość policjantów próbuje już na własną rękę znaleźć seryjnego mordercę. To dopiero początek historii o desperackiej walce z coraz silniejszą rozpaczą i pustką panującą wokół człowieka, który stracił wszystko to, co najbardziej kochał. Schneider został pokazany jako człowiek, który po każdym moralnym upadku spowodowanym alkoholem próbuje się jeszcze raz podnieść, aby stawić czoło czarnej rzeczywistości. A rzeczywistość ta to nie tylko śmierć ukochanej córki i coma żony, lecz również przesiąknięty korupcją i moralną degeneracją światek policyjny oraz panująca w nim hierarchia zależna tylko i wyłącznie od układów, znajomości i przysług. Kiedy policjant przestaje być krawężnikiem i awansuje na lepsze stanowisko, traci kontakt z jakąkolwiek uczciwością i etyką zawodową. Nagle zostaje rzucony do stawu, w którym wszyscy żywią się mułem obłudy i hipokryzji. Uczciwi, chcący unikać brudu rezygnują albo zamiast pracować, ustawicznie szarpią się ze swoimi współpracownikami. Tę ostatnią drogę obrał bohater. Nie przejmuje się psychicznym ani fizycznym terrorem jaki stosują wobec niego koledzy, którzy przejęli sprawę mordercy-gwałciciela. Schneiderowi bowiem prawie wszystko zobojętniało, przed upadkiem albo popadnięciem w szaleństwo chroni go tylko cel – odnalezienie zabójcy. Olivierowi Marchalowi udała się rzecz fantastyczna, połączył bowiem w sobie kilka konwencji filmowych tworząc dzięki temu niezwykle sugestywny i intrygujący film. Na plan pierwszy wysuwa się dramat człowieka, który na skutek nieszczęśliwego splotu wydarzeń traci sens życia. Nie odnajduje go u drugiego człowieka, nie szuka zemsty, nie próbuje natychmiast pozbawić się życia. Schneider samotnie miota się między dwoma światami – rzeczywistością żałosnych indywiduów cały czas łamiących podstawowe zasady moralne oraz szaleństwem samotności i wyobcowania, które coraz mocnej bierze go w swoje władanie. Druga konwencja to kino kryminalne. Bohater jest policyjnym detektywem, któremu do czasu śmierci córki powierzano najważniejsze i najtrudniejsze sprawy. Pomimo odsunięcia go od poszukiwań seryjnego mordercy, bez ustanku myśli o zabójstwach, jakby to, co dzieje się w rzeczywistości miało być jedynym parasolem chroniącym go od rozpaczy totalnej. Wreszcie trzeci gatunek, którego wyznaczniki możemy znaleźć w „MR73” to kino noir. Mamy tu bowiem zarówno intrygę detektywistyczną, jak i niezwykle mroczną, posępną i depresyjną atmosferę. Zbrodnie dokonywane przez nieznanego mordercę są niezwykle okrutne i co gorsza, pozbawione motywu. Jakby kat torturował i zabijał ofiary dla samej ich śmierci. Wreszcie wszyscy głowni bohaterowie, co do jednego, nie reprezentują człowieka o krystalicznej moralności. Każdy z nich ma jakaś skazę, ciemną stronę swojej duszy. Jedni sami wybrali drogę występku i moralnej zgnilizny, inni do czynów niezgodnych z wyznawanymi przez większość wartościami zostali przymuszeni przez ekstremalne często okoliczności. Olivier Marchal po raz drugi udowodnił już, że wykorzystując zasady rządzące się kinem sensacyjnym można stworzyć obraz dalece odbiegający od schematu i banału. Wcześniej w „36” teraz w „MR 73” stworzył co prawda mroczny, ale niezwykle intrygujący i pasjonujący świat, z bohaterami, których natychmiast traktuje się jako wiarygodnych. Oprócz przekonywujących postaci Marchal w obu filmach serwuje mam również fanatyczną, trzymającą w napięciu intrygę jakiej w kinie amerykańskim trzeba ze świecą szukać. Nie wierzę, aby któryś z tych dwóch filmów pozostawiał jakiegoś widza obojętnym.
środa, 11 listopada 2009
Sokół maltański reż. John Huston
![]() Zainteresowanie kinem współczesnego widza prawie zawsze ogranicza się do obrazów nowych, dopiero co wchodzących na ekrany. Podobnie rzecz się ma z premierami DVD. Odbiorców interesują filmy, o których akurat jest głośno. Dzieło mające kilka lat jest starocią, by nie powiedzieć ramotą nie wartą uwagi. Konsument musi cały czas coś trawić i aby nie wypaść z kręgu „ludzi na czasie”, ów produkt nie może zalatywać starością. Na szczęście najlepsze dzieła filmowe, podobnie ja te będące reprezentantami innych sztuk, upływu czasu się nie boją i oglądane za każdym razem wprawiają widza w zachwyt. Zdarza mi się co jakiś czas sięgnąć po film, najczęściej uznawany za arcydzieło, który swoją premierę miał kilkadziesiąt lat temu. Robiłbym to oczywiście częściej, ale niestety, doba trwa tylko 24 godziny i wypełniona być musi najczęściej innymi czynnościami niż oglądnie filmów. ![]() Jednak pewnego wieczora postanowiłem sięgnąć po film, który co prawda widziałem już kilka razy, jednak jego niezaprzeczalny urok sprawia, iż sprawdza się jako doskonała rozrywka oglądany po raz trzeci czy czwarty. Mam tu na myśli słynnego „Sokoła maltańskiego” Johna Hustona. To, że film z Bogartem jest doskonałym kryminałem i najsłynniejszy przedstawicielem kina noir, każdy wie. Wszyscy mają także wiedzę o tym, iż powstał na podstawie opowiadania Dashiella Hammetta. Oprócz tego, podobnie jak „Casablanca”, „The Maltese Falcon” kojarzony jest już nie tyle z konkretną historią, co właśnie ze wspomnianym wyżej Humphrey’em Bogartem oraz wykreowanym przez niego typem cynicznego, przebojowego i pozbawionego skrupułów prywatnego detektywa. ![]() Jeśli ktoś nie zna historii opowiedzianej przez Hustona, w tym miejscu postaram się ją streścić. Sam Spade (Humphrey Bogart) od pięknej, nieznajomej kobiety otrzymuje zlecenie znalezienia w San Francisco jej młodszej siostry. Pomimo, iż opowieść pięknej Brigid O'Shaughnessy jest mało wiarygodna, za sprawą bardzo wysokiego honorarium Sam i jego wspólnik, Miles Archer, postanawiają zając się sprawą. Już na początku dochodzenia zabity zostaje Archer. Sprawa jeszcze bardziej się komplikuje, kiedy policja zaczyna podejrzewać Spade’a o zabicie wspólnika. Jakby tego było mało, w biurze bohatera pojawia się działający na czyjeś zlecenie gość, który za wszelką cenę będzie próbował zmusić detektywa do wyjawienia, gdzie znajduje się owiana tajemnicą figurka sokoła maltańskiego. ![]() Nie będę rozpisywał się na temat licznych odczytań i interpretacji „Sokoła maltańskiego”. Zrobiono to już zapewne setki razy. Pomimo licznych elementów zahaczających o komedię, film raczej nie mówi zbyt pochlebnie o istocie ludzkiej. Tytułowa figurka sokoła jest najbardziej dosadnym symbolem chciwości jaką bardzo często charakteryzuje się człowiek. Warto także zauważyć, iż w filmie Hustona nie ma ani jednego pozytywnego bohatera. Wszyscy wręcz nurzają się w kłamstwie, zachłanności, wiarołomstwie i chęci pozbycia się bliźniego za wszelką cenę. ![]() Co mnie urzekło podczas ostatniego seansu „Sokoła maltańskiego? Zachwyciłem się przede wszystkim klimatem filmu. Chodzi mi oczywiście o sposób filmowania wrogiej człowiekowi metropolii pokazujący ją jako gniazdo żmij wijących się w zalegającej w każdym zakamarku ciemności. Uzyskać to można tylko i wyłącznie dzięki biało-czarnej taśmie oraz specyficznej grze świateł i cieni do perfekcji opanowanej przez hollywoodzkich filmowców. Niezwykle istotna w tym wszystkim tajemnicza prawda, w poszukiwaniu której zapominają się bohaterowie. Gdzieś jednak w trakcie rozwoju wypadków przestaje ona być istotna ustępując pierwszeństwa najgorszym z ludzkich cech wskazanych przez mnie wyżej. Okazuje się bowiem, iż niezbędne w osiągnięciu zamierzonego celu środku, które podejmują bohaterowie, pozbawione są jakiejkolwiek moralności. W ogóle świat przedstawiony „Sokoła maltańskiego” nie ma nic wspólnego z czymś, co dzisiaj nazywamy wartościami. ![]() Świetnie bawiłem się patrząc na bohaterów filmów Hustona. Oczywiście najbardziej fascynujący jest Sam Spade grany przez Humphrey’a Bogarta. Niewątpliwe aktor stworzył ikoniczną postać prywatnego detektywa. Założę się także, iż wielu czytając powieści Raymonda Chandlera, jego bohatera, detektywa Philipa Marlowe’a, wyobrażają sobie właśnie jako Bogarta palącego papierosa za papierosem i popijającego whisky. Ale „Sokół maltański” to nie tylko portret pozbawionych skrupułów detektywów i policjantów. To także bezwzględne i zimne kobiety z klasycznym portretem famme fatale na czele. Pojawiająca się w biurze Brigid O'Shaughnessy, początkowo słodka, niewinna i zagubiona w wielkim mieście panienka, szybko okazuje się chciwą i zdolną do wszystkiego kobietą. Okłamuje mężczyzn i nie czuje względem nich żadnego respektu. Gotowa jest się oddać każdemu, który tylko okaże się pomocny w osiągnięciu celu. Nie inaczej jest z innymi kobietami. Sekretarka Spade’a tylko czeka na każde jego skinięcie, a żona zamordowanego partnera jest wręcz zachwycona śmiercią męża, będzie bowiem mogła bezkarnie romansować z Samem. Detektyw oczywiście żadnej z nich nie traktuje poważnie. Bawi się nimi niczym zabawkami. Jeśli chciałby je posiąść, zrobiłby to bez wahania. A co najlepsze, skrzywdzone i poniżone przez niego kobiety dalej płaszczyłyby się u jego nóg. Feministki oglądając dzisiaj „Sokoła maltańskiego” muszą dostawać spazmów ze wściekłości na widok Humphrey’a Bogarta traktującego kobiety gorzej niż noszone przez siebie rękawiczki. ![]() Cóż więcej mogę napisać… Ten film trzeba koniecznie zobaczyć. Przy okazji polecam także książki Raymonda Chandlera. Myślę, że również wytrawnemu czytelnikowi, szukającemu niebanalnej literatury, powieści i opowiadania tego pisarza powinny nie tylko przypaść do gustu, lecz także pozostawić po sobie specyficzny, oryginalny, ale na pewno przyjemny posmak kojarzący się z najlepszym alkoholem.
poniedziałek, 02 listopada 2009
Terminator: Ocalenie reż. McG
![]() Przyznam się, iż czekałem na ten film z ogromną niecierpliwością. Terminator przede wszystkim za sprawą Jamesa Camerona i Arnolda Schwarzeneggera stał się jednym z najważniejszych, jak również wieloznacznym bohaterem kinowym ostatnich dwudziestu paru lat. Nic więc dziwnego, iż pierwsze dwie odsłony serii uważa się za filmu kultowe oraz za arcydzieła kina science fiction. Trzecia część, „Bunt maszyn”, była typowym hollywoodzkim sequelem skierowanym do młodszej widowni, a tym samym nastawionym stricte na zysk finansowy. Film został chłodno przyjęty zarówno przez krytykę jak i oddanych fanów cyklu. „Ocalenie” w reżyserii McG (Joseph McGinty Nichol) miał być nową jakością, kolejnym otwarciem kierującym sagę w zupełnie inne rejony tematyczne, niż poprzednie trzy części. Scenarzyści postanowili wreszcie zrobić do, na co czekali fani właściwie od części drugiej, czyli umieszczenie akcji w środku wojny między ocalałymi z nuklearnej pożogi resztkami ludzkości, a dowodzonymi przez Skynet różnej maści terminatorami. Dzięki poświęceniu i determinacji oddziału dowodzonego przez Johna Connora, ludzie wchodzą w posiadanie kodu, dzięki któremu maszyny potrafią porozumiewać się i synchronizować swoje działania. W laboratorium Skynetu, z którego ukradziono kod, Connor znajduje coś jeszcze, mianowicie informacje na temat terminatora, którego będzie bardzo trudno odróżnić od człowieka. Kiedy dowództwo ruchu oporu chce rozpocząć definitywną kampanię przeciwko Skynetowi, jego guru, czyli John Connor, sprzeciwia się temu. Dowiaduje się bowiem, iż w kolejnym laboratorium, które ma zostać zniszczone, przebywa porwany przez maszyny Kyle Reese, żołnierz wysłany później w przeszłość, aby chronić Sarę Connor. Jak wiadomo z części pierwszej, Reese w roku 1984 stanie się ojcem Johna Connora. John postanawia samodzielnie wyruszać w samo centrum Skynetu, aby wyrwać stamtąd przyszłego/przeszłego obrońcę Sary. Jego sprzymierzeńcem przeciwko całej armii maszyn zostaje… terminator. Po obejrzeniu filmu McG stwierdziłem, iż chyba miałem zbyt wysokie wymagania co do tej części. Dostałem w niej bowiem wszystko, oprócz dramatyzmu, który porwałby mnie i totalnie wdusił w fotel. Oczekiwałem chyba czegoś na kształt „Dystryktu 9”, a dostałem świetnie zrealizowany film science fiction ze obsadą, która w 100% składała się z… terminatorów. Żadna z występujących w filmie postaci, włączając w to Johna Connora, nie przekonała mnie jako ocalała z nuklearnej pożogi istota, kurczowo trzymająca się życia. Zamiast niespotykanej w naszym świecie determinacji i wynikających z niej emocji, dostałem papierowe postacie, które zamiast grać, w odpowiednich momentach wygłaszały dostarczone przez scenarzystów dialogi. Wybiegłem jednak trochę za bardzo naprzód. Jedyną sferą filmu, do której ciężko jest się przyczepić to efekty specjalne oraz inscenizacje najróżniejszych pościgów , bitew i pojedynków. To wszystko rzeczywiście robi wrażenie. W kinie amerykańskim (i nie tylko w nim) już dawno została zniesiona iluzja między tym co prawdziwe, a rzeczywistością wykreowaną przez speców od animacji komputerowej. Nic więc dziwnego, iż praca kamery, wykonywane przez nią zdjęcia, pomysły na ujęcia oraz łączący je w fabularną całość montaż całkowicie pochłaniają uwagę. Ale z drugiej strony, który film mający gigantyczny budżet, zepsułby wyżej wymienione aspekty tak przecież charakterystyczne dla filmów akcji? Dużo mniej za to podobała mi się wizja świata po wojnie nuklearnej. Tak naprawdę owa rzeczywistość niczym nie różniła się od tej, doświadczanej współcześnie. Same ruiny miast oraz tysiące zdezelowanych samochodów to o wiele za mało, by unaocznić atomowy kataklizm. Zdecydowanie lepiej postnuklearne uniwersum przedstawił w trylogii „Mad Max” George’a Millera. Podobnie rzecz się ma z ludźmi, którym udało się przeżyć Dzień Sądu. Nie zauważyłem na ich twarzach ani w działaniu jakiejś szczególnej desperacji pozwalającej kurczowo trzymać się przy życiu wobec mającego miażdżącą przewagę wroga. W ich postępowaniu nie było dramatu, szczególnego przekonania, iż tak naprawdę pomimo klęski ludzkości są wybrańcami mającymi „pchnąć” gatunek do przodu. W ogóle w ich działaniu nie było silnych emocji. Może reżyser zajęty fajerwerkami nie zwrócił na to uwagi? Ale oprócz niego jest przecież sztab ludzi, którzy powinni reagować na to, iż bohaterowie są za czyści, mają śliczne białe ząbki, piękne świeżo umyte włoski i w ogóle wyglądają jakby wyszli z salonu piękności, a nie zmagali się z chorobą popromienną. Tego typu bzdur w najnowszym „Terminatorze” jest całe mnóstwo. Mnie najbardziej rozbawił zwykły radiowy kontakt Johna Connora z ruchem oporu. Przewaga technologiczna Skynetu i dowodzonymi przez niego maszynami musiała być słabiutka, jeśli terminatorzy z całego świata nie mogli namierzyć skąd jest nadawany sygnał. Podobnego kalibru bzdurą była także samotna wędrówka Connora w oko cyklonu, czyli miejsce, które w którym projektanci umieścili najważniejsze elementy Skynetu. Co prawda jeden z terminatorów pomógł bohaterowi wejść na teren fabryk i laboratoriów, jednał łatwość poruszania się po ściśle strzeżonym terenie przypominała mi działanie Rambo podczas ekspedycji w Wietnamie. Kiedy już Connor zrobił swoje, nikt nie przeszkadzał także jego ludziom ewakuować więźniów z najbardziej tajnej placówki naukowej maszyn. W tym momencie trzeba przejść do najważniejszego elementu świata przedstawionego „Terminatora: Ocelenie”, a więc do dwóch głównych bohaterów – Johna Connora i Marcusa Wrighta, a ściślej rzecz biorąc, wymykającego się schematom konfliktu między nimi. Sam pomysł wydawał się bardzo dobry. Z jednej bowiem strony mamy charyzmatycznego bojownika ruchu oporu nienawidzącego maszyn, za to, co zrobiły z ludzkością. Z drugiej zaś nową maszynę, która nie zdaje sobie sprawy z tego, iż jest sztucznym tworem. Dlaczego nic interesującego nie wyszło ze zderzenia tych dwóch postaci? Odpowiedź jest dość prosta. Realizatorom kompletnie nie zależało na tym, aby obu postaciom nadać jakiś szczególny rys, coś, co wyzwoliłoby ich z komiksowej konwencji rysowania postaci za pomocą dwóch kresek. Connor jest pryncypialny, zdecydowany i charyzmatyczny. Człowiek-pomnik, człowiek z marmuru, idealny dowódca z jakiejś powieści dla młodzieży pragnącej służyć w wojsku. Jednym słowem postać mało ciekawa, bo jednowymiarowa i zbudowana na dwóch czy trzech minach Christiana Bale’a (rewelacyjny aktor, a tu taka wtopa). Nie inaczej jest z bohaterem granym przez Sama Worthingtona. Przecież jego Marcus Wright mógłby być kimś na miarę Roy’a Batty’ego z „Blade Runnera”! Niestety, postać ta służy tylko i wyłącznie jako popychacz akcji, bez którego nic na ekranie by się nie działo. Tak naprawdę mógł go zagrać każdy, po w postaci tej nie było żadnego indywidualizmu, a jego kroki, podobnie jak kolejnej kuriozalnej postaci, Blair Williams, przypominały działanie postaci z gier planszowych. McG założył sobie zapewne, że „Terminator: Salvation” ma być efektownym kinem akcji, które powinno zachwycić kilkunastolatków, by ci nie zapomnieli wyniesionych z kina wrażeń i wraz z premierą kolejnej części szybciutko pobiegli na projekcję. To reżyserowi się udało znakomicie. Jednak wojna pokazana w czwartej odsłonie opowieści o maszynach próbujących unicestwić ludzkość jest pokazana dość śmiesznie, by nie powiedzieć infantylnie. Nie ma tu wojny totalnej, bezwzględnego i zimnego okrucieństwa z jakim maszyny powinny wybijać ludzi, ani szaleństwa resztki ocalałej ludzkości niezbędnego do walki z takim wrogiem jak supernowoczesne roboty. Mamy za to zabawne sceny werbowania członków ruchu oporu przez radio oraz przedziwne, prowadzone w skynetowskich laboratoriach eksperymenty na ludziach, jakby system zamiast tego nie mógł zorganizować kilku fabryk terminatorów i jedną, ale skuteczną ofensywą wytłuc ledwo dychającą wśród zgliszcz rasę ludzką.
piątek, 23 października 2009
Generał Nil reż. Ryszard Bugajski
![]() Przyznam się szczerze, iż podczas seansu takich filmów jak „Katyń”, „Generał Nil” czy „Śmierć Rotmistrza Pileckiego” trudno jest mi oddzielić emocje od chłodnej analizy i obiektywnie ocenić jedno czy drugie dzieło. Przeczytałem bowiem wiele na temat konfrontacji machiny komunistycznej z wybitnymi jednostkami narodu polskiego i przedstawione w powyższych obrazach wydarzenia, może trochę podkoloryzowane, może czasami patetyczne, przywołują mi na myśl to wszystko, co autorzy czy świadkowie wydarzeń opisywali w swoich pracach historycznych. Posiadając więc wiedzę o mordach dokonywanych najpierw przez NKWD, później przez ich naśladowców z UB, trudno bez emocji przyglądać się takim bohaterom jak generał Emil Fieldorf, rotmistrz Pilecki czy choćby Antonina Dziwisz z „Przesłuchania”. W takich momentach dokonuje się proces nakładania rzeczywistości na obraz kinowy i owa rzeczywistość bardziej oddziałuje na emocje niż oglądany film. Postać Emila Fieldorfa to jeden z najbardziej tajemniczych bohaterów, o których wyjątkowo mało było słychać zarówno podczas komunistycznej smuty, jak i po 1989 roku, czyli w czasach wolnej Polski. „Nil” w 1942 roku został dowódcą Kedywu KG AK. To on wydał rozkaz likwidacji generała SS w Warszawie Franza Kutschery. Przeczuwając możliwość sowieckiej okupacji dowództwo AK powierzyło Fieldorfowi zadanie stworzenia i kierowania organizacją o kryptonimie „NIE”, która działać miała nie przeciwko Niemcom, a Rosjanom. 7 marca 1945 „Nil” został aresztowany przez NKWD i zesłany do obozu pracy na Uralu. Wrócił do kraju w 1947 roku, jednak nie starał się już o wykonywanie zadań konspiracyjnych. W 1948 roku postanowił ujawnić się podając Rejonowej Komendzie Uzupełnień w Łodzi swoje imię i nazwisko oraz stopień wojskowy. Dalsza historia generała została przedstawiona w filmie. Po jakimś czasie Fieldorf został aresztowany i osadzony w więzieniu. Pomimo tortur nie przyznał się do absurdalnych czynów, jakie zarzucało mu UB. Nie wydał też nikogo ze swoich dawnych przyjaciół i żołnierzy. Po sfingowanym procesie został skazany na karę śmierci. Bolesław Bierut nie skorzystał z przysługującego mu prawa łaski i generał August Emil Fieldorf „Nil” 24 lutego 1953 o godz. 15:00 w więzieniu Warszawa-Mokotów przy ul. Rakowieckiej został powieszony. Owa tajemniczość, o której nadmieniłem w poprzednim akapicie wynika zapewne z niejednoznaczności zachowań jaka cechowała postać Fieldorfa. Znając jego dokonania oraz przekonania trudno zrobić o takim człowieku film hagiograficzny (choć dla wszelakiej maści propagandystów z prawa i lewa i to nie byłoby trudne). Kiedy generał wrócił z zesłania zrobił dwie rzeczy, które nie bardzo mogły przysłużyć się do stworzenia legendy polskiego podziemia. Najpierw, zamiast żyć działać dalej w konspiracji, Nil postanowił ujawnić swą tożsamość UB-ckim katom. Mając świadomość ówczesnej potęgi Związku Radzieckiego oraz siłę oddziaływania totalitarnego reżimu, nie chciał stanąć na czele jakichkolwiek oddziałów niepodległościowych mających walczyć z rosyjskim okupantem. Uważał bowiem, iż młodzi ludzie, nawet znajdując się pod komunistycznym butem, powinni uczyć się, żyć i pracować jak każdy człowiek. Jego postanawia była na wskroś pragmatyczna,. Można by nawet rzec, pozytywistyczna. Odrzucał bowiem romantyczne ideały walki do ostatniej kropli krwi. Wreszcie Fieldorf postanowił w takiej a nie innej Polsce żyć i przede wszystkim cieszyć się rodziną. Z perspektywy czasu, kiedy towarzyszące seansowi emocje nie grają już tak wielkiej roli, w filmie Bugajskiego można wyróżnić wiele zalet jak również, niestety, kilka wad. Z pozytywów zdecydowanie największym jest kreacja Olgierda Łukaszewicza. Postać Nila w jego wykonaniu jest niezwykle sugestywna i przyciągająca uwagę. Fieldorf w jego wykonaniu przekonuje zarówno jako dowódca wydający na Niemców wyrok śmierci, jak również w roli człowieka, który odkrywszy znaczenie rodziny, z walką i wojskiem nie chce mieć nic do czynienia. Kilka scen z jego udziałem, jak chociażby spotkania z najbliższymi, czy mające charakter polityczny rozmowy w celach naprawdę robią wielkie wrażenie. Świetnie także wyszło Łukaszewiczowi odegranie człowieka nietuzinkowego, z jednej strony kochającego ojczyznę, z drugiej zaś człowieka innego, osobnego, nieidącego z prądem. Problem z jego oceną mieli również komuniści, z mordercami Radkiewiczem i Różańskim na czele. Wątpliwości co do tego, iż generał zasługuje na śmierć (wątpliwości wynikające ze strachu przed tak wielką osobowością) nie mieli za to Rosjanie oraz znajdujący się na ich krótkiej smyczy Bierut. Wiarygodnie także sprawili się inni aktorzy, jak chociażby Jacek Rozenek, Maciej Kozłowski czy Alicja Jachiewicz. W ogóle aktorstwo to chyba najmocniejszy punkt filmu Bugajskiego. Gorzej, niestety, jest z wykonaniem filmu jako spójnej i przekonującej całości. Moim zdaniem historia Polski jest wręcz kopalnią pasjonujących, intrygujących, niebanalnych, nieraz przerażających, czasem porywających opowieści. Trzeba jest tylko umieć opowiedzieć. Zarówno Wajdzie w „Katyniu” jak i Bugajskiemu w „Generale Nilu” nie do końca się to udało. Cokolwiek by nie mówić krytycznego o kinie amerykańskim, na pewno głośno i wyraźnie trzeba powiedzieć, iż nikt inny nie potrafi tak interesująco prowadzić narracji filmowej jak oni. Hollywood po mistrzowsku umie opowiadać zarówno o rzeczach ważnych jak również o strasznych wręcz dyrdymałach (zdecydowanie najczęstszym jest ten drugi przypadek). Większość polskich reżyserów, zwłaszcza tych starszych, tego nie potrafi. I pomimo tego, iż wiele scen w „Generale Nilu” wręcz wbija w fotel, całość nie przekonuje, nie ma takiej siły wyrazu jaką powinna mieć. Choćby w scenie zamachu na Kutscherę zabrakło zarówno emocji jak i epickiego rozmachu. Podobnie rzecz się ma w scenie w pociągu wśród Polaków wracających z zesłania do Polski. Teatralna realizacja zupełnie nie oddaje emocji, które powinny towarzyszyć takim wydarzeniom. Również finał rozczarowuje, choć z innego powodu. Tragiczny, ściskający za gardło, przedstawiający to, co nieuniknione, razi podniosłością i patetyzmem przez zastosowanie aż dwóch motywów muzycznych – tła jak również wygrywanego instrumentalnie Mazurka Dąbrowskiego. Podobną scenę, naturalistyczną i symboliczną jednocześnie, doskonale nakręcił Wajda w „Katyniu”. Tam mordowaniu polskich oficerów nie towarzyszy żadna muzyka. Dlatego fragment ów jest zdecydowanie najlepszy z całego filmu, bo nakręcony z pasją, dynamizmem i pomysłem. Nie zgadzam się z tymi, którzy twierdza, iż takie filmy jak „Generał Nil” są niepotrzebne, bo służą tylko i wyłącznie katowaniu gromad uczniów. Patriotyzm oraz zdobywanie wiedzy historycznej są w naszym kraju passe, ponieważ robi się z tego świętość. Młodzi ludzie nie chcą świetności, chcą ciekawych historii nowocześnie opowiedzianych. Dopóki filmy takie jak „Katyń”, „Generał Nil” czy „Śmierć Rotmistrza Pileckiego” będą kręcone niczym teatr telewizji, statycznie i bez dynamizmu, jak hagiografie traktowane z nabożną czcią dla bohaterów w nich występujących, nikt z młodych ludzi nie będzie chciał nawet spojrzeć na takie kino. Nie twierdzę, że powinny wyglądać one jak „Gladiator” czy „Braveheart”, jednak reżyserzy głośnio powinni odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego wspomniane wyżej produkcje z Hollywood potrafią trzymać widza w napięciu trzy godziny, chociaż opowiadają o tym, co zdarzyło się przecież setki lat temu. Odpowiedzią będzie jednocześnie recepta na kino opowiadające o historii Polski w sposób pasjonujący a zarazem i wychowawczy.
piątek, 16 października 2009
Północ w ogrodzie dobra i zła reż. Clint Eastwood
![]() John Kelso, młody pisarz z Nowego Jorku, przyjeżdża do Savanah by napisać dłuższy artykuł o przyjęciu wydawanym przez Jima Williamsa, wpływowego i ekscentrycznego handlarza i kolekcjonera antyków. Właściwie zaraz po dotarciu na miejsce, co i rusz napotyka się na najróżniejsze dziwne osobowości, które niezwykle intrygują jego duszę literata. Po wystawnym przyjęciu na terenie posiadłości Jima Williamsa dochodzi do tragedii. Broniąc się przed pijanym Billym Hansonem, kolekcjoner zabija go. Kiedy zostaje on postawiony w stan oskarżenia, Kelso postanawia zostać dłużej w Savanah, by napisać książkę o wzbudzającym ogromne emocje procesie sądowym. W między czasie nie tylko odkrywa prawdę o morderstwie, lecz także poznaje galerię niezwykłych osób zamieszkujących miasteczko w stanie Georgia. Okazuje się, iż płaszczykiem spokojnej społeczności amerykańskiego Południa, kłębią się żmije zdrad, intryg oraz różnych perwersji seksualnych. Nie podobał mi się ten pochodzący z 1997 roku film w reżyserii Clinta Eastwooda. Początek, owszem, intryguje i przykuwa uwagę. Widzimy bowiem młodego nowojorczyka żyjącego dotąd życiem wielkomiejskiego tubylcy, który nagle musi dostosować się doi powolnego, ale dostojnego życia amerykańskiego Południa. Od razu także zwracają na siebie uwagę zarówno Kevin Spacey jak i John Cusack. Jeszcze z satysfakcją obserwuje się życie południowych wyższych sfer oraz miejscowej cyganerii, z którą trochę przez przypadek styka się bohater. Nie mogę jednak dojrzeć w filmie Eastwooda jakiejś myśli przewodniej, czegoś, na co przede wszystkim chciał zwrócić uwagę reżyser. Bo jeśli chciał pokazać życie bogatszych południowców, po części nuworyszy, a nie elity z dziada pradziada, to jeśli nie ma w takiej wizji dramatu czy intrygi, szybko zaczyna ona nudzić i tracić na znaczeniu. Jeśli wydarzenia miały kręcić się wokół morderstwa i doszukiwaniu się prawdziwej wersji tragicznego wydarzenia, film jest za długi i zbyt rozwlekły, by zainteresować wątkiem kryminalnym. Wreszcie jeśli chodziło Eastwoodowi o rozważania nad istotą prawdy i jej funkcjonowaniu w życiu społecznym, „Północ w ogrodzie dobra i zła” również ani nie zaciekawia, ani nie zmusza do refleksji. Począwszy od „Rzeki tajemnic” każdy kolejny film Clinta to przede wszystkim fascynujące opowieści. Nawet jeśli nie chce się w nich doszukiwać drugiego i trzeciego dna, ogląda się je dla samej przyjemności słuchania niebanalnych i frapujących historii. Ta z „Północy...” jest koszmarnie długa, rozwlekła i pozbawiona dramaturgicznego kośćca. Ale... moje zdanie nie jest wyrocznią. Jeśli ktoś ma inne zdanie o tym filmie, bardzo chętnie je usłyszę (przeczytam). Czasami bywa tak, iż najuważniejszemu widzowi, który stara się spoglądać na film jako na całość skonstruowana z wielu elementów, czasami coś umyka, co jak później się okazuje jest kluczem do interpretacji danego dzieła. Może więc i mnie coś umknęło?
środa, 07 października 2009
Dystrykt 9 reż. Neill Blomkamp
![]() Niesamowitych rozmiarów statek kosmiczny zawisa w przestrzenia nad Johannesburgiem. Elitarne oddziały wojskowe wkraczając na jego teren odnajdują w czeluściach pojazdu rozumne istoty spoza Ziemi. Nazwane Krewetkami stworzenia musiały przejść niesamowicie długą i ciężką drogę, ponieważ znajdowały się w stanie skrajnego wyczerpania. Przetransportowanym ze statku na przedmieścia południowej-afrykańskiej metropolii stworzono warunki, w których nie tylko mogły żyć, lecz także tworzyć coś na kształt społeczeństwa. Stworzono specjalny departament, MNU, którego zadaniem było komunikowanie się z obcymi w różnych sprawach intrygujących całą ludzkość. Dość szybko okazało się jednak, że ponad milionowa społeczność przybyszy z kosmosu stanowi nie lada obciążenie dla miejscowego rządu. Rozgoryczenie było tym większe, iż technologia obcych, a przede wszystkim broń, uzależniona jest od DNA pochodzących z kosmosu istot. Do operacji wysiedlania kosmitów z dotychczas zamieszkiwanych przez nich terenów z ramienia MNU zostaje oddelegowany Wikus Van De Merwe, młody, ambitny, lecz nikomu nieznany urzędnik. Zaszczycony obdarzonym przez firmę zaufaniem, bohater szybko rzuca się w wir pracy. Już pierwszego dnia okazuje się jednak, że obcy wcale nie będą chcieli tak łatwo dać się wysiedlić ze znanego im terenu. Van De Merwe domyśla sie także, iż bez użycia siły będzie to niemożliwe. Podczas rutynowej kontroli w jednej z ruder zamieszkiwanej przez obcych, mężczyzna znajduje dziwny przedmiot nieznanego zastosowania. Podczas próby jego uruchomienia, na bohatera wylewa się czarna, błyszcząca ciecz. Tak zaczyna się seria niezwykłych wydarzeń, które odcisną swoje piętno nie tylko na życiu obcych form, lecz także ogromnej ilości ludzi. Od dawna czekałem na film science-fiction, który oprócz efektów specjalnych i mknącej do przodu akcji zawierałby jakąś niebanalną, zmuszającą do myślenia treść. Obraz Neilla Blomkampa spełnia te warunku aż z nawiązką. Nie będę tu rozpisywał się o komputerowych trikach i postępujących po sobie z zawrotną szybkością wydarzeniach, bo to chyba przy współczesnych budżetach filmowych nie jest zbyt trudno osiągnąć. Oprócz ukrytych znaczeń, warto skupić się na formie filmu, przypominającej paradokument. Co prawda widzieliśmy to już w wielu produkcjach kinowych („Krwawa niedziela”, Blair Witch Project”, „Cloverfield”), jednak ten pomysł dobrze zrealizowany zawsze działa na emocje widzów. W „Dystrykcie” obserwujemy akcję z niezliczonych ilości kamer zwróconych na bieg wydarzeń. Są to więc relacje na żywo prowadzone dla serwisów informacyjnych, kamery przemysłowe, korporacyjne, monitoring uliczny, wreszcie zdjęcia kręcone przez samych bohaterów. Momentami naprawdę można dać się ponieść ułudzie wydarzeń przedstawianych „live”. Co prawda wymaga to skupienia, ponieważ dla niektórych montaż może być zbyt szybki i dynamiczny, dla mnie jednak jest to jedna z wielu zalet tego filmu. Kluczem do interpretacji filmu Blomkampa jest odpowiedz na pytanie, czy ten film tak naprawdę jest tylko i wyłącznie opowieścią o współegzystencji ludzi i obcych. Osadzenie bowiem akcji w RPA sugeruje nie tylko zgrywę z konwencji kina science-fiction (kosmici dotąd zawsze nie wiedzieć czemu nawiedzali Stany Zjednoczone), lecz przede wszystkim wskazanie, iż to w RPA mieliśmy do czynienia z apartheidem oraz jedynymi z pierwszych obozów koncentracyjnych stworzonych przez Anglików podczas wojen burskich. Getto jakie stworzyli bowiem ludzie obcym jako żywo przypomina najgorsze zachowania ludzkie znane choćby z czasów II wojny światowej. Blomkamp w swoim filmie nie pozostawia złudzeń, historia człowieka nie uczy niczego. Jeśli obecnie zdarzyłoby się coś podobnego do wydarzeń z roku 1939, dowolny kraj zachowałby się tak samo jak Niemcy podczas eksterminacji Żydów, Cyganów i narodów słowiańskich. Dowodem potwierdzającym tę tezę są sceny w laboratorium, w którym eksperymentuje się na obcych, istotach przecież czujących i rozumnych, bez żadnych zahamowań. Konkluzja jest więc jasna, jeśli jednemu narodowi uda się zapanować nad drugim, ten pierwszy daje sobie prawo eksploatacji tego drugiego. Jeśli z „wyciśniętych” ofiar coś jeszcze zostanie, wtedy można je gdziekolwiek wysiedlić lub po prostu eksterminować. W ogóle ludzkość w „Dystrykcie 9” została przedstawiona jako bardzo nieciekawy gatunek. Tylko przez chwilę mieszkańcy Johanesburga cieszyli się z powodu pojawienia się na ich terenie niezwykłych gości. Kiedy tylko okazało się, iż ich kondycja zarówno fizyczna jak i psychiczna z jakichś powodów jest nie najlepsza, z ludzi zaraz zaczęła wyłazić mentalność skurwysyna żerującego ile się da na słabszych. W eksploatację potencjału przybyszów włączają się nie tylko prywatne i rządowe korporacje, lecz także zorganizowane grupy przestępcze i pojedynczy ludzie chcący jak najwięcej zarobić na zdezorientowanych kosmitach. A sami kosmici? Żyją w getcie, na które składają się tysiące prymitywnych domków. Otoczeni są wysokim płotem pod napięciem oraz tysiącami kamer, śledzących każdy ich krok. Żerują na wysypiskach śmieci, starając się zaspokoić swoje podstawowe potrzeby. Żyją dokładnie w takich warunkach, jakie stworzyli im ludzie. Bardziej obeznaniu z kinem widzowi sceny z getta, czyli Dystryktu 9, właściwie od razu będą kojarzyły się ze wszystkimi filmami, w których przestawiano życie Żydów w stworzonych im choćby w Warszawie czy Łodzi zamkniętych enklawach. Wydostanie się z nich było niemożliwe, zaś egzystencja przypominała najgorszy koszmar ludzki. Oczywiście wymienione przeze mnie konotacje nie są wszystkimi, jakie przez twórców zawarte zostały w filmie „Dystrykt 9”. Warto tu chociaż nadmienić o wpływie ponadnarodowych korporacji na gospodarkę światową, sposób prowadzenia polityki w kontekście militarnym przez takie państwa jak Chiny, Izrael, Iran, Rosja czy Stany Zjednoczone, wreszcie gigantyczne dysproporcje finansowe między garstką bajecznie bogatych, a ponad 1,5 miliarda ludzi myślących tylko o tym, czy następnego dnia będą mieli cokolwiek do jedzenia. Mnie jednak szczególnie podobał się ukłon twórców w stronę mistrza horroru, Davida Cronenberga. Nie tylko Krewetki są podobne do przemienionego w muchę bohatera filmu „The Fly”, Setha Brundle’a, lecz pierwsze oznaki metamorfozy Wikusa Van De Merwe są takie same, jak u wspomnianej postaci z obrazu Cronenberga. Również przeżycia bohaterów – strach, lęk przed odrzuceniem, wściekłość, wreszcie bezradność, są identyczne we wspomnianych przeze mnie filmach. Wreszcie przemiana Wikusa Van De Merwe ma charakter ewidentnie symboliczny. Twórcy bowiem tym zdarzeniem jakby definitywnie sugerują nam, iż aspekt kontaktu z ludźmi jest w „Dystrykcie 9” drugorzędny. Tak naprawdę chodzi w nim o coś znacznie ważniejszego, mianowicie o nas, ludzi, oraz piekło jakie czasami z najbardziej błahych powodów (np. pieniądze, bogactwo) potrafimy sobie czynić. Nie ma co owijać w bawełnę, „Dystrykt 9” Neilla Blomkampa to kino rewelacyjne. Szukający w nim atrakcyjnej i nietrącącej banałem formy znajdą konwencję quasi reportażu. Miłośnicy wybuchów, mknącej niczym TVG akcji również znajdą w obrazie mnóstwo satysfakcji. Wreszcie ktoś, kto poszukuje w kinie czegoś więcej niż tylko efektownych ruchomych obrazów, myślę, że także wyjdzie z kina z głową pełną refleksji. I chyba o to w prawdziwym kinie chodzi, nieprawdaż?
niedziela, 27 września 2009
Lęk reż. Christopher Smith
![]() Mieszkanka Londynu spieszy się na umówioną imprezę, na której pojawić się ma sam George Clooney. Aby dotrzeć szybciej na miejsce, postanawia jako środek lokomocji wybrać londyńskie metro. Dziewczyna zasypia na peronie i kiedy się budzi, szybko uświadamia sobie, iż cała stacja metra została na noc zamknięta. Okazuje się jednak, że ma szczęście, bo na peron wjechał ostatni tej nocy pociąg. W pustym składzie znajduje się tylko jej współpracownik, nie stroniący od narkotyków i obcesowego zachowania Guy. Podczas szarpaniny mężczyzna nagle zostaje wywleczony z pociągu i brutalnie zamordowany. Kate szybko uświadamia sobie, iż jedyną szansą na ocalanie życia jest ucieczka. Morderca jednak podąża jej tropem. Film powiela schemat kina, w którym w ekstremalnie trudnych warunkach bohaterka musi uciekać przez pragnącym ją zabić maniakiem. Kiedy już okazuje się, ze dziewczynie prawie udaje się uratować, psychopata wyskakuje niczym diabeł z pudełka i gonitwa musi zacząć się od nowa. Bohaterka coraz bardziej zagłębiając się w tunele londyńskiego metra odkrywa korytarze, których wejścia dotąd były zamurowane. Znajduje w nich coś, co wręcz mrozi jej krew w żyłach. Pomimo, że schematyczny, „Creep” Christophera Smitha znakomicie się ogląda. Reżyser bez zbędnych i przydługich wstępów od razu serwuje odbiorcy dynamiczną i pełną okrucieństwa akcję. I na tym zasadza się cały sens filmu. Widz dostaje mknącą do przodu i ociekającą posoką akcję, za to ma nie myśleć za wiele, dlaczego coś się dzieje tak czy owak. Bo gdyby na spokojnie prześledzić logikę serwowanej przez Anglika fabuły, można by znaleźć mnóstwo scenariuszowych dziur. Na uwagę zasługują, i to chyba jest największym plusem filmu, niesamowite lokacje po jakich porusza się główna bohaterka. Smithowi udało się stworzyć naprawdę sugestywny kontrast między niezwykle czystymi, wręcz sterylnymi wnętrzami londyńskich peronów, z brudem, mrokiem i szczurami zalegającymi nieużywane tunele. Tu naprawdę twórcy się postarali, zarówno scenografowie jak i specjaliści od oświetlenia, zdjęć i montażu. Dzięki temu momentami klimat izolacji, zamknięcia, osaczenia i alienacji jest wręcz namacalny. Pisząc o największej zalecie filmu, warto, a nawet trzeba, wspomnieć o jego największej wadzie. Jest nim postać głównej bohaterki fatalnie, moim zdaniem, zagrana przez znaną dość aktorkę Frankę Potente. Co prawda scenarzyści ograniczyli rolę Kate do krzyków i ucieczek, jednak aktorka nie nadała swojej postaci żadnych cech i szczegółów sprawiających, iż moglibyśmy uwierzyć w dramat, jaki spotkał ją na stacji londyńskiego metra. Postać ta została całkowicie pozbawiona charakteru i oryginalności. Przez to wydała mi mało wyrazista i wręcz papierowa. Dla fanów horroru, zwłaszcza jego krwistej odmiany z domieszką tortur i okrucieństwa, „Lęk” powinien być potrawą idealną do szybkiego strawienia. Widać, że Smith „odrobił pracę domową” z poetyki grozy, ponieważ zrobił film, który większości fanów powinien się spodobać. Daleki jest on od oryginalności, jednak zawiera wszystkie elementy gatunku, na które widzowie lubujący się w krwawej makabrze czekają. Ps. Fragmenty recenzji wykorzystałem w artykule mojego autorstwa „Niewiasta słowem i czynem silna – obraz kobiety w horrorze zachodnim końca XX i początku XXI wieku” zamieszczonym w serwisie Horror Online
czwartek, 17 września 2009
Happy-Go-Lucky, czyli co nas uszczęśliwia reż. Mike Leigh
![]() Myślałem, iż chcąc obejrzeć niebanalną, inteligentną i skrzącą się od niewymuszonego dowcipu komedię, będę skazany na wieczne oglądanie starych filmów Allena albo dzieł Stanisława Barei. Do tego zestawu dodać mogę jeszcze filmy oraz serial Monty Pythona. Ileż razy jednak można oglądać „Alternatywy 4”? Jasne, bardzo dużo, lecz od czasu do czasu, w przerwie między smutami, szwindlami, koszmarami i cierpieniem chciałoby się obejrzeć coś zabawnego, jednak z drugim dnem skrywającym pod lakierem błyskotliwych dialogów jakąś poważną refleksję. Ku mojemu zdziwieniu, chyba najlepszy obecnie reżyser brytyjski, Mike Leigh, mistrz kina obnażającego obłudę i hipokryzję naszego życia, nakręcił piękny, pogodny film, nie tylko co i rusz wywołujący salwy spontanicznego śmiechu, lecz także traktujący o życiu współczesnych, na pozór szarych i zwyczajnych mieszkańców Londynu. Bardzo blisko „Happy-Go-Lucky” jest do najlepszych filmów wspomnianego już Woody Allena. Z jednej strony bowiem jest to lekki, ironiczny, bardzo zabawny obraz zamieszkiwany przez sympatycznych dziwaków, z drugiej zaś nie brakuje mu kilku bardzo cienkich, lecz niezwykle trafnie wbitych szpilek będących krytyką jakiegoś zjawiska społecznego. Jego główną bohaterką jest Poppy, ponad trzydziestoletnia kobieta, nauczycielka w jednej z londyńskich szkół podstawowych. Dziewczyna uwielbia swoją pracę, a jeszcze bardziej życie oraz radość jaką z sobą ono niesie. Potrafi zachwycić się dosłownie wszystkim – nowym sklepem, w którym dotąd nie była, przejażdżką rowerową, wspólnymi chwilami spędzonymi z przyjaciółki, nawet spotkaniami z niemiłymi, sfrustrowanymi i wrogo traktującymi ją ludźmi. Popy jest osobą niezwykle pogodną, wprost uwielbiającą się śmiać i bawić. I nie w tym rzecz, iż jest widzi świat w sposób hedonistyczny. Bohaterka ma w sobie coś, o czym większość z nas zapomniała, mianowicie to, iż prawdziwe szczęście, radość, świat widziany w jasnych barwach nie wiąże się z materializmem. Kobieta nie przykłada właściwie żadnego znaczenia dla pieniądza i tego wszystkie co się z nim wiąże. To niestety u wielu wywołuje frustracje, będące źródłem samonapędzającej się agresji. Jest w filmie dość długi epizod, w którym Poppy odwiedza swoją siostrę będącą w ciąży. Obsesyjnie dbająca o porządek kobieta, widząca szczęście przede wszystkim w tapetach i meblach wypełniających jej dom, traktuje stale śmiejącą się siostrę jak osobę niedojrzałą. Jednak w tej krytyce nie chodzi o dobrotliwe pobłażanie, lecz o zawiść, bowiem spodziewająca się dziecka kobieta nie może zrozumieć, jak ktoś taki jak Poppy, nie mająca samochodu, własnego mieszkania ani męża, może być szczęśliwa. Siostra najzwyczajniej w świecie nie daje prawa naszej bohaterce do bycia szczęśliwym, ponieważ nie zachowuje się jak większość, nie zalicza się do tych, którzy pragnąc obsesyjnie czerpać radość z życia widzą go w dobrach materialnych. Jeszcze inaczej rzecz się ma z instruktorem jazdy, który uczy Poppy prowadzić samochód. Ów głęboko nieszczęśliwy człowiek nie potrafi zrozumieć, iż można nie wykonywać jego poleceń i cieszyć się chwilą, zamiast być co najmniej zakłopotanym. Scott nienawidzi ludzi, dostrzega w nich tylko i wyłącznie wady, przywary i wszystko to, co najgorsze. Akceptuje ich, jeśli ci postępują ściśle według tysięcy z góry ustalonych norm. Jeśli jednak którąś łamią, stają się godnymi pogardy śmieciami. Na Poppy patrzy jak na zwierzę, które nie jest zdolne pojąc, iż jazda samochodem to najważniejsza rzecz na świecie. A dziewczyna wszystko traktuje z ogromnym dystansem, ponieważ tylko on zapewnia niepopadnięcie w stany psychotyczne, pod wpływem których znajduje się Scott. W pewnym momencie widzimy, iż instruktor właściwie bez przyczyny wybucha, w szale próbuje pobić bohaterkę. Ta boi się, jednak przede wszystkich chce pomóc facetowi, widząc w nim cierpiąca istotę. Podobnie rzecz się ma z małym chłopcem, który jest szkolnym podopiecznym Poppy. Widząc jego kłopoty, najprawdopodobniej bardzo poważne, nauczycielka z roztrzepańca i trzpiota zamienia się we wrażliwą osobą, która potrafi słuchać o czyichś problemach. Nie wkłada na siebie kostiumu mentora, nie pragnie uchodzić za wszechwiedzącą. Widząc, że kłopoty ucznia wychodzą poza jej kompetencje, szybko organizuje grupę, która z lepszymi skutkami poradzi sobie z trudną sytuacją chłopca. Czy Poppy to postać prawdziwa, wiarygodna, którą w każdej chwili możemy spotkać uczęszczając na przykład na lekcje flamenco albo w kinowym barze? Oczywiście, że tacy ludzie istnieją, prawdziwi, zawsze będący sobą, uważnie rozglądający się dokoła i przede wszystkim wierzący w optymizm. Zewsząd bombardowani jesteśmy informacjami o cierpieniu, bólu, ludzkiej głupocie, znieczulicy i piekle jakie czynią sobie ludzie. Jest w tym mnóstwo prawdy, ale taka rzeczywistość jeśli nie jest zafałszowana, to na pewno wycinkowa. Zamknięci w czterech ścianach z oknami w postaci monitorów LCD mało wiemy o ludzkich radościach, szczęściu i wierze w przyszłość. A przecież jest mnóstwo pozytywnych dusz kochających słońce, kwiaty i cieszących się z każdej nowopoznanej osoby. Na pewno żyją wokół nas gejzery energii, które pragną z życia czerpać ile się da, nie czyniąc przy tym najmniejszej krzywdy żadnemu z ludzi. Mike Leigh filmem „Happy-Go-Lucky” zaskoczył zapewne niejednego kinomana. Kręcąc dotąd posępne dramaty, celnie punktujące ludzkie zaniedbania i życie w kłamstwie, nie znajdywał w tym ani nuty humoru. I nagle napisał scenariusz i nakręcił według niego film kipiący radością, co nie znaczy, że unikający trudnych pytań i kontrowersyjnych tez, jak chociażby ta o skostnieniu współczesnego systemu edukacji wyjaławiającego w dzieciach kreatywność, spontaniczność i siłę wyobraźni. Zrobił to po mistrzowsku, bowiem niezwykle płynnie „wyciął z rzeczywistości” pewien jej fragment i w urzekający sposób przestawił go widzom. Nie uczynił tego sam, bowiem bez wybitnych kreacji Sally Hawkins oraz Eddiego Marsana jego film z pewnością nie miałby takiej siły wyrazu. Według mnie ten film bez najmniejszych wątpliwości można umieścić w szufladce z napisem „wybitne”. „Happy-Go-Lucky” bowiem jest typowo angielskim, a zarazem zjawiskowym, pełnym polotu oraz wdzięku dopatrywaniem się głębokich prawd egzystencjalnych w pozornie błahych doświadczeniach codziennych. Życie Poppy nie wygląda inaczej niż życie każdego mieszkającego człowieka w Polsce, Niemczech czy Belgii. Jednak ona potrafi być szczęśliwa, większość z nas niestety nie.
czwartek, 03 września 2009
Długi weekend reż. Colin Eggleston
![]() "Dopóki ostatnie drzewo nie zostanie ścięte, dopóki ostatnia ryba wyłowiona i ostatnia rzeka zatruta, człowiek nie zrozumie, że pieniądze są niejadalne." Indiańskie przysłowie Człowiek jest częścią natury i dostał od niej swe życie. W konsekwencji ta postawa wyklucza, według wschodniej filozofii, myśl, że człowiek ma prawo do nieograniczonego użycia, nieograniczonej eksploatacji jego naturalnych zasobów. Można powiedzieć, że pod tym względem natura jest poświęcana dla użytku człowieka. To samo może być powiedziane jeśli chodzi o życie zwierzęce i roślinne, które tworzą część natury. Zgodnie z naukami Ziraatu droga człowieka do boskości wiedzie poprzez związek z naturą. Wszak mędrcy i święci wszystkich czasów osiągali najwyższy stan ludzkiej świadomości, oświecenie czy zbawienie w takich zakątkach, które były dzikie i ustronne i najmniej skażone ludzką ręką. Jednak człowiek w swej istocie jest gatunkiem niezwykle ekspansywnym, ciekawskim i wysoce egocentrycznym. Co prawda nasza energia i pomysły sytuują nas jako najbardziej dynamiczne i prące do przodu istoty, niekoniecznie jednak wpływa to pozytywnie na środowisko naturalne i jego mieszkańców. Tłumacząc swoje poczynania boską protekcją (Księga Genesis: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną”), człowiek w dużym stopniu podporządkował sobie naturę i bezpowrotnie unicestwił jej część folgując własnym, wynikającym często ze skrajnego egoizmu, potrzebom. W XXI wieku mając już świadomość, iż bez niej kompletnie nic nie znaczymy, nadal wobec natury przyjmujemy pozycję kata. Jednak ona stara się cały czas bronić przed całkowitym zniewoleniem i degradacją. Bo czy nie jest tak, iż coraz więcej ludzi uzależnionych od zdobyczy cywilizacyjnych stając oko w oko z istniejącą gdzieniegdzie nieskalaną przyrodą obawia się jej dzikości? Kimś takim jest Marcie, która pod wpływem perswazji męża zgada się jechać z nim w czasie weekendu na oddaloną od cywilizacji, wyludnioną australijską plażę. Podczas podróży cały czas daje mu do zrozumienia, iż przyroda antypodów napawa ją obrzydzeniem. Tym bardziej, że alternatywą miały być wolne dni spędzone wraz z przyjaciółmi w hotelu. Peter jednak to człowiek, który nie znosi sprzeciwu. Jest przykładem despoty, który ma w zwyczaju podejmować decyzje za wszystkich ze swojego otoczenia. Marcie traktuje tylko jako dodatek do napełniającego go dumą nowoczesnego sprzętu turystycznego wartego wiele tysięcy dolarów. Nie zdaje on jednak egzaminu, kiedy podczas burzy turyści błądzą w australijskim buszu. Po bezsennie spędzonej nocy na łonie natury, pełnej tajemniczych i napawających grozą odgłosów, młodemu małżeństwu udaje się dostać na wymarzoną plażę. Wjeżdżając na okalające ją piaszczyste wydmy wozem terenowym naruszają nieskazitelny charakter prawdziwe unikalnego, przepięknego miejsca. Gwałt ów zaczyna eskalować kiedy Peter wraz z Marcie zaczynają rozbijać namiot, rozpalać ognisko, rzucać odpadkami na prawo i lewo oraz bezmyślnie dewastować wszystko dokoła. Jego finał ma miejsce podczas brutalnego mordu na niezwykle rzadkim okazie krowy morskiej, kiedyś bardzo często spotykanej u wybrzeży Australii. Niechęć bohaterki do otaczającego ją świata nie wynika jednak z kaprysu czy chwilowej niedyspozycji. Jest wynikiem poaborcyjnej traumy, z której Marcie próbuje się jakoś wydostać. Egoistyczna zachcianka męża wcale jej w tym nie pomaga, wręcz przeciwnie, pogrąża dziewczynę w coraz większej depresji. Bohaterka bowiem widząc wokół siebie zwierzęta opiekujące się swym potomstwem zaczyna coraz bardziej zamykać się w sobie. Peter nie stara się nawet zrozumieć jej lęków, w żaden sposób nie próbuje ratować sypiącego się związku. Traktuje Marcie jako jeszcze jeden element turystycznego ekwipunku, który według jego mniemania ma zapewnić mu, nawet w najbardziej ekstremalnych warunkach, komfort niezbędny do efektywnego wypoczynku. „Long Weekend” Colina Egglestona to film analizujący, a przede wszystkim piętnujący obrzydliwą przywarę ludzką jaką jest egoizm. W całej jaskrawości, w sposób niezwykle precyzyjny, momentami nawet szokujący, prezentuje paradoksalną dwoistość człowieka. Z jednej strony w swej pysze chce on być uznany za najdoskonalszą istotę pośród żyjących na ziemskim globie, z drugiej zaś w przedziwnym ślepym pędzie dąży do destrukcji nie tylko otaczającego go środowiska naturalnego, lecz także do zagłady własnego gatunku. Obraz australijskiego reżysera nie jest więc tylko kolejnym głosem w dyskusji o antagonizmie między cywilizacją a naturą, lecz przede wszystkim wyjątkowo trafną krytyką natury ludzkiej ukształtowanej przez konsumpcyjną, hołubiącą nieskrępowanej wolności zachodnią demokrację. Ów liberalizm nie przejawia się tylko na katastrofalnej ignorancji natury, lecz także na próbie uprzedmiotowienia drugiej istoty ludzkiej. Światopogląd obojga bohaterów sprowadza się tylko i wyłącznie do płaszczyzny materialnej. Przyrodę traktują jak swoją własność, a tym samym dają sobie prawo do jej niszczenia. Siebie próbują podporządkować, sprowadzić do roli rzeczy, z którą przecież można zrobić wszystko. W tym procesie oboje uciekają się do kłamstw, manipulacji, nieszczerości, a nawet do agresji i przemocy. Wreszcie Marcie decyduje o unicestwieniu rodzącego się w niej życia przyjmując tym samym często lasowaną przez liberalną ideologię człowieka jako boga. Okazuje się jednak, iż bohaterom nie wszystko wolno. Pozycja ludzkiego boga staje się bardzo ograniczona wobec prawdziwej siły jaką jest natura. Eggleston w swoim filmie daje do zrozumienia, iż przyroda dająca człowiekowi idealne środowisko do egzystencji, a tym samym dzieląca się swoją ogromną siłą życiową, równie dobrze może mu ją zabrać. Tezę tę Australijczyk ubiera w kostium horroru, ale nawet niedzielny odbiorca gazetowych lub telewizyjnych doniesień ze świata, wie, iż człowiek wobec wszelkiego rodzaju żywiołów uzbrojony nawet w najnowocześniejsze zdobycze techniki staje się bezradny niczym niemowlę. Trzeba przyznać, iż Eggleston po konwencji grozy porusza się ze znawstwem wybierając z jej środków tylko te, które są mu naprawdę niezbędne. Nie epatuje okrucieństwem, nie manipuluje emocjami widza. Skupiając się na ukazaniu natury człowieka żyjącego w metropolii stara się nadać swojemu filmowi wymiar uniwersalny. Nie ucieka się do tanich chwytów w rodzaju jump scenes, lecz kolejnym elementom fauny i flory nadaje rangę symboli funkcjonujących w obrazie odwiecznego konfliktu natury z kulturą. Efektem takiego podejścia artysty do tematu stał się niezwykle rzadki przypadek horroru, w którym budzący grozę entourage jest tylko pretekstem do powiedzenia czegoś bardzo ważnego o współczesnym świecie. Czy kogoś przekona taka wizja istoty ludzkiej, antagonistycznie nastawionej nie tylko do dzikiej przyrody, lecz także do swych pobratymców? Biorąc pod uwagę przesłanie filmu, jedni na pewno zachłysną się punktem widzenia Egglestona, inni, widzący w środowisku naturalnym tylko i wyłącznie pole do eksploatacji, którym kierują najsilniejsi, wzruszą ramionami nad ekologicznym wymiarem „Long Weekend”. Podobnie może wyglądać recepcja filmu Australijczyka jeśli chodzi o jego formalną warstwę. Dla wielu odbiorców ascetyczna, za to niezwykle precyzyjna realizacja, bazująca na długich ujęciach, niedopowiedzeniach i minimalizmie w stosowaniu efektów specjalnych może wydać się nudna, niczym stare ramoty puszczane w ramach „Pereł z lamusa”. Jednak widz lubujący się w kinie takich mistrzów jak Alfred Hitchcock czy Roman Polański na pewno dostrzegą podobieństwo „Long Weekend” do takich filmów jak „The Birds” , „Nóż w wodzie” czy „Matnia”. I co najważniejsze, obraz Egglestona w niczym wyżej wymienionym klasykom nie ustępuje.
wtorek, 25 sierpnia 2009
Opór reż. Edward Zwick
![]() Dla wielu „Opór” Edwarda Zwicka będzie zapewne kolejną produkcją zrobioną przez Hollywood (podobno zdominowany przez Żydów) i traktującą o martyrologii narodu żydowskiego. Powiedzą oni, że w historii kinematografii było już o tym tyle filmów, iż kolejny potrzebny nie jest (tak było chociażby przy „Pianiście” Romana Polańskiego). Moim zdaniem sądy takie wynikają tylko i wyłącznie z braku elementarnej wiedzy historycznej. Nikt, kto poczytał sobie choćby kilka opracowań o obozach koncentracyjnych, o działaniach SS w Polsce, na Ukrainie czy Białorusi nie będzie miał wątpliwości, iż filmy tego typu powinny powstawać co jakiś czas po to, by pamięć o piekle jakie naród niemiecki stworzył Polakom, Żydom oraz Romom trwała jak najdłużej. Najbardziej rzetelne opracowania historyczne oddziałują tylko na bardzo wąski krąg odbiorców. Filmy powstające w Hollywood, niczym coca-cola, trafiają w najodleglejsze i najbardziej niedostępne regiony świata. Pamięć o zbrodniach hitlerowskich w świadomości cywilizowanych ludzi nie na prawa zaginąć. Nie może być tak, iż nasi potomkowie traktować je będą tylko i wyłącznie jako suche fakty historyczne podlane bezosobową statystyką. To bowiem co wydarzyło się podczas II wojny światowej, bezwzględny i zaplanowany mord wielu milionów osób, nie można nazwać inaczej jak urzeczywistnieniem piekła o jakim dotąd czytaliśmy tylko w Biblii. Studiując historię świata, zwłaszcza tę najnowszą, z cywilizowanym człowiekiem jako jej bohaterem, trudno znaleźć wydarzenia podobne hitlerowskiej makabrze. Film Zwicka opowiada o polskich Żydach, którzy uchroniwszy się z niemieckiej eksterminacji postanawiają ukrywać się w lasach na terenie dzisiejszej Białorusi. Ciężko pracując i żyjąc w ekstremalnie trudnych warunkach budują wśród drzew coś na kształt niewielkiego miasteczka. Ich życie zdominowane jest przez nieustanne poczucie zagrożenia. Wrogami bowiem są nie tylko Niemcy oraz bezlitosna natura, lecz także głód, choroby, donosiciele, partyzanci rosyjscy oraz tarcia między samymi Żydami. Co jednak najdziwniejsze, ludzie pod przywództwem braci Bielskich nie godzą się ze swym losem narodu skazanego na zagładę. Nie czują tego defetyzmu, który dostrzec można było w postawie Żydów biernie idących na rzeź w gettach, pacyfikowanych wsiach czy obozach koncentracyjnych. Ich walkę porównać można do zbrojnego wystąpienia żydowskich podziemnych formacji zbrojnych, które miało miejsce na terenie warszawskiego getta pod koniec jego likwidacji przez Niemców w trakcie Operacji Reinhard. Żyjący w puszczy Żydzi potrafią się zorganizować i działać dla wspólnego dobra. Rozumieją, iż tylko działanie w jedności jest ich jedyną szansą na ocalenie. Kiedy wreszcie zostają zmuszeni do walki z tropiącymi ich nazistami, biorą broń do ręki o stają twarzą w twarz z dużo lepiej od nich wyszkolonymi i uzbrojonymi żołnierzami. Wiedzą, że czeka ich śmierć, jednak w ich mentalności dokonała się pewna zmiana. Pokonując w puszczy kolejne etapy ekstremalnego życia, zaczynają zdawać sobie sprawę, iż to, czy zostaną zgładzeni zależy w pewnym stopniu od nich. Zamiast więc przebywać w gettach i czekać na zagładę, wolą uciec do lasu i tam toczyć heroiczną walkę zarówno ze swymi słabościami jak i niemieckim najeźdźcą. Nie znam szczegółów historii braci Bielskich. Trudno mi więc zweryfikować, ile w filmie Edwarda Zwicka znajduje się prawdy historycznej, a ile trudno weryfikowalnych uniwersalnych treści. Jednak dla kogoś, kto troszkę liznął historii, wydarzenia w „Oporze” mogą wydać się uproszczone, schematyczne, by nie powiedzieć lekko bajkowe. Trzeba pamiętać, iż tereny na jakich dzieje się akcja filmu zamieszkiwane były nie tylko przez Polaków i Żydów, lecz także przez ludzi należących do narodowości ukraińskiej i rosyjskiej. Do momentu inwazji niemieckiej tygiel ten może nie był stale w stanie spoczynku, lecz nie dochodziło w nim do kulturowego wrzenia. Niemcy swą bezpardonowością i okrucieństwem wyzwolili w wielu mieszkańcach wszystkie zadawnione waśnie, kłótnie i głęboko skrywaną nienawiść. Jak wiadomo między wszystkimi nacjami zaczęło wrzeć. Mordy i pogromy zaczęły być normą zarówno wśród ludności polsko- jak i rosyjskojęzycznej. Największymi ofiarami stali się Żydzi, którzy nie mogli liczyć na pomoc właściwie nikogo. Zabrakło mi tego w filmie Zwicka. Ale z drugiej strony trudno się dziwić temu, iż „Oprór” nie jest historycznym freskiem klarującym wszystkie niuanse narodowe jakie zachodziły na wschodnich rubieżach ówczesnej Polski. Film ten bowiem przede wszystkim miał zainteresować amerykańską publiczność zarówno przejmującą opowieścią jak również dynamicznym sposobem opowiadania. Wszak gdyby Zwick Altmanowską metodą kilkunastu przecinających się wątków miał pokazać jakieś niezwykle skomplikowane, trudne do odtworzenia zjawisko, mało który z amerykańskich widzów odwiedziłby kino by zobaczyć taki film. A tak mamy dwóch bardzo przystojnych bohaterów, którzy co prawda rywalizują między sobą, lecz w decydującym momencie uświadamiają sobie wagę jedności. Oprócz tego jest bardzo uniwersalna historia o zjednoczonej społeczności, która dzięki wspólnocie i poświęceniu potrafi znieść nawet najcięższe kataklizmy (czyżby miałaby to być metafora amerykańskiego społeczeństwa, które osłabione kryzysem potrzebuje takich obrazków „ku pokrzepieniu serc”?). Akcja toczy się bez większych przestojów, trudno w niej także znaleźć jakiej fabularne czy logiczne lapsusy, które wśród inteligentniejszych odbiorców skreślałyby ten film definitywnie. „Opór” jest więc bardzo sprawnie zrealizowanym i atrakcyjnym filmem, który może i wiele spraw, ważnych dla kilku narodów, bardzo upraszcza, co nie zmieni faktu, iż jego walory historyczne i edukacyjne stanowią wartość samą w sobie. Wystarczy bowiem choćby kilku zainteresowanych tematem, którzy sięgną po literaturę historyczną, by mówić o wielkim sukcesie filmu. A takich, próbujących się dowiedzieć, dlaczego pewne straszne z ludzkiego punktu widzenia wydarzenia miały miejsce, po filmie Zwicka na pewno będzie sporo.
niedziela, 16 sierpnia 2009
Kac Vegas reż. Todd Phillips
![]() Wakacje, słońce, plaża, dalekie wypady, alkohol i imprezy – w czasie przeżywania takich atrakcji człowiek raczej nie myśli o siedzeniu w ciemnym kinie i wpatrywaniu się w ruchome obrazki. Doskonale wiedzą o tym producenci oraz dystrybutorzy i w związku z tym w czasie letnik kanikuł na ekranach rządzi repertuar lekki, łatwy i przyjemny. Ambitny kinoman raczej nie znajdzie nic dla siebie, ale jak niektórzy mawiają „na bezrybiu i rak ryba”. Tym razem chcąc trochę się pośmiać, postanowiłem wybrać się na film Todda Phillipsa „Kac Vegas”. Przyznam się szczerze, iż amerykańskie komedie to raczej nie moja bajka, wolę humor Woodego Allena, Monty Pythona, lubię komedie czeskie, brytyjskie, a ostatnio w niezwykle dobry nastrój wprawił mnie film „Happy-Go-Lucky” Mike’a Leigha. Z jakim nastawieniem poszedłem więc na „Kac Vegas”? Ano z takim, iż zobaczę niegłupią komedyjkę, na której trochę się pośmieję, chociaż raz zostanę zaskoczony jakimś zwrotem akcji, a w chwilę po seansie zapomnę prawie wszystko. Dokładnie taki film dostałem. Czterej mężczyźni wybierają się z Los Angeles do Las Vegas. Trzech z nich czwartemu pragnie właśnie tam urządzić wieczór kawalerski, który przyszły mąż zapamięta do końca życia. Wynajmują totalnie wypasiony apartament, po czym otwierają butelkę wódki i zaczynają imprezę. Następna scena przedstawia pobojowisko w hotelowym apartamencie. Bohaterowie budzą się z potwornym kacem i z trudem dostrzegają, iż popijawa musiała być niesamowita. Wskazuje na to nie tylko ból głowy, zdewastowany apartament i niezliczona ilość opróżnionych butelek. Po pomieszczeniu co i rusz przemyka kura, a w łazience zamknięty jest wielki i bardzo głodny tygrys. Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy trzej kumple odkrywają, iż brakuje najważniejszego członka eskapady, narzeczonego, który następnego dnia ma poślubić piękną kobietę. Sytuacja wydaje się patowa, bowiem ostatnim wspomnieniem jakie nasi bohaterowie zanotowali w swojej pamięci jest pierwszy toast. W „Kac Vegas” bardzo spodobał mi się pomysł z zanikiem pamięci. Bohaterowie, tym razem jeszcze młodzi, ale tkwiący już w rodzinnych, czasami niełatwych i skomplikowanych, zależnościach nie pamiętają nic z ostatnich kilkunastu godzin. Wszystko jednak wskazuje na to, że musieli tu i ówdzie nieźle nabroić. Panowie wykorzystując swoja pomysłowość i spryt zaczynają odkrywać co działo się, kiedy ich umysł tkwił w stanie pomroczności jasnej. Nie trudno się domyśleć, iż nocne wyczyny bohaterów przerastają jakiekolwiek ich wyobrażenie o swawolnym imprezowaniu. Akcja mknie do przodu jak oszalała, jeden gag goni kolejny, zwrotów akcji jest co nie miara, wreszcie bohaterowie wszystkie przeciwności losu pokonują nie siłą fizyczną i wulgarnością, ale przy wykorzystaniu sprytu i poświęcenia – czy można wymagać czegoś więcej od wakacyjnej, niezobowiązującej rozrywki filmowej? Tym bardziej, iż momentami komedia Todda Phillipsa jest naprawdę zabawna. Co prawda niektóre motywy są żywcem wzięte z komedyjek dla gimnazjalistów (rzucanie się prezerwatywami „po przejściach”) albo gloryfikują postacie maksymalnie skompromitowane (Mike Tyson musi być naprawdę w ogromnym dołku finansowym), jednak większość dowcipów utrzymana jest na sensownym, wzbudzającym szczery śmiech poziomie. Polecam tym, którzy mają chętkę przez chwilę się pośmiać, by później w dobrym nastroju kontynuować zabawę podczas wakacyjnego wieczoru.
niedziela, 09 sierpnia 2009
Red reż. Lucky McKee, Trygve Allister Diesen
![]() Żyjąc sobie spokojnie w krajach należących do zachodniego kręgu kulturowego ogólnie rzecz ujmują mamy zaufanie zarówno do instytucji stojących na straży naszego bezpieczeństwa jak i do ludzi, z którymi codziennie się spotykamy i których przypadkowo mijamy na ulicy. Płacimy podatki, aby mieć przekonanie, iż władza ustawodawcza, wykonawcza oraz służby im podległe, robią wszystko, abyśmy nie musieli żyć w ciągłym strachu przez nieobliczalnymi indywiduami. Jak te służby działają, to już inna sprawa. Jednak dla nas, obywateli, wyborców, płatników podatków najważniejsza jest świadomość, iż w razie niebezpieczeństwa w każdej chwili możemy zwrócić się o pomoc. Co zrobić jednak, kiedy w ewidentnie kryminogennej sytuacji nie możemy liczyć na pomoc jakiejkolwiek instytucji, która z racji konstytucyjnych zobowiązań musi nam jej udzielić? W takim położeniu znalazł się Avery Ludlow, starszy, samotny mężczyzna, którego historię poznajemy w momencie, kiedy pewnego dnia postanawia wybrać się z równie starym jak on psem na ryby. Odpoczywając na łonie natury, bohater nagle spostrzega, iż znalazł się w towarzystwie trzech młodocianych opryszków, z których jeden uzbrojony jest w sztucer. Chłopcy drwią z mężczyzny, a nawet próbują go obrabować. Kiedy jednak orientują się, iż Ludlow jest odpory na zaczepki, zabijają jego psa jednym celnym strzałem z bardzo bliskiej odległości. Śmierć psa jest dla bohatera szokiem. Zwierzę bowiem mężczyzna dostał na pięćdziesiąte urodzony od swojej ukochanej, nieżyjącej obecnie żony. Po chwili rozpaczy bohater postanawia działać. Chce, aby chłopcy ponieśli jakieś konsekwencje za swój haniebny czyn. W celu wyjaśnienia całej sytuacji Ludlow wybiera się do ojca mordercy ukochanego zwierzaka, miejscowego potentata, który dorobił się fortuny uczestnicząc w nie do końca legalnych interesach. Mężczyzna okazuje się tępym sukinsynem nie tylko broniącym zawzięcie swoich synów (w zdarzeniu brał również udział brat mordercy), lecz również srodze się oburzającym na to, iż bohater robi jakiś wielki raban z powodu śmieci kundla. Ludlow nic nie wskórawszy w domu zabójców, informuje o czynie policję oraz prokuraturę. Nic to jednak nie daje, bowiem obie instytucje dowiedziawszy się, kto będzie stroną w rozprawie sadowej rezygnują z dochodzenia uzasadniając swoje działania małą szkodliwością społeczną czynu. Co prawda bohater spotyka się z życzliwością i zrozumieniem ze strony swoich przyjaciół, jednak drąży go poczucie bezradności i bezsilności. Nie potrafi zrozumieć, że tak naprawdę życie zwierzęcia dla większości ludzi znaczy tyle samo, ile wyrzucenie pustej puszki po piwie. Kiedy o jego prawie w lokalnej telewizji zostaje wyemitowany krótki reportaż, nagle agresja ze strony rodziny McCormacków staje się jawna. Avery Ludlow zostając właściwie sam na placu boju zaczyna dochodzi sprawiedliwości, a przede wszystkim prawdy, na własną rękę. Niechęć, uprzedzenia i wrogość zamieniają się w nienawiść. Nagle początkowo niedostrzegalna spirala agresji zaczyna nakręcać się do wręcz niespotykanego stanu. Adaptacja powieści Jacka Ketchuma to opowieść u ludzkiej bezsilności, która pod wpływem różnych czynników przerodzić może się w napędzającą do działania wściekłość. Bohater reżyserskiego tandemu Diesen i McKee szukając sprawiedliwości pod wpływem znieczulicy i bezmiaru ludzkiej głupoty staje się istotą, której w pewnym momencie determinacja przysłania rozsądek. Avery Ludlow, weteran drugiej wojny świtowej, z człowieka zrównoważonego, opanowanego i statecznego, staje się kimś, kto dla dowiedzenia swoich racji zrobi absolutnie wszystko. My, jako odbiorcy, od samego początku konfliktu jesteśmy po stronie głównego bohatera, kiedy jednak eskalacja antagonizmu przybiera wręcz absurdalne rozmiary, zaczynamy rozumieć, iż nie ma już strony, która mogłaby siebie nazywać niewinną. Twórcy próbują nas zmusić do dyskusji na temat tego, jak reagować na przemoc. W sposób dość oczywisty sugerują, iż przeciwstawienie się jawnej agresją nic nie daje. Tym samym oskarżenie pada na służby, które powinny nas chronić – policję oraz wymiar sprawiedliwości. Obie instytucje, utrzymywane z pieniędzy podatników, powinny w jak najszerszym wymiarze służyć społeczeństwu. Okazuje się jednak, iż prawo nie jest jednakowe dla wszystkich. Ci, którzy mają zasobniejsze portfele, mogą w nich mieć również oprócz pieniędzy także prawo. Jeszcze bardziej widocznie oskarżenie pada na instytucje polityczne oraz organizacje pozarządowe, które propagują w Stanach Zjednoczonych powszechne prawo do posiadania broni bez zezwolenia. Dla mnie to jest absurd wręcz kosmiczny. Jak bowiem człowiekowi, istocie tak agresywnej, skorej do zabijania z byle powodu, można w świetle prawa dawać zabawki, które umożliwiają eliminację głośnego sąsiada albo staro wyglądającego psa? To tak, jakby dać dwuletniemu dziecku nożyczki i dziwić się, że zrobiło sobie nimi krzywdę. Zupełnie niezrozumiała i kompletnie infantylna jest dla mnie interpretacja pojęcia wolności ujmowana w kontekście posiadania lub nieposiadania broń palnej. Powyższe rozważania mogą sugerować, iż „Red” może być kinem brutalnym, mocnym i pełnym okrucieństwa. Nic bardziej mylnego. Film Diesena i McKee rozgrywa się dość wolno i sennie. Nie jest to kino sensacyjne, raczej dramat, który pod wpływem tragicznego wydarzenia odsłania tragiczne losy starego człowieka. Cała historia bowiem pokazana jest przez pryzmat kogoś, kto w przeszłości przeszedł kataklizm życiowy. Historia z psem spowodowała , iż wszystkie demony z przeszłości wróciły, atakując ze zdwojoną siłą. Film więc pokazany z perspektywy takiego a nie innego bohatera, nie mógł przybrać postaci emocjonującego, nowocześnie nakręconego thrillera. Jednak splot wydarzeń składających się na akację jest przedstawiony tak wiarygodnie, iż film wręcz wbija w fotel ładunkiem emocji. Nie ma w tym nic z filmowej szarlatanerii, dzięki której przy użyciu efektownego montażu, flashbecków i efektów specjalnych mami się dzisiaj widza. „Red” w swojej formie jest odzwierciedleniem osobowości głównego bohatera, który pod powłoką opanowania i rozwagi kryje bogactwo prawdziwych uczuć i emocji silnie naznaczone piętnem ciągle bolącej tragedii z przeszłości. Twórcy w swoim filmie pokazali, iż w życiu bywają pozornie banalne sytuacje konfliktowe, których rozwiązanie może być niezwykle trudne. Jest bowiem w człowieku coś, co nieuchronnie pcha go na wojenną ścieżkę. Drzemie w nas dusza drapieżnika, instynkty, których wytłumienie jest czasami bardzo trudne. Graniczy to z absurdem, ponieważ wielu filozofów czy humanistycznych myślicieli stawia istotę ludzką na piedestale, a tak naprawdę granica między nim, a dzikimi zwierzętami bardzo często bywa iluzoryczna. Zapiekli w udowodnianiu swoich racji, w zdobywaniu pieniędzy czy władzy zdolni jesteśmy do absolutnie każdego czynu. Dlatego widzenie w człowieku jakiejś szczególnej istoty jest, delikatnie mówiąc, bardzo dużym nieporozumieniem.
czwartek, 30 lipca 2009
Rocky Balboa reż Sylvester Stallone
![]() Ktoś zapyta, po co oglądać kolejną odsłonę perypetii faceta, który się pięściom nie kłaniał. Wszak Stallone i jego postacie Rocky’ego i Johna Rambo w wielu kręgach uchodzą za synonim złych filmów epatujących bezsensowną przemocą i propagujących kino z prymitywnym scenariuszem. Może i tak, a może wcale nie. Ja wychowałem się na filmach ze Sylwestrem, na samym początku lat 90-tych, w pięknej erze odtwarzaczy video, postacie odgrywane przez Stallone znał każdy, a w szkole każdy ruch Rambo był gorąco dyskutowany. Kiedy więc aktor ostatnimi czasy postanowił przypomnieć publiczności kultowe kreacje, jakoś ciężko było ominąć filmy „John Rambo” i „Rocky Balboa”. Najpierw obejrzałem sobie „Rambo” i wręcz ze zdziwieniem stwierdziłem, iż Stallone zrobił świetny film akcji. Tylko tyle i aż tyle. Jak wyszło mu kolejny „romans” z Rockym? Mówiąc najkrócej, Stallone zrobił całkiem dobrze oglądający się film o przemijaniu człowieka, który kiedyś był na ustach całej Ameryki. Teraz Rocky Balboa przywdziawszy czerwoną, trochę śmieszną, marynarkę prowadzi niewielką restauracyjkę z włoskim jedzeniem. Okazuje się to niełatwym zajęciem, bohater poświęca mu cały swój czas. Bardzo tęskni za bliskimi, bowiem w chwili obecnej żyje zupełnie sam. Jeśli tylko może, wybiera się na cmentarz, by przy grobie swoje zmarłej żony wspominać dawne, szczęśliwe czasy. Rocky nie potrafi znaleźć także wspólnego języka z synem, który dostawszy pracę w wielkiej korporacji całkowicie poddaje się narzuconemu przez nią stylowi życia. Wszystko to trapi boksera, nie pozwala mu żyć w spokoju, nie daje poczucia spełnienia i bezpieczeństwa. Samotność, coraz mocniej dająca o sobie znać starość, wreszcie kierat tych samych, stale powtarzanych czynności rodzi w Rockym bunt. Budzi się w nim jego prawdziwa natura - boksera, walczaka, wojownika. Opowiadanie przypadkowym gościom restauracji o czasach dawnej świetności zaczyna go irytować, bowiem gdzieś rodzi się w nim chęć stoczenia jeszcze jednego, tym razem ostatniego pojedynku na ringu. Ma być ona prawdziwym egzorcyzmem wyzwalającym od wszystkich namiętności, które pchają go na ring. Film budzi szacunek przede wszystkim dlatego, iż nie ma w nim za grosz patosu. Jest prostą historią, dobrze opowiedzianą i porządnie sfotografowaną. Bez problemu wierzy w nowego Rocky’ego, który po latach mordobicia na ringu, szumu medialnego i bycia gwiazdą teraz próbuje być normalnym człowiekiem, który w okularach na nosie szuka po bazarach najlepszych towarów do swojej restauracji. Z drugiej trony nie chce być szarym człowiekiem przez resztę życia machinalnie wykonującym te same czynności. Gdzieś głęboko w nim tkwi konflikt polegający na starciu się ze sobą wojownika z rozsądkiem podpowiadającym mu, iż powinien znaleźć sobie kobietę oraz spróbować naprawić kontakty z synem. Jak nietrudno się domyślić, finałem filmu jest walka bokserska, bardzo ciężka i wielorundowa, która na Rocky’m Balboa wywrze kolosalne wrażenie. Wcześniej jednak będzie musiał przejść morderczy trening, samotnie, co najwyżej przy wsparciu najbliższych mu osób. Oczywiście Rocky’emu przed walką udaje się pogodzić zarówno z synem jak dojść do porozumienia z kobietą, która odkrywa w nim zdolność do bycia odpowiedzialnym za drugiego człowieka. Wszystko to jednak poszło zbyt gładko i nie bardzo pasuje do wcześniejszych perypetii bohatera, które dość mocno dały mu się we znaki. Miałem wrażenie jakby Stallone bardzo, ale to bardzo chce wrócić do schematów poprzednich części, w których najważniejsze były nie sens, a chwytanie za gardło tanimi, sentymentalnymi sztuczkami. Niestety, Stallone nie ustrzegł się ich. Podczas walki, którą jak zwykle do pewnego momentu przegrywa z kretesem, nagle przypominają mu się wszystkie piękne chwile z przeszłości, dzięki którym wstaje na ring i zaczyna walkę od nowa bijąc w ostatniej rundzie przeciwnika. Jest też w filie Stallone zbyt dużo dialogów, jakby nie ufał swoim zdolnościom aktorskim i chciał zbyt dużo wytłumaczyć słowem. Film robi się wtedy przegadany i nazbyt ckliwy. Zdecydowanie najlepszymi fragmentami są te, kiedy Balboa chodzi po pustych, zapuszczonych i trochę niebezpiecznych ulicach Filadelfii. Gdzieś wtedy bez słów wychodzi podobieństwo między stanem duszy bohatera, a miejscem, po którym się porusza. Widać, że Stallone potrafi zrobić film jeśli jest sam sobie sterem i okrętem. Potrafi napisać niezły scenariusz oraz wyreżyserować film tak, aby dało się go oglądać. Co najważniejsze, ma także świadomość tworzywa jakim się posługuje. „John Rambo” nie został zrobiony do końca na serio, gdzieś w nim jest delikatna gra konwencją. Ale z drugiej strony Stallone zrobił porządne kino akcji bez zbędnych dialogów oraz pokazywania światu, iż rzeczywistość nie składa się tylko z bieli i czerni. „Rocky Balboa” to niezły film o przemijaniu, o chwilach, w których samotność zaczyna być przeciwnikiem o wiele wymagającym, niż największy twardziel na ringu. Wreszcie Stallone opowiada historie o jednostce wyjątkowej, która nie potrafi cały czas siedzieć w jednym miejscu. Balboa to typowy bohater z amerykańskiego mitu, który pomimo wszelakich przeciwieństw ciągle dąży ku nowym wyzwaniom. Gdybym mógł poradzić coś panu Stallone, to powiedziałbym, aby na tych dwóch filmach zakończył opowieści o Rambo i Rockym. Dobrze więc byłyby zejść z reżyserskiego ringu „Rocky i Rambo” mając za sobą tak dobre odstanie odsłony tychże walk.
środa, 22 lipca 2009
Tunnel Rats reż. Uwe Boll
![]() Uwe Boll, reżyser wielu idiotycznych horrorów, porównuje się do Eda Wooda, którego pół żartem, pół serio uważa się za najgorszego twórcę filmowego w historii kina. Po Internecie krążą nawet petycje mające na celu wywrzeć presję na Bollu, aby ten przestał już kręcić filmy. Nie będę w tej materii zabierał głosu, ponieważ pierwszym filmem Niemca z jakim się zapoznałem, to „1968 Tunnel Rats”. I musze przyznać, iż nie żałuję ani jednej minuty spędzonej na seansie tego obrazu. „1968 Tunnel Rats” to historia specjalnego oddziału wojska amerykańskiego, którego zadaniem było likwidowanie żołnierzy Vietcongu przemieszczających się podziemnymi tunelami. W filmie Bolla poznajemy jedną z takich formacji złożonych przede wszystkim z niedoświadczonych amerykańskich żołnierzy, którzy podczas rutynowego patrolu trafiają na wietnamski opór. Rozpoczyna się mordercza walka prowadzona zarówno w leśnych ostępach jak również w ciasnych, dusznych i najeżonych pułapkami tunelach wydrążonych przez bojowników komunistycznej partyzantki. Uwe Boll zbudował swój film na znanym i po wielokroć wykorzystywanym schemacie. Nowi żołnierze przybywają na teren walki. Poznajemy ich nazwiska, nawyki, przyzwyczajenia, upodobania, wady i zalety. Twórcy przedstawiają nam po prostu zwyczajnych ludzi, którzy za chwilę stawią czoła ekstremalnej sytuacji. Następnie oddział wybiera się na akcję, której celem będzie zbadanie jakiegoś odcinka sieci tuneli i zlikwidowanie potencjalnego zagrożenia, czyli żołnierzy i sprzymierzeńców wroga. W tym samym czasie Vietcong rozpoczyna ofensywę, która doprowadzić ma do zlikwidowania bazy wypadowej amerykańskich żołnierzy. Pomimo schematyczności film Bolla ogląda się naprawdę z dużym zainteresowaniem. Najbardziej przekonywujące są te fragmenty, które dzieją się w bardzo wąskich tunelach. Realizm tych scen wręcz przytłacza odbiorcę. Dla żołnierzy amerykańskich czołganie się wśród rozstawionych pułapek i stale czyhających na nich wietnamskich wrogów jest prawdziwym piekłem. Boll nie potrafi psychologizować, nie bawi się więc w niuanse ludzkich odczuć jakie mogą zostają wyzwalane w człowieku podczas walki na śmierć i życie. Może dlatego jego postacie nie są szczytem wyrafinowania. Filmem „1968 Tunnel Rats” udowodnił jednak, że potrafi zrobić profesjonalne, męskie kino, które momentami ogląda się z zapartym tchem. I jeszcze jedna rzecz zwróciła moją uwagę. Boll nie staje po żadnej ze stron konfliktu. Pokazuje wojnę jako totalny upadek ludzkiej moralności. Nawet nie próbuje przekonywać do ideologii, jaką karmili swoich żołnierzy zarówno amerykańscy sztabowcy jak i propagandziści z Vietcongu. Reżyser uważa walkę z komunizmem jak i z amerykańskim imperializmem za skończoną głupotę, jeśli żołnierze znajdujący się po obu stronach konfliktu muszą niczym insekty wędrować po w brudnych, ciasnych tunelach wyniszczając się wzajemnie. Przedstawia ludzkość z jej wartościami i ideami jako potwory gotowe zorganizować innym piekło, byle tylko postawić na swoim. Niektórych utwierdził w przekonaniu, a innych uświadomił, że w swej istocie wojny wywołują drzemiącą w większości ludzi bestię zdolną do każdego czynu. Jeśli ktoś nie wierzy, iż ten Uwe Boll, chyba najbardziej pogardzany reżyser ostatnich lat, potrafi zrobić naprawdę solidne kino, niech poświęci czas na obejrzenie „1968 Tunnel Rats”.
środa, 15 lipca 2009
Slumdog. Milioner z ulicy reż. Danny Boyle
![]() 8 statuetek Oskara, 4 Złote Globy, 7 prestiżowych nagród BAFTA oraz Złota Żaba dla Anthony’ego Dod Mantle – to najważniejsze nagrody jak ostatnio zdobył „Slumdog. Miloner z ulicy” Danny’ego Boyle’a. Oczywiste jest, że nagrody wcale nie muszą być miernikiem wartości artystycznej danego filmu. Jednak jeśli dzieło zdobywa tyle ważnych wyróżnień, warto zainteresować się jego fenomenem. Tym bardziej, iż jego twórcą jest Danny Boyle, reżyser, którego dokonania artystyczne sytuują go wśród ludzi kina stale poszukujących czegoś nowego w sztuce. Każdy film Brytyjczyka jest jakby wkroczeniem do nowej, twórczej krainy, w której co prawda wielu zmagało się z filmową materią, jednak on starał się znaleźć w niej coś nowego. Dowodem na to mogą być chociażby filmy fantastyczne - „28 dni później” i „W stronę słońca”. No ale bezsprzecznie najbardziej znanym jego filmem stał się ostatni, „Slumdog. Milioner z ulicy” Film rozgrywa się na trzech planach narracyjnych. Pierwszym z nich, spajającym dwa pozostałe, jest udział głównego bohatera, Jamala K. Malika, w indyjskiej wersji teleturnieju Milionerzy. Całe Indie ogarnia teleturniejowa gorączka, ponieważ chłopak, służący w jednej z firm zajmującej się telemarketingiem, jaki pierwszy dostaje możliwość odpowiedzi na ostatnie, będące bramą do ogromnej fortuny pytanie. W międzyczasie widzimy, iż główny bohater jest przesłuchiwany przez policję, która podejrzewa go o jakieś oszustwa związane z odpowiedziami w Milionerach. Funkcjonariusze nie mogą uwierzyć, iż tak mało ważny, młody człowiek może posiadać niezbędną wiedzę w zdobyciu ogromnej ilości pieniędzy. Historia opowiedziana policjantom podczas przesłuchania jest najważniejszą częścią filmu. To z niej dowiadujemy się, iż Jamal wraz z bratem Salimem w wieku kilku lat zostali sierotami bez matki i domu z powodu waśni na tle religijnym między wyznawcami hinduizmu a muzułmanami. Dalej musieli radzić sobie sami, narażając się na największe niebezpieczeństwa, z głodem, chorobami i bezwzględnymi gangsterami na czele. Oczami Jamala i Salima poznajemy Indie, zupełnie inne niż te, pokazywane dotąd przez filmy made in Bollywood. Ze „Slamdog” wynika, iż jest to kraj gigantycznych kontrastów, w których straszliwa bieda dosłownie graniczmy z niewyobrażalnych bogactwem. Z jednej strony Hindusi żyją w przypominających lepianki slumsach, z drugiej zaś w pięknych dzielnicach niczym nie ustępujących w swym przepychu najbogatszym częściom świata zachodniego. Zagraniczni turyści przyjeżdżający do Indii poznają tylko tę jasną stronę kraju z Tadź Mahal na czele. Nasi bohaterowie jednak nie zrażają się żadnymi trudnościami. Wszak doskonale znają warunki w jakich dane jest im żyć. Zarabiają na życie kradnąc i oszukując, jednak oprócz tego doświadczają także ciężkiej pracy, z której tak naprawdę korzystają gangsterzy zapewniający hinduskim dzieciakom jako takie bezpieczeństwo. Dojrzewając, bracia wybierają dwie drogi życiowe. Starszego, Salima, interesuje przede wszystkim bogactwo. To pieniądze według niego czynią człowieka ważnym i godnym szacunku. Sposób dojścia do tych pieniędzy nie ma żadnego znaczenia. Chłopak dość szybko dostaje się do gangsterskiej organizacji i dzięki bezwzględności z łatwością przeskakuje kolejne szczeble awansu w przestępczym światku. Jamal chce żyć zupełnie inaczej. Dla niego uczciwość jest najważniejszą wartością w życiu człowieka. Kocha brata, ale zupełnie nie akceptuje jego drogi. Młodszy z braci pragnie pracować, a przede wszystkim być z Latiką, swoją ukochaną poznaną jeszcze w dzieciństwie. W trakcie oglądania najnowszej produkcji Boyle’a stale myślałem, na czym polega fenomen, prawdziwa magia kina. Nie będę ukrywał bowiem, iż przez cały czas siedziałem zafascynowany tym, co widziałem na ekranie. Momentami obraz był tak sugestywny, że z wrażenia uśmiechałem się do siebie czując ogromna satysfakcję z oglądania filmu. Czy nie na tym właśnie polega magia kina? Człowiek siedzi przed ekranem i całkowicie, bez reszty, można rzec, bez opamiętania, ogarnięty jest atmosferą opowieści. Dopiero po seansie zaczyna rozmyślać o niuansach obejrzanej produkcji, scenariuszu, motywacjach bohaterów, realizmie, prawdopodobieństwie czy ewentualnych wpadkach i niedociągnięciach. O czym jest „Slumdog”? To historia wręcz banalna, bo opowiada o „dzieciaku z ludu”, który dzięki wytrwałości, konsekwencji w dążeniu do celu oraz odrobinie szczęścia osiąga oszałamiający sukces. Oprócz tego chłopak jest wierny swojej ukochanej, kocha ją najpiękniejszą, bo szczerą i bezinteresowną miłością. Nie pragnie odnieść łatwej życiowej promocji. Wie doskonale, iż aby osiągnąć w życiu coś trwałego, trzeba na to zapracować. Jedyną nowością w tym filmie to osadzenie jego akcji w Indiach, państwie kontrastów, sprzeczności, absurdów i niepojętej wręcz walki tradycji z nowoczesnością. A jednak pomimo trywialności film ogląda się z zapartym tchem. Na jego niesamowity wyraz artystyczny składają się przede wszystkim rozwiązania audiowizualne. Jak zwykle u Boyle’a, film zadziwia swa różnorodnością. Niesamowita dynamika zdjęć, ich uroda, barwa, kompozycja idealnie oddają złożoność i wielobarwność Indii. Każdy kadr naładowany jest wręcz energią, jakby kamera nie tyle była sterowana przez człowieka, co żyła własnym życiem, ściśle związanym z działaniami bohaterów. Dynamizm podkreślony jest dodatkowo niesamowitym montażem oraz kapitalnymi zmianami perspektywy, dzięki czemu oglądany obraz nabiera wieloznaczności. Ogląda się to niczym trójwymiarowe puzzle, które dopiero po jakimś czasie składają się w wyobraźni sensowną i zachwycającą swą głębią całość. Każdemu ujęciu i sekwencji towarzyszą idealnie wkomponowane dźwięki i efekty muzyczne. Nie ma kadru, któremu nie towarzyszyłaby specjalnie skomponowana i perfekcyjna podkreślająca go nuta. Dzięki temu cały obraz wręcz pulsuje ogromną żywotnością, która rodzi skojarzenia z wieloma doniesieniami o niezwykle szybkim rozwoju współczesnych Indii aspirujących do grona najbogatszych mocarstw na kuli ziemskiej. Najważniejszą jednak informacją o filmie Boyle’a jest to, iż „Slumdog. Milioner z ulicy” wszystkimi swymi rozwiązaniami fabularnymi przypomina bajkę z happy endem. A jak wiadomo, twórcy bajek zawsze będą na rzecz atrakcyjności i wyrazistości przekazu rezygnować z wiarygodnej wizji świata przedstawionego. Bajkowa rzeczywistość musi być uproszczona, by szczegóły i drobiazgi nie przysłaniały siły morału. A jaki morał płynie z filmy Brytyjczyka? Ano taki, jaki wypływa z większości bajek – zawsze trzeba być sobą, żyć zgodnie z pewnymi wartościami moralnymi i przede wszystkim kierować się w życiu miłością. Jeśli ktoś nie zaakceptuje konwencji jaką posłużył się Boyle, film wyda mu się wręcz dziecinny. Mam jednak nadzieję, iż znajdą się widzowie, którzy w kinie poszukują przede wszystkim świetnie opowiedzianych historii. A w tym reżyser „Trainspotting” jest dobry jak mało kto.
środa, 08 lipca 2009
Lwica reż. Pablo Trapero
![]() Często filmy proste, pozbawione komputerowej wirtuozerii, skomplikowanej formy czy silenia się na symboliczność najbliższe są przedstawienia współczesnego życia, z drugiej zaś strony ich prostota staje się tylko punktem wyjścia do rozważań, których temat może już być o wiele bardziej złożony. Niesamowite są filmy fabularne zrobione w stylu dokumentalnym, jakby kamera nie robiła nic więcej jak tylko podążała za bohaterem/bohaterami i rejestrowała jego/ich wszystkie kroki. Kiedyś próbowała to robić DOGMA, ale buńczuczna postawa założycieli i kontynuatorów ruchu była zbyt ostentacyjna. W formie quasi dokumentalnej doskonale znajdują się bracia Dardenne, twórcy takich filmowych rewelacji jak „Rosetta”, „Dziecko” czy „Milczenie Lorny”. Ich filmy pozbawione jakichkolwiek fajerwerków, efektów specjalnych, nawet muzyki jako pewnego rodzaju deformacji rzeczywistości, doskonale i niezwykle realistycznie pokazują życie zwykłych, pozornie niczym nie wyróżniających się ludzi. Jednak Belgowie w tego typu postaciach widzą nas, wszystkich tych, którzy w pocie czoła, często popełniając błędy, próbujemy na tym świecie znaleźć skrawek szczęścia. Główną bohaterkę filmu „Lwica” Pablo Trapero poznajemy w momencie, kiedy zostaje aresztowana i oskarżona o zabicie mężczyzny we własnym domu. Nie wiemy, czy rzeczywiście dokonała zabójstwa. Sąd rozważając historie Julii oraz drugiego oskarżonego, jej chłopaka Ramiro, daje wiarę mężczyźnie. Dziewczyna zostaje skazana na wieloletnie więzienie. Ta sytuacja oznacza dla niej katastrofę, ponieważ w więzieniu rodzi syna, który staje się najcenniejszym skarbem bohaterki. Początkowo nie potraciwszy znaleźć się w rzeczywistości więziennej, po urodzeniu syna zaczyna odnajdywać sens w najprostszych czynnościach. Wie, że istnieje tylko dla niego, rozumie także , iż funkcjonuje tylko dzięki niemu. Prawo jednak stanowi, iż za kratami dziecko może przebywać z matką tylko do czwartego roku życia. W wypadu Julii oznacza to, iż Tomas zostanie jej zabrany na wiele lat. Życie z dzieckiem w więzieniu jest niezwykle trudne. Osoba dorosła radzi sobie z własnymi problemami dzięki świadomości, że kiedyś z miejsca odosobnienia wyjdzie. Strach o dziecko pozostaje ogromny. Nie wiadomo bowiem czy dziecko przyzwyczajone do widoku krat, będzie umiało dostosować się do warunków panujących na wolności. Jednak Julia nie załamuje się, nie poddaje się stagnacji jak niektóre kobiety na jej oddziale. Opiekuje się synem i robi wszystko, aby być najlepszą matką. Sytuacja się komplikuje się, kiedy w więzieniu pojawia się matka Julii. Widząc pięknego i zdrowego Tomasa kobieta pragnie zabrać dziecko córce, która na procesie zostaje uznana winną morderstwa i skazana na wieloletnie więzienie. Wreszcie pod pretekstem udania się do specjalisty, Sofia zabiera Tomasa Julii. Więźniarka dopiero po jakimś czasie uświadamia sobie swój błąd. Okazuje się, że Tomas był dla niej prawdziwą tarczą przed niszczącą brutalnością więziennej egzystencji, jedyną wartością, dla której warto było żyć. Julia zostaje więc zmuszona przez okoliczności do podjęcia bardzo drastycznego kroku. „Lwica” to film o przemianie, o dojrzewaniu, które wcale nie musi przyjść wraz z osiągnięciem pełnoletniości. Nie wiemy kim jest główna bohaterka, ani jakie życie prowadziła przed tajemniczym morderstwem w jej domu. Mając na uwadze kilka poszlak – styl ubierania się, dwaj mężczyźni w jej domu, Ramiro, jej chłopak nie należący do rozsądnych ani odpowiedzialnych mężczyzn, ciąża, o której nikt nie wie – można domniemywać, iż dziewczyna dotąd nie prowadziła życia spokojnego i bezpiecznego. I nagle wydarza się tragedia, która przekreśla całe jej dotychczasowe życie. Więzienie staje się miejscem, w którym Julia musi sama podejmować decyzje. Początkowo nie chce tego, w akcie rozpaczy bije z całych sił w brzuch, jakby nie chciała brać odpowiedzialności zarówno za siebie jak i za dziecko. Po urodzeniu Tomasa wszystko się zmienia. Julia zostaje matką, prawdziwą, kochającą, pragnącą jedynie szczęścia dla dziecka. Paradoksalnie dzięki więzieniu i swojemu małemu synowi staje się lepszą, dojrzalszą osoba. Film Pablo Trapero traktuje też o życiu, którym bardzo często rządzi chaos, a ludzkie żądanie od niego sprawiedliwości często oznacza naiwność i niedojrzałość. Julia w więzieniu początkowo zachowuje się jak dziecko. Buntuje się przeciwko zaistniałej sytuacji. Nie chce dostosować się do warunków panujących na oddziale kobiecym, nie chce rozmawiać z żadnym z przysłanych do niej adwokatów. Jej bunt, arogancja i próba izolacji czyni z niej zszokowaną sytuacją nastolatkę. Dopiero pod wpływem nowonarodzonego dziecka jej osobowość przechodzi metamorfozę, z myślącej tylko o sobie egoistki przeradza się w matkę, dojrzałą kobietę, która odpowiedzialna jest za małą, kruchą i potrzebującą jej stałej opieki istotę. O dziwo, Julia zdaje ten egzamin celująco. Co więc się stało, że dotąd dorosła kobieta bardziej przypominana rozkapryszonego gówniarza? Zapewne wina leży po stronie rodziców. O ojcu Julii nie dowiadujemy się niczego, zaś matkę poznajemy w momencie, kiedy bohaterka została skazana. Przyjechała z Francji, gdzie na stałe mieszkała, kiedy tylko dowiedziała się, że jej córka jest w ciąży. Może w tej płaszczyźnie filmu tkwi morał, traktujący o tym, iż młody człowiek musi mieć oparcie na kimś dojrzalszym i lepiej rozumiejącym świat? Ale, czy matka Julii, osoba wydawałoby się obyta ze światem, zasługuje na takie miano? Największą zaletą filmu argentyńskiego reżysera jest obiektywizm w pokazywaniu poczynań głównej bohaterki. Twórcy nie narzucają nam swojej oceny Julii. Rejestrują jej zachowanie, starają się jak najbardziej uwiarygodnić jej sytuację. To do nas należy ułożenie całej układanki dotyczącej życia dziewczyny. My mamy ją skazać albo uniewinnić, oczywiście tylko w naszych oczach. Wreszcie patrząc na jej ostatni, desperacki krok możemy zadać sobie pytanie, na jakie poświęcenie bylibyśmy zdolni wobec własnego dziecka. Akcja filmu Trapero dzieje się w Ameryce Południowej. Ktoś mógłby powiedzieć, iż zarówno proces sądowy jak i miejsce, w którym zamknięte kobiety muszą wychowywać dzieci urąga cywilizacyjnym podstawom współczesnego świata. Widać, że jest on zdominowany przez mężczyzn, którzy decydują właściwie o wszystkim. Ale czy inaczej jest w Polsce? Warto zapoznać się z historiami kobiet odsiadujących wyroki w Zakładzie Karnym w Grudziądzu. Wiele z nich zamkniętych jest za zabicie albo skrzywdzenie mężczyzn, z którymi żyły. Ich czyny oceniane i osądzane są z całą surowością kodeksu karnego. Nikt jednak z ludzi decydujących o ich losie nie uwzględnia, jaką gehennę przeżyły z kimś, przed kim w akcie desperacji musiały się bronić. |