Zakładki:
Dobre strony filmowe
Godne polecenia blogi filmowe
Lista recenzowanych filmów
Najlepsze strony niefilmowe
RSS
wtorek, 11 stycznia 2011
Seriale
Zamiast filmów coraz bardziej zaczynają wciągać mnie seriale. Oczywiście nie mam tu na myśli popularnych klanów, ojców z sandomierza czy ci jak cichopek. Okazuje się, iż Amerykanie potrafią nakręcić krótszego lub dłuższego tasiemca, od którego z różnych względów naprawdę, naprawdę i po trzykroć naprawdę trudno jest oderwać uwagę. Kilka lat temu pasjonowałem się „Skazanym na śmierć”. Serial miał mnóstwo wad, ale nakręcony był fenomenalnie, zaś niektóre postacie to majstersztyki. Później zarywało się noce oglądając „Rzym”. Rewelacja do kwadratu. Wreszcie przyszedł czas na najlepszy serial, jaki dotąd widziałem, mianowicie „Mad Men”. Tak precyzyjnie i misternie wykreowanego filmowego świata przedstawionego tylko ze świecą szukać. Kilka dni temu skończyłem oglądać drugi sezon „Układów”. Genialny scenariusz, wzorowo dawkowane napięcie i Glenn Close  o tysiącu twarzy. W międzyczasie zaliczyłem jeszcze jeden sezon „Deadwood”, niesamowity western, oraz „Battlestar Galactica”, space opera, która jednak nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia (to dziwne, bo uwielbiam kino science-fiction).

Co teraz? Jestem po obejrzeniu sześciu odcinków „Spartakusa” („Spartacus: Blood and Sand”). Jak na razie świetny rozrywkowy serialik – akcja mknie do przodu, zdecydowanie bardziej fantasy niż historyczny, mnóstwo walk i jeszcze więcej seksu, wszystko w konwencji komiksowej znanej choćby z „300”. Momentami dynamika wręcz powala, kapitalnie również montowane są poszczególne epizody. Co ważne, serial z odcinka na odcinek jest coraz lepszy. Aż strach myśleć, co będzie dalej. Jedynie co mnie irytuje, to nagminne stosowanie efektów slow motion. Zdaję sobie sprawę, że chodzi o wywołanie szoku i podkręcenie emocji jaką dana scena z sobą niesie. Dla mnie to zawsze jednak był i jest prymitywny trik dla idiotów. Daję jednak serialowi szansę i ciekawy jestem, jak jego akcja dalej się potoczy.

Szczególnie polecam nową recenzję na collculture. Tym razem opisałem klasykę kina wojennego - wstrząsający i szokujący "Idź i patrz" Elema Klimowa. http://www.coolculture.pl/index.php/kino/61-id-i-patrz-1985-re-elem-klimow-.html

piątek, 07 stycznia 2011
„Mgła”, nekrofile i tuskoidy
I obejrzałem to powstałe naprędce filmidło. Jakoś nie mogłem się powstrzymać. Za stary jestem już na to, abym cokolwiek z tak grubymi nićmi szytej farsy łyknął nawet najdrobniejszy szczegół. I to nie dlatego, że przedstawia nielubiany przeze mnie obóz polityczny. Do Kaczyńskich oraz ich świty potakiwaczy i przytakiwaczy czuję taką samą niechęć jak ceniących sobie władzę ponad wszystko tuskoidów. W dupie mam poglądy polityczne zarówno jednych jak i drugich. Bez choroby zwanej ideologią oraz wirusa politykierstwa mogę spokojnie spojrzeć na to „dokumentalne” dziełko.

Ja rozumiem, iż można robić panegiryk na czyjąś cześć. I gdyby Lichocka & Dłużewska zrobiły film pt. „Lecz Kaczyński wielkim prezydentem był” wszystko byłoby ok, bo taki film ma prawo zrobić każdy. Co więcej, obraz taki miałby prawo spodobać się rzeszy ludziom. To samo można by było powiedzieć o obrazie chwalącym lojalność, oddanie i patriotyzm ludzi związanych z kancelarią prezydenta Kaczyńskiego. I nie byłby nic złego w stawianiu ich w roli autorytetów. Wreszcie nic zdrożnego nie byłoby w stawianiu tezy, iż po wydarzeniach smoleńskich w Polakach dokonała się moralna metamorfoza, naród zjednoczył się, by po raz kolejny przeżyć „wielkie, duchowe rekolekcje” (teza baaaaardzo kontrowersyjna i właściwie nie do udowodnienia).

Ale rzecz w tym, iż „Mgła” nie jest czołobitnym oddaniem czci człowiekowi, formacji czy ludzkim takim czy innym emocjom. Rzecz w tym, iż pod płaszczykiem tragedii próbuje się sprzedać tezę, jakoby rządząca formacja z PO przygotowała spisek, który miał na celu wyeliminowanie wielkiego męża stanu, który mógł stanąć niczym ość w gardle wielkiemu europejskiemu sprzysiężeniu mającemu zdławić polskie aspiracje niepodległościowe. Sugeruje się jakoby jeden już sprzedał Polskę Niemcom (dziadek już ku temu położył podwaliny w przeszłości), drugi zaś w roli „panny bez posagu” zrobi wszystko, co każe mu Putin. I cóż, przez takie postawienie sprawy dla Kaczyńskiego i PiSu jakiekolwiek dochodzenia i śledztwa nie mają sensu. Przyczyny wyjaśnione, sprawcy ustaleni.

Jaki z tego morał? Ano taki, że jeśli ktoś robi tubę nawet szui (uogólniam), ale robi to, bo z jakichś kosmicznych pobudek ceni tę szuję (casus Olivera Stone’a i Fidela Castro), można to zaakceptować. Jeśli jednak wykorzystuje się pamięć o ludzi zmarłych, po to, by pod pozorem wynoszenia ich na piedestał grać w tanie gierki polityczne (zbliżająca się kampania wyborcza), to jest to już polityczna nekrofilia.     

Ps. W 1933 roku Leni Riefenstahl wyreżyserowała głośny film „Triumf woli”. Zaraz po premierze autorka zarzekała się, iż jej obraz jest niczym innym, jak filmem dokumentalnym. Jak dzisiaj owe dzieło jest klasyfikowane i oceniane? 

Ps. Z rzeczy wartościowych polecam kliknąć na coolcultura. Tam zawsze jest coś nowego http://www.coolculture.pl/index.php/kino/60-nowy-rok-na-horror-online.html
środa, 05 stycznia 2011
Najlepsze
Początek roku to czas podsumowań tego, który właśnie minął. Niektórzy kinomani ulegają pokusie klasyfikacji, oceniania i tworzenia list. Ja nie będę tego robił, bo jest to ciężka, a po drugie nie obejrzałem wszystkich znaczący filmów mających swoją premierę w 2010 roku. Za to co roku bardzo uważnie wczytuję się w spis najlepszych filmów zaproponowanych przez redaktorów miesięcznika KINO. Zawsze jest to bardzo ciekawa, choć poniekąd kontrowersyjna, propozycja „the best of”. Zapraszam więc na strony coolculture, by zapoznać się z tym, co krytycy i studenci filmoznawstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego uznali za najlepsze w roku 2010 http://www.coolculture.pl/index.php/artykuy/59-krytycy-vs-studenci.html
wtorek, 04 stycznia 2011
Gówno i spokój
Nie ma to jak po całym dniu głupot, idiotyzmów i stykania się z wkurwiającą absurdalnością ludzkiego zachowania włączyć sobie dobrą muzyką i usiąść z dobrą książką. Moment i szlam codzienności gdzieś znika. Można odetchnąć i przygotować się na kolejną jego porcję. Żadną miarą jest to marudzenie. Po prostu czasami tak jest, iż kontakt z drugim człowiekiem nie należy do przyjemności i ów dyskomfort trzeba jakoś odreagować. Jak dla mnie lektura jest chyba najlepszym sposobem odseparowania się od negatywnym emocji.

Skończyłem czytać „Siewcę Wiatru” Mai Lidii Kossakowskiej. To piąta powieść Kossakowskiej, która zawitała pod moją strzechę. I jak na razie jest 4:1 autorki. Tylko „Burzowe kocie” z „Upiora Południa” niespecjalnie podbiło mój gust. Za niedługo na coolculture pojawi się tekst o „Siewcy Wiatru”.

Kończę już lekturę publikacji „Dekada Gierka” wydanej przez POLITYKĘ. O absurdach kraju nadwiślańskiego rządzonego przez tego moskiewskiego aparatczyka można by tomy pisać. Polecam jednak szczególnie to wydawnictwo, bo zamiast suchych faktów rodem z uniwersyteckiego opracowania dostajemy 29 świetnie napisanych artykułów nie tylko będących kopalnią wiedzy, lecz także świetnie oddających atmosferę tamtych czasów. Szczerze polecam.

Z „polecanek” mam jeszcze dwie rzeczy. Pierwsza to znajdująca się na coolculture recenzja filmu „Parnassus” Terryego Gilliama, http://www.coolculture.pl/index.php/kino/58-parnassus-2009-re-terry-gilliam-.html, druga zaś to zaproszenie na strony bardzo ciekawego, a przede wszystkim rzetelnego bloga poświęconego literaturze http://jareckr.blox.pl/html/
środa, 29 grudnia 2010
Zdziś i Zwczoraj

Okres świąteczno-noworoczny to fajna rzecz. Nie tylko można zaspokoić swoje zwierzęce potrzeby – żarcie, spanie i jakiś przyzwoity ochlaj – lecz także można popracować nad swoją duszyczką. Późnym wieczorem i w nocy cisza, więc książki same się czytają, a filmy oglądają.

Co zostało ostatnio obejrzane? „Wall Street: Money Never Sleeps” Stone’a, „The Social Network” Finchera oraz „The Last Exorcism” Daniela Stamma. Pierwszy z nich to zdecydowane rozczarowanie. Niezły film, ale Stone’owi z lewicującego reżysera zaczyna robić się stary lewak. Finchera film określić można tylko jednym mianem – rewelacja! Świetny film, świetnie nakręcony, rewelacyjnie się ogląda pomimo tego, iż opowiada o niezbyt przyjemnym kolesiu. Wreszcie całkiem przyzwoity horror zrobiony w konwencji quasi dokumentu. Nieźle zagrany, całkiem przyzwoicie nakręcony i, pomimo wtórności względem „Blair Witch Project”, nieprzewidywalny.

Z książeczek dwie ciekawostki, jak najbardziej warte zainteresowania – „Siewca Wiatru” Marii Lidii Kossakowskiej oraz „Egzekutor” Stefana Dąmbskiego. Żona Jarosława Grzędowicza stworzyła niesamowicie plastyczne i sugestywne uniwersum zaświatów, w których władzę dzierżą anioły, te „dobre” i te „złe”. Zarówno te niebieskie jak i piekielne pewnego dnia muszą się zjednoczyć, bowiem ktoś zawiązał spisek mający na celu przywołać Antykreatora, największego przeciwnika Boga. Rzecz w tym, iż ten ostatni postanowił zniknąć zostawiając skrzydlatych na pastwę potężnej siły chaosu. Warto, warto, warto...

„Egzekutor” to insza para kaloszy. Rzecz traktuje o nastolatku AK-owcu, który na terenie Rzeszowszczyzny działał jako zabójca z ramienia Armii Krajowej. Rzecz wstrząsająca i kompletnie nie przystająca do współczesnego dyskursu o historii. Dzisiejszy wizerunek żołnierza AK jest typowo romantyczny. A tu mamy do czynienia z ludźmi, którzy nie tylko walczyli z okupantami, lecz także do sprawy „ogniem i mieczem” musieli przekonywać swoich. Kapitalna i bardzo dająca do myślenia książka.

Linki do aktualności na coolculture

http://www.coolculture.pl/index.php/kino/55-witecznie-na-horror-online-cz-1.html

http://www.coolculture.pl/index.php/komiks/56-witecznie-na-horror-online-cz-2.html


czwartek, 23 grudnia 2010
Bareja i Zanussi

Stanisława Bareję większość kojarzy przede wszystkim z „Misiem”. Owszem, „Miś” jest genialny, ale ja najbardziej cenię inny film Barei – „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz”. Po pierwsze dlatego, iż jest w obrazie jeden z najzabawniejszych monologów w historii kina polskiego (a może i światowego) – faceta opowiadającego jak wygląda jego podróż do pracy. Druga zaleta to stężenie absurdu. Podobnie jak w filmach Monty Pythona właściwie każda scena to przezabawny skecz. Tych najlepszych jest tak dużo, że trudno wybrać kilka najlepszych (choć najlepszym z najlepszych jest ten, o którym pisałem). Wszystko podane jest w tonie lekkim i błyskotliwym. Żaden dialog czy scena nie są wymuszone.    

Na coolculture polecam tekst o innym polskim filmie, niemającym z komedią nic wspólnego. Mam tu na myśli świetny film dyplomowy Krzysztofa Zanussi „Śmierć prowincjała”. Trudne kino, powolne i kontemplacyjnie, mnie jednak bardzo się podobało. http://www.coolculture.pl/index.php/kino/53-mier-prowincjaa-1965-re-krzysztof-zanussi.html

wtorek, 21 grudnia 2010
Zdziś

Dlaczego nie lubię książkowych horrorów? Większość z nich to powieściowa kiszka pisana dla fascynatów taniej makabry. Dużo krwi, seksu, głupiutka fabuła i styl przeciętnego ucznia liceum. Żeby jednak przeczytać takie powieścidło wieczór trzeba poświęcić. I jest to wieczór stracony, a w tym czasie można było przeczytać jakąś inną książkę albo obejrzeć film (durny film to strata półtorej godziny, czyli dużo łatwiejsza do przełknięcia). Niemniej są pisarze, którzy tworzą naprawdę znakomite powieści grozy, choćby Barker czy King. Trudno także zapomnieć kilka książeczek pani, która nazywa się Kathe Koja. Coraz lepiej radzą sobie w tym gatunku Polacy (np. Łukasz Orbitowski).

Mnie wpadała ostatnio w ręce powieść Jakuba Małeckiego „Przemytnik cudu”. Pomimo swoich ułomności i popadania w schematyzm, rzecz jak znalazł na długie zimowe wieczory.

Oto link do recenzji książki → http://www.coolculture.pl/index.php/literatura/52-jakub-maecki-qprzemytnik-cuduq.html

Poza tym ciągle jeszcze jestem pod wrażeniem „Braci” Susanne Bier. Niby nie ma akcji, niby film przegadany, niby technicznie niedoskonały bo zrobiony w manierze DOGMY, a ogląda się z wypiekami na twarzy. No i temat – strasznie trudny do pokazania w filmie, ale myślę, że reżyserka podołała zadaniu. Polecam.      

czwartek, 16 grudnia 2010
Dziecięce fascynacje wiecznie żywe

Zawsze uwielbiałem Thorgala. Jako dzieciak byłem wręcz zafascynowany komiksem Rosińskiego i Van Hamme. Oczywiście wtedy jeszcze nie wiedziałem co jest konwencja, motywy, intertekstualność, zapożyczenia, inspiracje i takie tam. Po prostu byłem tylko i komiks, który dla mnie była raczej filmem, niż statycznymi obrazkami. Wszystko bowiem płynnie, niczym w animacji, rozgrywało się w mojej wyobraźni.

Nie inaczej jest teraz, kiedy postanowiłem sobie przypomnieć całą serię. Po przeczytaniu kilkunastu tomów stwierdziłem, iż bez względu na wiek odbiorców komiks fascynuje i niezwykle mocno wpływa ma wyobraźnię. Dlaczego? Chyba z dwóch powodów. Pierwszym jest umiejętne i na swój sposób bardzo naturalne łączenie na pozór wykluczających się gatunków. W Thorgalu mamy bowiem do czynienia z fantasy, science-fiction, horrorem oraz czymś, co można nazwać opowieścią quasi-historyczną. Druga rzecz to bohaterowie, niby dość wyraźnie według osi zły-dobry, ale także wiarygodni i wielowymiarowi.

Zapraszam do lektury recenzji-opisu siódmego tomu serii zatytułowanego „Gwiezdne dziecko” http://www.coolculture.pl/index.php/komiks/51-thorgal-gwiezdne-dziecko.html   


wtorek, 14 grudnia 2010
i'm back

Karl Jaspers powiedział: „Całe istnienie to nieustanny koniec”. Skończyć więc z takim blogiem mogę raz jeszcze, i jeszcze, i jeszcze...

No dobra. Będzie o tym jest co na tapecie. A jak coś skończę oglądać lub czytać, w głowie się skrystalizuje, a potem się urodzi w postaci jakiegoś tekstu, odeślę w odpowiednie miejsce.

Na tapecie są oczywiście książki, filmy, seriale i komiksy. Kończę czytać „Gomorrę” Roberto Saviano. Bez dwóch zdań, wstrząsająca rzecz. Włochy, środek Europy, wydaje się cywilizowane państw, a tu ogromne połacie kraju całkowicie, ba, totalnie opanowane przez coraz sprytniejszą mafię. Sprawa tak wgniatająca w fotel, że aż trudno uwierzyć. Gdyby to było o Mozambiku czy innym księżycowym państwie, ale Włochy to kraj na wyciągnięcie ręki.

Skończyłem oglądać „The Walking Dead”. Osławionego komiksu, czyli pierwowzoru dla filmowej serii, nie czytałem. Ale pierwsza seria mnie trochę rozczarowała. Chyba dlatego, iż z żadną postacią się nie zżyłem. Żadna mnie do siebie nie przekonała. Poza tym, wszystko w tym serialu jest schematyczne i trochę wykoncypowane. Prawdziwych emocji zbyt dużo w nim nie ma.

A znowu „The Town” („Miasto złodziei”) Bena Afflecka to bardzo zacna rzecz. Ogląda się z przejęciem od pierwszej do ostatniej minuty. Affleck jest zdecydowanie lepszym reżyserem niż aktorem, ale i w swoim najnowszym filmie również od aktorskiej strony „wypadł” nieźle. Film ma swój pomysł, solidną realizację i energię pochodzącą z wiary w to, co się robi. Uważam, iż twórcy włożyli sporo pracy w ten film. Dla malkontentów zbyt on będzie przypominał „Gorączkę”, ale pewny jestem, iż większość będzie zachwycona.  

Na koniec polecanki, czyli link do mojego tekstu o „Amerykaninie” http://www.coolculture.pl/index.php/kino/50-amerykanin-2010-re-anton-corbijn.html 

środa, 01 września 2010
KONIEC
To będzie najprawdopodobniej ostatni wpis na moim blogu. Nie kończę z pisaniem o filmach. Wręcz przeciwnie, przenoszę się w inne miejsce, które, mam nadzieję, da mi trochę więcej możliwości wypowiadania się o tym, co mnie interesuje. Mam tu na myśli własną stronę internetową. 

Jeśli więc kogoś interesowały moje rozważania na temat kina, zapraszam na stronę

coolculture

Dziękuję wszystkim za dotychczasową aktywność na moim blogu.
Pozdrawiam
środa, 25 sierpnia 2010
Salt reż. Phillip Noyce



--UWAGA! FILM JEST TAK DURNY, IŻ UKRYWANIE DLA NIEGO KLUCZOWYCH ZWROTÓW AKCJI NIE MA NAJMNIEJSZEGO SENSU--

Pewnego dnia do biura CIA w Waszyngtonie przychodzi Daniel Olbrychski i oznajmia, że jest chorym na raka agentem FSB. Z tej racji, iż niedługo zejdzie z tego świata, chce wyjawić najbardziej strzeżoną tajemnicę radzieckich, a później rosyjskich służb specjalnych. Otóż w amerykańskich strukturach rządowych i wywiadowczych działają rosyjskie krety. Pewnego dnia uśpieni agenci uaktywnią się, po czym działając na kilku frontach, doprowadzą do zagłady Stanów Zjednoczonych. Wreszcie na końcu Daniel oznajmia, iż najważniejszym ruskim szpionem jest przesłuchująca go gwiazda CIA, Evelyn Salt. Ta widząc nerwowe reakcje swoich kolegów, postanawia jak najszybciej ulotnić się z rządowego budynku. Za nią podążają wszyscy dostępni funkcjonariusze. Od tego momentu zacznie się niekończący się szaleńczy pościg, który z ulic Waszyngtonu szybko przeniesie się do Nowego Jorku.

100 minut projekcji opiera się tylko i wyłącznie na pościgach. Najpierw bowiem wszyscy ściągają panią Salt, później, kiedy zdobywa niezbędny szpiegowski ekwipunek (trzymała go w domu), bohaterka zaczyna pościg za wszystkimi. Nie trzeba dodawać, iż pokonanie naraz kilkunastu facetów, kilkudziesięciometrowe skoki z jednego pojazdu na drugi czy wspinanie się po ścianach budynku to dla niej pestka. To co Spiderman, Batman czy nawet Ethan Hunt z „Mission Impossible” robili za pomocą techniki, gadżetów czy zaawansowanej techniki, Salt po prostu potrafi. Mając nadludzkie zdolności, każda przeszkoda jest dla niej pestką.

Jasne, wielkie gonitwy znudzą nawet najbardziej zatwardziałych fanów kina akcji. Twórcy więc nie zapomnieli o zwrotach akcji. W całym filmie jest ich mnóstwo. Ten okazuje się kimś innym, niż dotąd się wydawało, czyjaś śmierć wcale nie oznacza definitywnego zejścia, zaś wszystkie super, mega, ultra i giga tajne miejsca dla chcących wcale nie są tak niedostępne jakby wynikało to z logiki. Rosyjscy szpiedzy spokojnie piją sobie kawki w bardzo nowoczesnym centrum dowodzenia w USA, zaś amerykańskie służby nic o tym nie wiedzą. Co z tego jednak, kiedy te wszystkie zwroty akacji oraz najrówniejszego rodzaju uproszczenia nie wpływają na jakość filmu. Sprawiają tylko, iż coraz szerzej otwieramy oczy z myślą „jaką jeszcze bzdurę ujrzę w tym filmie”.

Dlaczego Ano twórcy filmu doszli do wniosku, iż na poletku kina akcji odniosą sukces jeśli bohatera będącego skrzyżowaniem Jamesa Bonda oraz wspominanego Ethana Hunta wrzucą w świat trochę podobny do naszego. Mamy bowiem mocne echa zimnej wojny, próby ocieplania stosunków między dwoma mocarstwami, niepowodzenie się byłych radzieckich elit z demokratyzacją ZSRR, konflikt USA z Koreą Północną, itd. Wszystko to oczywiście podane jest w ogromnym uproszczeniu, tak aby kilkunastoletni widz co i rusz nie musiał zaglądać do Wikipedii, by zrozumieć jakiś wątek. Rzecz w tym, iż to wszystko kompletnie nie trzyma się kupy. „Salt” tak naprawdę nie ma scenariusza, ponieważ twórcza para poszła w gwizdek zaskoczenia widza coraz to większym nieprawdopodobieństwem ocierającym się wręcz o absurd. Równie dobrze Phillip Noyce mógł nakręcić obraz o próbie rozwiązania terrorystycznego konfliktu na Bliskim Wschodzie, w której amerykańskiemu wywiadowi prowadzącemu grę ze służbami Izraela czy z krajów muzułmańskich pomaga Spiderman. Dałoby się A pewnie.

Co z tego, że w „Salt” wystąpili całkiem nieźli przecież aktorzy - Angelina Jolie, Liev Schreiber i Chiwetel Ejiofor. W filmie Noyce’a są kukłami, które wygadują jakieś niestworzone dyrdymały. Jedynie Olbrychski stworzył fajną postać, oczywiście schematyczną, ale dzięki niewątpliwej charyzmie aktora, na pewno charakterystyczną.

Jeśli ktoś spodziewał się filmu na miarę trylogii o Jasonie Bourne (to właśnie ja), srodze się na filmie zawiedzie. Ale może ktoś lubi filmy z wybuchami, pościgami oraz Angeliną Jolie silną niczym Hulk, niezłomną jak Kapitan Ameryka oraz w akrobacjach nie ustępującą Tobey’owi Maguire’owi. Wtedy będzie zachwycony. Dla mnie jednak „Salt’ jest naprawdę spektakularną kupą.      

czwartek, 12 sierpnia 2010
Green Zone reż. Paul Greengrass



Wojna to chaos. Wojna to czas, w którym ludzie zapominają o wszystkich wartościach moralnych. Wreszcie wojna to przestrzeń, w którym najpełniej widać, co przedstawia sobą istota ludzka. Wojenna propaganda zawsze próbuje przekonać opinię społeczną, iż wojna toczona jest w imię pokoju. Chyba każda wojna toczona jest/była w pod auspicjami porządku i pokoju. Trudno w zachowaniu człowieka znaleźć większy absurd. Trzeba zabijać, by móc nie zabijać. Między innymi o tym paradoksie opowiada w swoim najnowszym filmie Paul Greengrass zatytułowanym „Green Zone”.

Ten emocjonujący i niezwykle dynamiczny obraz opowiada historię Roy’a Millera, dowódcy oddziału poszukującego na terenie Iraku instalacji do produkcji broni masowego rażenia. Dysponując informacjami wywiadowczymi z Pentagonu, bohater naraża życie swoich żołnierzy, którzy wykonując rozkazy wypełniają najbardziej niebezpieczne misje. Rzecz w tym, iż ich patrole nie przynoszą żadnych skutków. Miejsca, które wskazuje nieznany informator amerykańskich służb wywiadowczych okazują się najczęściej pustymi halami fabrycznymi. Jednak dowództwo naciska, by oddział nadal wykonywał przewidziane dla nich zadania. Istnienie bowiem broni masowego rażenia to przecież najważniejszy powód inwazji wojsk koalicyjnych na rządzony przez Saddama Husajna Irak. Miller nie potrafi jednak siedzieć cicho wiedząc, że jego żołnierze narażają życie w misjach, które nie mają żadnego sensu. Jego sytuacja odmienia się diametralnie, kiedy podczas jednego z patroli natrafia na ślad słynnego generała Al Rawi. Okazuje się jednak, iż akurat tym właśnie generałem bardzo interesuje się zarówno Pentagon jak i CIA.

Film Greengrassa byłby doskonały, gdyby… nie próbował wywarzać otwartych drzwi. Nie wiem, jaki stan wiedzy na temat wojny w Iraku jest w Ameryce, ale w Europie już od dawna wiadomo było, iż w Iraku żadnej broni masowego rażenia nie było. Jeszcze pięć lat temu „Green Zone” byłby filmem naprawdę odkrywczym. Dzisiaj można go nazwać pasjonującym, ale na pewno nie demaskatorskim. No bo co tak naprawdę jest w nim takiego, o czym dzisiaj nie moglibyśmy dowiedzieć się z najróżniejszych mediów? O tym, iż zabiegiem propagandowym była informacja, że Amerykanie ruszyli do Iraku w szczytnym celu oswobodzenia narodu irackiego spod jarzma dyktatora, co bardziej inteligentni wiedzieli chyba od początku (naród Korei Północnej cierpi jeszcze bardziej, a ani NATO, ani ONZ jak również sami Amerykanie nawet palcem nie kiwną, by mu w jakiś sposób pomóc). A jak dzisiaj wiadomo, rządowi amerykańskiemu chodziło o ropę oraz doskonałą przestrzeń, w której można byłby działać w momencie wybuchu wojny z Iranem. Myślę także, iż dla nikogo zaskoczeniem nie będzie to, w jakim sposób świat informowany był o całym spektrum działań wojennych w Iraku. Od czasów wojny w Wietnamie Amerykanie doskonale wiedzą, iż „odpowiednie” informowanie opinii publicznej (czyt. manipulowanie) jest równie ważne, co wojenne sukcesy. Nic więc dziwnego, iż w „Green Zone” pojawia się znana dziennikarka z jeszcze bardziej znanego i opiniotwórczego pisma amerykańskiego, której artykuły okazują się totalnie zmanipulowanymi bredniami. Żadną nowością również nie jest sposób traktowania amerykańskich żołnierzy przez cywilnych bardzo wysoko umocowanych politycznie decydentów. Ci pierwsi tak naprawdę są od wykonywania rozkazów, a tak naprawdę wojnę prowadzą z tylnego siedzenia bardzo wpływowi politycy niemający o działaniach wojennych większego pojęcia. I ostatnia rzecz, trochę zabawna, niemniej jednak tragiczna dla społeczeństwa irackiego. Chodzi mi o sposób wprowadzania demokracji w Iraku przez amerykańskich urzędników. Rozbawiła mnie scena, w której marionetkowy, momentami wręcz groteskowy, kandydat na urząd prezydenta Iraku, niemieszkający w nim od ponad 20 lat, stara się przekonać miejscowych przedstawicieli szyitów, sunnitów i Kurdów do życia według wzorca „american dream”. Czego to dowodzi, mówić chyba nie muszę. Na pewno jednak nie tego, iż Amerykanom w pierwszej kolejności zależało na dobru irackiego społeczeństwa.

Poza tym film Paula Greengrassa ogląda się wręcz znakomicie. Od pierwszych chwil możemy emocjonować się sytuacją w Iraku pokazaną za pomocą na wpół reportażowego stylu. Wszędobylska i ruchliwa kamera nie tylko dokładnie rejestruje poczynania bohaterów, lecz także w pozornie tylko niedbały, ale co za tym idzie w oryginalny sposób pokazuje świat zniszczony wojną. Oprócz amerykańskich żołnierzy zobaczyć także możemy Irakijczyków, dla których najważniejsze jest jednak życie w pokoju. Z drugiej jednak strony są na tyle dumnym narodem, iż nie dadzą sobie owego porządku narzucać siłą. Widzimy więc nie tylko ich udział w wojnie, lecz także pełne problemów życie codzienne.

„Green Zone” to także przestroga przed tym, aby uczestników jakichkolwiek wojen oceniać według zasady „dobry-zły”. Rzadko bowiem kiedy przekaz medialny jaki dociera do naszych domów, ma cokolwiek wspólnego z obiektywizmem. Dopiero po latach dowiadujemy się, iż ci, których newsy kreowały jako obrońców słusznych wartości dokonywali bardzo wielu zbrodni. I podobnie rzecz się ma z tymi, których wielokrotnie przedstawiano jako okrutną dzicz mającą na celu zalać swymi żołnierzami cały świat. Rzeczywistość wojny, czyli czas totalnego chaosu, który wyzwala w ludziach najgorsze instynkty, jest bardzo, ale to bardzo, skomplikowaną sytuacją, w której nic ani czarne, ani białe.

Jeśli więc ktoś lubi niebanalne kino wojenne, a przy tym ceni poprzednie filmy Greengrassa, seans „Green Zone” będzie naprawdę ciekawym doświadczeniem jak również atrakcyjnym spędzeniem wolnego czasu.    

niedziela, 01 sierpnia 2010
Beats of Freedom - Zew wolności reż. Leszek Gnoiński, Wojciech Słota



Niektórzy twierdzą, iż do upadku komuny przyczynił się polski papież. Jeszcze inni nie mają wątpliwości, iż system obalił Lech Wałęsa stojący na czele „Solidarności”. Wielu historyków jest zdania, iż sami komuniści, widząc, że socjalizm rozłazi się w szwach, od początku lat 80. zaczęli kombinować, jak w bezbolesny i komfortowy dla siebie sposób przejść z totalitaryzmu do, powiedzmy, demokracji. Z filmu dokumentalnego Leszka Gnoińskiego i Wojciecha Słoty „Beats of Freedom - Zew wolności” wynika także, iż do rozwalenia komunizmu w Polsce przyczyniła się niezależna scena rockowa z jarocińskimi festiwalami na czele.

Ujmując rzecz najprościej, nie wierzę, iż obraz obu dokumentalistów przeznaczony jest na rynek polski. Zarówno bowiem jeśli chodzi o historię jak również jej wpływ na muzykę, co bardziej „ogarnięty” w temacie odbiorca potraktuje cały sens jako „oczywistą oczywistość”. Dzięki narratorowi, Chrisowi Salewiczowi (brytyjski dziennikarz muzyczny) poznajemy po łebkach najważniejsze fakty z historii Polski gdzieś tak od lat 50. Według autorów filmu owa historia miała decydujący wpływ na rozwój muzyki Polsce. I to jest teza jak najbardziej słuszna, bo z jednej strony władza hołubiła i nagradzała lojalnych popeliniarzy, z drugiej strony jej opresyjny charakter rodził bunt, który bardzo często znajdywał ujście w muzyce. Ciemna masa ku swej uciesze miała wielkie festiwale w Sopocie, Opolu, Kołobrzegu, Zielonej Górze oraz Interwizję, zaś „narkomani, nieroby, wyrzutki, przestępcy, zboczeńcy” przyjeżdżali do Jarocina.

Jak wspomniałem wcześniej, film składa się z łopatologicznych (dla Polaka) tekstów brytyjskiego narratora oraz wypowiedzi muzyków i ludzi związanych z muzyką, którzy od końca lat 70. tworzyli i propagowali rocka w Polsce. Na ekranie możemy posłuchać takich gości jak Kazik Staszewski, Tomasz Lipiński, Lech Janerka, Krzysztof Grabowski, Kora, Muniek Staszczyk czy Wojciech Waglewski. Oprócz nich co jakiś czas przewijają się facjaty Kamila Sipowicza, Marka Niedźwieckiego, Jurka Owsiaka, Piotra Nagłowskiego, panów z Budki Suflera czy Andrzeja Mogielnickiego. O tym, które wypowiedzi są ciekawsze, pisać chyba nie muszę. Zdecydowanie najwięcej do powiedzenia mają sami muzycy. Szkoda tyko, że jest ich zdecydowanie za mało. To im, a nie np. Andrzejowi Mogielnickiemu czy weteranom z Budki Suflera powinien być poświęcony ten film. Wszak to oni stali na pierwszej linii i musieli zmagać się nie tylko z cenzorami czy agentami SB, lecz także z inteligentną, a co za tym idzie krytycznie nastawioną do wszystkiego publicznością.

Przez to, że tak a nie inaczej dobrano przemawiających ludzików, dla polskich odbiorców „Beats of Freedom” będzie wyważaniem otwartych drzwi. No bo to, że komuna była zakłamana i szara, wie każdy. Że w latach 70. trochę pod wpływem hippisów, trochę z powodu rodzimej nudy młodzież zaczęła się kolorowo nosić i słuchać innej muzyki, też chyba nikomu obce nie jest. Wreszcie, że Polska była jedynym krajem, gdzie był festiwal muzyki, na którym wprost można było śpiewać o walce systemem, poinformowany jest każdy, kto choć trochę lubi rodzimą muzykę niezależną. Dlaczego warto zobaczyć film Gnoińskiego i Słoty?  Z dwóch powodów. Po pierwsze, obraz jest świetnie nakręcony i zmontowany. Pomimo dokumentalnej formy i licznych wywiadów ogląda się szybko i bez znużenia. Znakomita muzyka ilustruje świetne archiwalia. I to ostatnie jest chyba największą zaletą Beats of Freedom”. Obu twórcom udało się zamieścić w swoim filmie sporo bardzo ciekawych materiałów z lat 70. i 80. Nie chodzi mi tu oczywiście o kroniki filmowe ilustrujące życie ludzi w tamtym okresie, lecz o fragmenty koncertów oraz wywiadów z najważniejszymi muzykami rockowymi tamtego okresu. Dopiero muzyka, reakcje publiczności podczas koncertów i festiwali oraz wypowiedzi samych twórców pokazują prawdziwy obraz polskiego rockowego buntu ostatnich dwudziestu lat komunizmu.

Chwile poświęcone filmowi Leszka Gnoińskiego i Wojciecha Słoty nie będą czasem straconym. Proszę jednak nie spodziewać się po nim nie wiadomo jakich rewelacji.   

poniedziałek, 12 lipca 2010
Wszystko co kocham reż. Jacek Borcuch



Na tego typu kino polskie zawsze czekam z wielką niecierpliwością. Mam bowiem już dość podziału w rodzimej kinematografii na filmy stricte komercyjne czy rozrywkowe oraz te ambitne, skierowane do widza wymagającego i rzekomo inteligentnego. Twórcy z obu stron barykady gardzą sobą i wyszydzają dzieła „artystycznych oponentów”, ile tylko wlezie.

Borcuchowi w swoim najnowszym obrazie udało się uniknąć tego wszystkiego, na co cierpi współczesne kino polskie. Reżyser postawił przede wszystkim na ciekawą opowieść. Akcja „Wszystko, co kocham” dzieje się na początku lat 80-ych w Trójmieście. Bohaterami filmu są czterej kończący liceum młodzi ludzie, dla których punk rocka jest „wszystkim, co kochają”. Cały solidarnościowo-komunistyczny zamęt nie do końca do nich dociera, ponieważ chłopaków przede wszystkim interesuje muzyka. Uwieńczeniem ich ciężkiej harówki jest sukces na jednym z ówczesnych festiwali rockowych. Oprócz tego bohaterowie chcą być wolni, by cieszyć się wszystkim, co tylko może przynieść kolejny słoneczny dzień. Nic dziwnego, że kiedy chcą, to piją, podrywają dziewczyny, czy po prostu dają upust szaleńczej radości z powodu kolejnego muzycznego sukcesu.   

Nie znaczy to oczywiście, iż lata 80-e w Polsce to była sielanka i raj na ziemi. W żadnej mierze Borcuch nie mitologizuje tamtego okresu, nie odwołuje się ani do sentymentów, ani choćby w minimalnym stopniu nie próbuje udowodnić, iż w jakichś aspektach komuna była dobrym systemem. Jego bohaterowie nie tylko młócą na gitarach i piją tanie wina, lecz także przeżywają pierwsze miłości, zaczynają dostrzegać pierwsze rysy na mocnych dotąd fundamentach miłości ich rodziców, wreszcie po raz pierwszy stykają się ze śmiercią. Zarówno czwórka chłopców jak i dziewczyna głównego bohatera, Basia, bardzo dużo rozumieją z tego, co dzieje się wokół nich. Rozmawiają między sobą o polityce, pytają rodziców, co może za chwilę się zdarzyć. Razem z nimi przeżywają także 13 grudnia i decyzje Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego. W tym momencie dochodzimy do momentu, który dla twórców „Wszystkiego, co kocham” mógłby być prawdziwym polem minowym.

Zarówno w literaturze jak i w filmie stan wojenny i cała zawierucha początku lat 80-ych przedstawiana jest za pomocą barykady podzielającej tych dobrych, czyli członków Solidarności od tych złych, komunistów będących sługusami Związku Radzieckiego. Nawet dzisiaj, prawie trzydzieści lat od tamtych wydarzeń, każdy prawicowy polityk przede wszystkim widzi siebie jako twardego antykomunistycznego bojownika doskonale pamiętającego czasy styropianu. U Borcucha owej barykady i biało-czarnego podziału nie ma. My, widzowie, mając w pamięci opracowania historyczne możemy ocenić zarówno opozycję jak i ówczesną władzę. Reżyser świadomy pułapki, w jaką mógłby wpaść za sprawą oceny stanu wojennego, wydarzenia z tamtego okresu pokazał tylko i wyłącznie jako tło. Tragedie pokolenia wchodzącego w dorosłość przedstawił w sposób ogólny – każdy system ograniczający wolność młodego człowieka jest zły. W tym aspekcie „Wszystko, co kocham” nie różni się niczym od „Persepolis” Vincenta Paronnauda i Marjane Satrapi. To wszystko pokazuje, iż Borcuch w przeciwieństwie do wielu swoich poprzedników nie stanął ani po stronie ludzi uwikłanych w system, ani walczących z nimi opozycjonistów. Wziął stronę swoich kilkunastoletnich bohaterów, którzy za sprawą politycznego chaosu nie mogą robić to, co kochają najbardziej.

Ci, którzy znają Bałtyk i kochają go (np. ja) na pewno zauważyli, iż Borcuch uczynił z niego może trochę banalną, ale na pewno urokliwą metaforę wolności. W swojej pamięci przechowuję mnóstwo wspomnień baaaaardzo długich chwil, które spędziłem na wgapaniu się w toń morza. Jest w tym coś pięknego, może nawet hipnotycznego, nie dziwię się więc, iż dla bohaterów morze jest nie tylko elementem krajobrazu, lecz także symbolem wolności.

Opisując „Wszystko, co kocham” koniecznie wspomnieć trzeba o jego kreacjach aktorskich. Tego typu filmy, czerpiące swą siłę z ciekawie opowiedzianej historii, muszą opierać się na interesujących i wiarygodnych postaciach. Na szczęście z tymi w filmie Borcucha nie ma najmniejszych kłopotów. Ola Frycz wystarczy, że jest na ekranie. Dziewczyna ma w sobie coś wyjątkowego, co pozwala jej wyrażać całą gamę emocji bez artykulacji choćby jednego zdania. Podobnie jest z grającym postać Janka Mateuszem Kościukiewiczem. Chłopakowi udało się stworzyć naprawdę wielowymiarową postać. Z jednej strony zbuntowanego i krytycznie patrzącego na rzeczywistość początkującego muzyka, z drugiej zaś zwyczajnego dzieciaka, który nie wszystko jeszcze rozumie.

Moim skromnym zdaniem takich właśnie filmów jak „Wszystko, co kocham” najbardziej w kinie polskim brakuje. Lekkich, opowiadających ciekawą historię i kreujących interesujących bohaterów, ale nie banalnych, gdzieś pod politurą atrakcyjnej narracji traktujących o trudnych aspektach rzeczywistości. Fajne jest to, iż są w Polsce filmowcy, którzy rozumieją, że o sprawach trudnych nie zawsze trzeba mówić sposób nadęty i patetyczny. Kino to przede wszystkim ciekawa opowieść i to chyba Borcuch rozumie doskonale. 
czwartek, 01 lipca 2010
Zdobyć Woodstock reż. Ang Lee



Podobno nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki. Okazuje się, iż Angowi Lee filmem „Zdobyć Woodstock” najzwyczajniej się to udało. Po raz drugi bowiem pochodzący z Tajwanu reżyser wybrał się na amerykańską prowincję, by na podstawie dziejącej się na niej wydarzeń opowiedzieć coś ciekawego o dziejach Ameryki. Wcześniej podobnej rzeczy dokonał w filmie „Brokeback Mountain”. Opowiedział piękną, choć przewrotną historię o miłości dwóch mężczyzn, którzy wtłoczeni w stereotyp  amerykańskiego macho rodem z Dzikiego Zachodu nie mogą żyć tak, jakby tego chcieli. Lee fabułę osadził na głębokiej prowincji, gdzie życie według ściśle przyjętych, konserwatywnych reguł jest najbardziej przestrzeganą wartością.

„Zdobyć Woodstock” zaczyna się w momencie, kiedy „Brokeback Mountain” się kończy, a więc najnowszy film tajwańskiego reżysera może być koncepcyjną kontynuacją filmu z 2005 roku. Znowu obserwujemy bowiem urokliwą, lecz na dłuższa metę niezwykle monotonną amerykańska prowincję. Całą rzeczywistość widzimy oczami Elliota, młodego chłopaka, społecznika, który miota się między chęcią wyjazdu do dużego miasta, a powinnością wobec starszych, coraz bardziej niedomagających rodziców prowadzących nierentowny przydrożny motel. Kiedy władze sąsiedniego miasteczka Wallkill nie zgadzają się na organizację festiwalu muzycznego, Elliot, chcąc trochę rozkręcić mieszkańców swojej rodzinnej miejscowości oraz pomóc podupadającemu interesowi rodziców, postanawia zorganizować imprezę w Bethel. Nawet nie przypuszcza, iż festiwal stanie się jednym z najważniejszych wydarzeń historycznych nie tylko w Ameryce, lecz także na całym świecie.

Tak jak w konserwatywnym i skostniałym uniwersum „Brokeback Mountain” romans między dwoma bohaterami mógłby wywołać szok, tak w okolicach Bethel, na słynnym festiwalu Woodstock nie zdziwiłby nikogo, więcej, nikt nie zwróciłby na niego żadnej uwagi. Czym dla Ameryki był ten festiwal? Trudno ująć to w jednym zdaniu. W zamkniętej, konserwatywnej i starającej się pokazać we wszystkim wyższość społeczności Stanów Zjednoczonych dokonał się mentalny wyłom. Jego reprezentantami byli młodzi ludzie, którzy nie chcieli żyć w rzeczywistości kształtowanej przez zachowawcze i tradycjonalistyczne dogmaty stawiające na pierwszym miejscu siłę białego mężczyzny daną mu przez pieniądze i innych, jemu podobnych ludzi. Złamano tabu, określające każdego „nietypowego” jako zagrożenie dla jedności społeczeństwa. Z takim nieraz radzono sobie, zwłaszcza na prowincji, w sposób radykalny – szykanami, wygnaniem albo morderstwem. Wspólne cele jednoczyły, ale tylko tych, którzy byli identyczni i nie różnili się zbytnio w poglądach czy to politycznych, czy światopoglądowych.

Dla pokolenia ludzi chcących być kojarzonym z Woodstock nieistotne były sprawy światopoglądowe czy polityczne. Łączyła ich zasada „każdy inny, wszyscy równi”. Oczywiście była to utopia, bo ludzie nie są zdolni do pokojowego funkcjonowania między sobą. Ale najważniejsze jest, iż głośno powiedziano, że wyznawany dotąd konserwatyzm nie jest wieczna konstrukcją. Na festiwalu jego uczestnicy pokazali, iż łączyć nie musi wojna czy wspólny najczęściej wyimaginowany przeciwnik („polowanie na czarownice” McCarthy’ego), lecz takie pozytywne wartości jak muzyka, dążenie do pokoju czy zgoda nawet w przypadku, kiedy dane strony różnią się w czymś diametralnie. Na Woodstock uświadomiono również światu, iż dla dobra jakiejś wspólnoty w niepamięć muszą odejść różnice rasowe. Nie może być bowiem tak, iż ludzie pragnący zrobić coś konstruktywnego, patrzą na siebie wilkiem z powodu różnicy w kolorze skóry. Nie wnikam tu w późniejszą ocenę rewolucji obyczajowej, której początkiem był festiwal Woodstock. Zapewne jak każda utopijna po trosze idea, w wielu aspektach uległa wypaczeniu. Po latach także wielu kochających wolność hippisów stało się konserwatystami. Do dzisiaj także wielu Amerykanów widzi w tamtych czasach najgorszy okres w historii kraju, będący początkiem liberalizmu, a więc źródłem moralnego zepsucia.

„Zdobyć Woodstock” ani nie ocenia tamtych wydarzeń z perspektyw lat, ani również nie pokazuje samego festiwalu. To nie jest film o muzyce i wyrażanych dzięki niej poglądów. Dzięki Angowi Lee możemy niejako od kuchni zobaczyć, jak tworzyła się historia. Reżyser pokazuje przede wszystkim zderzenie dwóch światów, czyli sennej, konserwatywnej Ameryki małych miasteczek z rewolucyjnym ruchem wolnościowym głoszących czasami bardzo radykalne poglądy. Tę pierwszą tajwański reżyser pokazuje jako oazę spokoju, który jednak jest tylko pozorem. Wystarczy bowiem jedno, nieraz błahe wydarzenie, by ten spokój został zburzony. Dla mieszkających tam ludzi najważniejsze są pieniądze. Dla nich zrobią wszystko. Bez cienia skrępowania potrafią targować się o najdrobniejsze sumy czy żądać zapłaty za coś, co do niedawna było za darmo. Jednak Lee nie pokazuje ich jako wampirów pragnących wyssać z każdego ostatniego centa. Wszak na takich ludziach, zaradnych, pracowitych i wytrwałych zbudowano potęgę gospodarcza Ameryki. Mieszkańcy Bethel, a tym samym całej amerykańskiej prowincji, z jednej strony reprezentują światopoglądowy beton, z drugiej zaś pokazują, iż to praca czyni człowieka najbardziej wartościową jednostką. Nie widzą niczego dobrego w głoszonej przez woodstockowiczów wolności, ale nie uciekają od ogólnonarodowych obowiązków i często dają przykład obywatelską postawą.

Niewątpliwe najnowszy film Anga Lee będzie prawdziwą ucztą dla ludzi interesujących się historią, a przede wszystkim kulturą Stanów Zjednoczonych. Dla socjologów i kulturoznawców może być on kopalnią spostrzeżeń na temat ówczesnych wydarzeń. Dla ludzi patrzących zarówno na Amerykę jak i jej historię z perspektywy innego świata, „Zdobyć Woodstock” będzie interesującą opowiastką o tym, co dzieje się na zapleczu niezwykle istotnych wydarzeń. Ciekawe jest zarówno to, ile można osiągnąć dzięki spontaniczności, solidarności i zjednoczeniu we wspólnym celu oraz jak w zależności od środowiska krańcowo różna może być interpretacja tego samego wydarzenia.     
sobota, 19 czerwca 2010
Opancerzony reż. Nimród Antal / Księga ocalenia reż. Albert Hughes, Allen Hughes


Czasami moje filmowe wybory podyktowane są lenistwem. Lubię bowiem obejrzeć kino, delikatnie mówiąc nieszczególnie inteligentne, za to bardzo dobrze zrobione. Jak wiadomo, kinematografia amerykańska celuje w takich obrazach. I bardzo dobrze, bo sztuka filmowa to nie tylko arcydzieła, lecz także popkultura, w morzu której można przecież bardzo często wyłowić prawdziwe perły. Filmy, o których będzie mowa poniżej, pomimo zatrudnionych w nich tabunów bardzo dobrych aktorów, zaliczyć do arcydzieł nie można. Co więcej, uważam, iż oba filmy pomimo włożonych w nie dość dużych pieniędzy będą uznane za artystyczną i komercyjną klapą. Dlaczego? Bo tak naprawdę nie wiadomo, dla kogo zostały zrobione. Co więcej, z różnych względów także nie wiadomo, po co zostały zrobione.

Pierwszym filmem jest „Armored” Nimróda Antala. Opowiada on o brygadzie ochroniarzy, którzy w bardzo nowoczesnych furgonetkach przewożą ogromne sumy pieniędzy. Panowie wpadają na pomysł, aby zaaranżować napad na swój transport i tym samym zgarnąć ogromną sumę pieniędzy. Jak nietrudno się domyśleć, w trakcie misternie zaplanowanej akcji coś idzie nie tak i wszystko zaczyna się bardzo komplikować. Antalowi miał po prostu wyjść film akcji. Dobry film akcji nie jest zły. Zawsze bowiem można popatrzeć na efektowną strzelaninę, posłuchać twardych, męskich gadek czy wreszcie dać się zaskoczyć jakiemuś niebanalnemu zwrotowi akcji. Reżyser nowicjuszem w Hollywood nie jest. Spod jego ręki wyszły przecież przyzwoite „Kontroll” oraz „Vacancy”. Lada chwila będziemy mogli zobaczyć „Predators” jego autorstwa. Do „Armored” Antalowi udało się „zaciągnąć” takie gwiazdy jak Laurence Fishburne, Jean Reno, Matt Dillon czy Amaury Nolasco. Niestety, filmowi jako całości nie przysłużył się ani reżyser, ani gwiazdorska obsada. Największą wadą „Armored” jest bowiem scenariusz. Film tonie w schematach po wielokroć już wykorzystywanych w kinie sensacyjnym. Antalowi nie udało się wiarygodnie „wygrać” ani jednego wątku. Komplikacje przy napadzie na furgon z pieniędzmi widzieliśmy już nieraz. Motyw niemogącego się odnaleźć w społeczeństwie weterana z Iraku przedstawiony został w sposób płaski, bez ani jednej oryginalnej nuty. Podobnie rzecz się ma z postacią uzdolnionego, ale sprawiającego ogromne problemy wychowawcze dzieciakiem (młodszy brat jednego z bohaterów). Jak okazuje się w finale, chłopak potrzebny był tylko do tego, aby wykorzystać go (hihi) w finale filmu.

„Armored” Nimróda Antala co prawda nie razi głupotą i amatorskim wykonaniem, nic jednak się nie stanie, jeśli widzowie bardzo szybko o nim zapomną.

Trochę inaczej rzecz się ma z filmem braci Hughes „The Book of Eli”. Od pierwszych sekund obraz iryguje niezwykle ciekawą wizją post-apokaliptycznego świata. Ludzie z jakiegoś powodu wywołali wojnę totalną (bardzo możliwe, iż miała ona charakter religijny). Resztka ocalałej ludzkości żyje w ruinach miast. Wszyscy zmagają się z głodem, chorobami, a przede wszystkim z niezwykle szkodliwym promieniowaniem słonecznym. Bohaterem filmu jest przemierzający amerykański kontynent samotny wędrowiec o imieniu Eli. Jego celem jest dotarcie do zachodniej części kontynentu. Tam bowiem ma dostarczyć jedyny ocalały na świecie egzemplarz Biblii. Sęk w tym, iż księgi tej poszukują również inni, niekoniecznie mający szlachetne zamiary, ludzie.

Kilka rzeczy udało się braciom Hughes znakomicie. Przekonała mnie ich wizja świata po apokalipsie. Wszystko jest w nim brudne i zdegenerowane. Ludzie pragnący zaspokoić swoje elementarne potrzeby w swoich czynach nie posiłkują się żadnymi wartościami moralnymi. W zniszczonym świecie umarły również wszystkie etyczne nakazy i zakazy. Wśród takich istot swoje miejsce musi znaleźć główny bohater, niewidomy Eli grany przez Denzela Washingtona. Ten wysłannik Boga, żarliwy chrześcijanin czasami musi dostosować się do stawianych przez rzeczywistość warunków. Wie jednak, iż jego misja dla całego świata ma fundamentalne znaczenie.

Do czego to wszystko prowadzi? Puenta tego filmu jest aż nazbyt jasna. Bóg po apokalipsie znowu daje szansę światu. Ten, aby się odrodzić, za swojego przewodnika znowu musi przyjąć Chrystusa i jego naukę. Może to odnosi się i do dzisiejszych czasów. Wszak grana przez Gary’ego Oldmana postać ma swój wymiar symboliczny. W dzisiejszych czasach mnóstwo jest najróżniejszego rodzaju wpływowych ludzi, świeckich lub duchownych, którzy pod przykrywką umacniania wiary chrześcijańskiej załatwiają swoje prywatne interesy.

Mnie jednak tak prosto i dosadnie podane przesłanie, na dodatek wyjątkowo mocno nacechowane ideologią, w ogóle nie przekonuje, a wręcz odrzuca. Może i kino powinno ideologizować swoich odbiorców. Może są tacy, którzy dają się nabierać na taką łopatologię. Może wręcz nawet potrzebują prostego i konkretnego przekazu. Mnie to jednak ewidentnie kojarzy się ze zwyczajną agitką skierowaną do mało rozgarniętego, za to podatnego na najróżniejsze wpływy widza.

Podobnie jak „Armored”, również „The Book of Eli” z czystym sumieniem można sobie podarować.
czwartek, 03 czerwca 2010
Wilkołak reż. Joe Johnston



Moda na horror w kinach trwa. Na świecie powstają nie tylko lepsze i gorsze filmy o niewielkim budżecie, lecz także wielkie widowiska, na które nie szczęści się pieniędzy. Ostatnio do łask wróciła postać wampira, nic dziwnego więc, iż w Hollywood postanowiono także zarobić na wilkołaku. Wszak jest to istota równie ciekawa co krwiopijca. Wystarczy czasami wnikliwiej poczytać gazety czy posłuchać doniesień agencyjnych, by uświadomić sobie, iż słowo bestia jako określenie człowieka wcale nie jest jakimś szczególnie dosadnym. Warto także podkreślić, iż w ludzkich społeczeństwach warstewka kultury i cywilizacji jest nadzwyczaj cienka. Niewiele więc trzeba (tak naprawdę impuls, taką symboliczną pełnię księżyca), by nagle ze spokojnego ludzkiego zbiorowiska narodziło się żądne krwi i odwetu stado wilków. Powyższe zdania jednak to tylko moje socjologiczne skojarzenia związane ze zjawiskiem lykantropii. Producenci „Wilkołaka” wydając 150 milionów dolarów wcale nie oczekiwali od reżysera, Joe’go Johnstona, akademickich rozważań naszpikowanych symbolami i metaforami niczym ciasto drożdżowe rodzynkami. W zamierzeniach miało powstać zapierające dech widowisko z gwiazdorską obsadą. A co wyszło?

Na prośbę swej niedoszłej szwagierki do rodzinnego domu w Blackmoor przybywa jeden z najbardziej znanych londyńskich aktorów teatralnych, Lawrence Talbot. Z jej relacji wynikało bowiem, iż jego brat, a jej ukochany, Ben Talbot, został zamordowany. Wszyscy także mają świadomość, iż zabójstwa dokonał nie człowiek, a jakaś niezwykle silna i okrutna bestia. Lawrence zaczyna także przeczuwać, iż śmierć brata ma coś wspólnego z nie do końca wyjaśnionym samobójstwem jego ukochanej matki. Podczas wizyty mężczyzny w obozie cygańskim, tajemnicza bestia znowu zabija kilkoro ludzi. Tym razem także jednym z poszkodowanych zostaje Lawrence. Dzięki szybkiej pomocy cygańskiej znachorki, bohater cudem uchodzi z życiem. Jednak z czasem zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, iż jego ozdrowienie nie ma nic wspólnego z cudem. Zbliżająca się pełnia księżyca nie tylko ujawni nową naturę Lawrence’a, lecz także rozjaśni wszystkie tajemnice z przeszłości.

W kuchni kulinarne mistrzostwo polega nie na wymyślaniu nie wiadomo jakich potraw, lecz na idealnym doborze składników nawet na te jak najbardziej zwyczajne dania. Jedna źle użyta przyprawa może zepsuć cały efekt. Jak wcześniej wspomniałem, nie spodziewałem się po „Wilkołaku” wiekopomnego dzieła nadającemu lykantropii jakiegoś nowego czy odkrywczego znaczenia. Skłamałbym mówiąc więc, iż podczas projekcji filmu Johnstona nudziłem się jak mops. Dwie godzinki zleciało mi niezwykle szybko. Od razu dałem ponieść się fantastycznym obrazom przestrzeni, w jakich dzieje się akcja „Wilkołaka”. Mam tu na myśli zarówno posiadłość Talbotów, jak również kapitalnie wykreowany Londyn z końca XIX wieku (nie mam wiedzy, czy w rzeczywistości taki był). Niezwykle sugestywnie odzwierciedlona została również atmosfera sennej brytyjskiej prowincji oraz portrety jej mieszkańców. Drugi plan filmu Johnstona naprawdę robi wrażenie (nie licząc manierycznej i bardzo sztucznej Geraldine Chaplin). Trudno także do czegokolwiek przyczepić się w kontekście konstrukcji fabuły oraz nadania jej odpowiedniego tempa. W „Wilkołaku” mamy zarówno opowieść o przemianie człowieka w bestię, jak motyw traumatycznych wspomnień z dzieciństwa. Romantyk znajdzie w filmie Johnstona wielką miłość, zaś wrażliwiec uroni łzę w finale całej opowieści. W filmie mamy nawet drugą bestię, choć nie do końca w wilczej skórze. Mam tu na myśli detektywa Abberline’a, bezwzględnego stróża prawa, który w imię zaspokojenia ambicji gotowy jest zrobić każde świństwo. Akcja mknie do przodu właściwie od początku filmu. Nie ma w nim żadnych zbędnych przestojów ani niepsujących do całości scen. Dlaczego więc zdecydowanie nie jest to film na miarę „Drakuli” F. F. Coppoli?

Powodów tego, moim zdaniem, jest kilka. Nieprzypadkowo powyżej wspomniałem o produkcji z Oldmanem w roli głównej. Z kilku względów film Johnstona próbuje być taki, jak obraz Coppoli. „Wilkołak”, pomimo gatunkowego gorsetu, nie chce być horrorem. Pragnie opowiedzieć historię o miłości, poświęceniu i skradzionym dzieciństwie. Nie na morderstwa mamy w filmie zwrócić uwagę, ale na odmienność i nazbyt gorliwe polowanie na kogoś, kto jest inny. Warto także zwrócić uwagę, iż produkcja Johnstona to powrót do korzeni horroru, a więc do jednego z trzech najbardziej znanych przed laty produkcji z wytwórni Universal. Pozostałe dwa to „Dracula”, „Frankenstein”. Oprócz tego niejednemu widzowi skojarzenia z filmem Coppoli nasuwać będą rola Anthony’ego Hopkinsa oraz monumentalna muzyka Danny’ego Elfmana. Ten pierwszy znowu w wysoko budżetowym horrorze gra ekscentryka, kogoś, kogo trudno poddać jednoznacznej ocenie moralnej. I ostatnia rzecz to sposób budowania napięcia i atmosfery grozy w „Wilkołaku”. Johnston stara się robić to za pomocą chwytów, które kino grozy posiłkowało się już kilkadziesiąt lat temu. Chodzi tu o eksponowanie widoku złowrogiego księżyca, ponurego, skrywającego mnóstwo tajemnic domiszcza, czy wreszcie ukazanie lasów jako miejsca, w którym za każdym drzewem czai się potwór. Nie można zapomnieć także o takich „gadżetach” jak cmentarz, opary gęstej, mlecznobiałej mgły oraz postać cygańskiej znachorki odprawiającej jakieś tajemnicze gusła.  

Dlaczego więc pomimo gigantycznego budżetu i gwiazdorskiej obsady „Wilkołakowi” jest bardzo daleko do „Drakuli”? Po pierwsze Johnston to nie Coppola i rzemieślnicza sprawność to za mało, by nakręcić wielkie dzieło. Po drugie zaś w jego filmie zupełnie nie przemówiły do mnie postacie. Nie wiem czyja to wina, reżysera, scenarzysty czy aktorów. Zarówno Anthony Hopkins, jak i Benicio Del Toro i Hugo Weaving po prostu są na planie. Ten pierwszy bez przekonania gra twardego dziwaka i odludka, drugi robi tylko groźne miny, trzeci zaś po raz kolejny jest agentem Smithem. Dlatego pomimo licznych zalet, „Wilkołaka” oglądałem bez większych emocji. Od pewnego momentu bowiem widz orientuje się, iż film Joego Johnstona jest niczym innym, jak kolejnym filmowym produktem obliczonym na dotarcie do jak najszerszego kręgu widzów, a co za tym idzie, na zarobienie ogromnej kasy.  

Tak więc w przypadku „Wilkołaka” potwierdzenie znajduje teza, iż jeśli coś jest planowane dla wszystkich, w rzeczywistości jest dla nikogo. Szkoda tylko pieniędzy, bo za 150 milionów dolarów mogłoby powstać mnóstwo dobrych filmów, nawet niekoniecznie horrorów.   

niedziela, 23 maja 2010
Mad Max 2 reż. George Miller


„Mad Max 2” w reżyserii George’a Millera jest jednym z moich ulubionych filmów, siłą rzeczy więc ta recenzja nie będzie miała nie wspólnego z obiektywizmem. Oglądałem ten film kilkanaście razy i, proszę mi wierzyć, za każdym razem odczuwałem tę samą ekscytację na widok wydarzeń widzianych na ekranie. Myślę, że chyba właśnie o to chodziło reżyserowi – stworzyć doskonały film, który oglądany za którymś razem będzie wywoływał bardzo duże emocje.

Z całej trylogii tę część perypetii Maxa uważam za najlepszą. Dlaczego? Nie tylko jest najlepiej nakręconą, lecz także doskonale skonstruowaną. Nie ma w niej ani jednego niepotrzebnego ujęcia, ani jednego zbędnego dialogu. Wszystko w nim jest przemyślane, a co najważniejsze, w „dwójce” zachowano najlepsze proporcje między brutalnością świata przedstawionego, a pozytywnymi wartościami wyznawanymi przez niektórych bohaterów. Poza tym, wspominając już o bohaterach, nie ma wśród nich czarno-białego podziału na postacie negatywne i pozytywne. W świecie bowiem, w którym cywilizacja stworzona przez człowieka pogrąża się w barbarzyństwie, nie mogą istnieć ludzie niedotknięci piętnem zła.

Oczami dwóch bohaterów, Maxa i chłopaka z rafinerii, spoglądamy na świat, który w skutek załamania energetycznego oraz kataklizmu nuklearnego pogrążył w chaosie i zezwierzęceniu. Ropa stała się najbardziej pożądanym towarem. Drogami zawładnęła anarchia reprezentowana przez bandy napadające na każdego, kto dysponuje choć odrobiną benzyny. Bohater, Max, były policjant, któremu panoszący się na drogach zwyrodnialcy zabili rodzinę, przemierzając bezkresne drogi trafia na umiejscowioną na pustyni rafinerię dniami i nocami obleganą przez hordy barbarzyńców. Obserwując poczynania atakujących jak i obrońców postanawia dostać się na silnie strzeżony teren rafinerii. Na miejscu bohater poznaje grupę ok. trzydziestu zmęczonych desperatów, którzy cały czas narażają życie w obronie ogromnej ilości benzyny. Max postanawia im pomóc w znalezieniu pojazdu, dzięki któremu mogliby wywieźć paliwo w bezpieczne miejsce.

Oglądając ostatnio po raz kolejny drugą część „Mad Maxa” zwróciłem uwagę na jeden aspekt filmu Millera. Otóż Australijczykowi wręcz perfekcyjne, można rzec wzorcowo, udało się połączyć efektowną i niezmiernie ciekawą opowieść z wiarygodnie wykreowanym światem przedstawionym. Pierwsza rzecz jest dla mnie tak oczywista, że nie będę o niej pisał. Drugi argument ktoś mógłby skomentować, iż powstało już mnóstwo filmów traktujących o postapokaliptycznej rzeczywistości. Zgadza się, chyba jednak nikt nie zrobił tego tak mądrze, konsekwentnie, a zarazem tak efektownie jak Miller. Dzisiaj, dzięki animacji komputerowej, byłoby to o wiele prostsze niż w 1982 roku. Ale czy bardziej realistycznie? Śmiem wątpić. Opisując świat „Mad Maxa” koniecznie trzeba kilkoma słowami wspomnieć o postawach moralnych, jakie reprezentują jego bohaterowie. Najistotniejsza opiera się na opozycji cywilizacji i barbarzyństwa. W świecie wykreowanym przez Millera społeczności hołdujące porządkowi trwają tylko i wyłącznie dzięki fundamentowi postępu technicznego. Człowiek bowiem tak się uzależnił od swoich wynalazków, iż nagła ich strata szybko przyczynia się do moralnej degrengolady. Ład i hierarchia istnieją więc przede wszystkim dzięki zdobyczom techniki. Humungus sprawujący władzę nad dzikimi hordami „psów” doskonale zdaje obie z tego sprawę. Wie, iż jego pozycja zależy tylko i wyłącznie do szybkiego zdobycia ufortyfikowanej rafinerii. W osadzie porządek panuje dzięki wierze w to, iż za jakiś czas benzyna, którą produkują zapewni wszystkim godziwy byt w świecie ogarniętym zniszczeniem i anarchią. Max początkowo nie chce stanąć po żadnej ze stron. Jest przecież swobodnym jeźdźcem, człowiekiem, któremu poświęcenie wobec drugiego człowieka brutalnie wybito z głowy. Jednak z czasem, kiedy barbarzyńcy oblegający rafinerię coraz bardziej dają o sobie znać, bohater decyduje się pomóc tym, którzy reprezentują ład i porządek. Opracowuje plan, dzięki któremu grupa desperatów będzie mogła wywieźć z osady setki a może nawet tysiące litrów benzyny.    

Pomimo szczęśliwego zakończenia, z kilku względów nie uważam, by Miller dawał nadzieję światu, który wykreował. Po pierwsze nadzieja, którą cały czas żywili się „ostatni sprawiedliwi” opierała się na jakimś mitycznej rzeczywistości, która gdzieś tam, bardzo daleko ocalała z apokaliptycznej pożogi. Nie wierzę w nią, bowiem nuklearna pożoga niszczy wszystko na swej drodze. Wszystko, oprócz oczywiście nadziei. Po drugie, po takim kataklizmie prawdziwie odrodzenie może mieć miejsce tylko w powrocie człowieka na łono natury. Do wojny doprowadził przecież jej wróg, postęp techniczny. Opieranie więc na nim norm cywilizacyjnych jest znowu budowaniem kolosa na glinianych nogach. Ale nie ma się czemu dziwić. Historia już nie raz i nie dwa pokazała, iż człowiek jest istotą, która nie tylko nie potrafi uczyć się na swoich błędach, lecz nieustannie balansuje na granicy samozagłady. I chyba ten paradoks tkwiący w gatunku ludzkim również próbował oddać Miller – w imię przetrwania niszczymy wokół siebie wszystko co żywe.

I nawet nie Max w filmie australijskiego reżysera jest głównym bohaterem, co człowiek przedstawiony jako ułomny demiurg. Wszystko co bowiem stworzy obraca tak naprawdę przeciwko drugiemu człowiekowi. Postęp cywilizacyjny, z którego jesteśmy przecież tak dumni, opiera się przede wszystkim na wynalazkach opracowanych dla wojska i najróżniejszych służb z nim współpracujących. A czym innym jest wojsko, jak nie ciągle unowocześnianą instytucją niosą śmierć i zniszczenie?  

Nie ma w „Mad Maksie” ludzi dobrych i złych, podziału na postacie negatywne i pozytywne. Barbarzyńcy pragną benzyny i metody jej wytwarzania po to, aby nie ulec całkowitemu zezwierzęceniu. Kiedy bowiem skończy się paliwo do ich pojazdów oraz do innych urządzeń, których funkcjonowanie uzależnione jest od substancji ropopochodnych, będą musieli zdobyć pożywienie własnoręcznie. Czy obrońcy rafinerii to bohaterowie pozytywni? Może tak są przedstawieni, ale czego oni tak naprawdę bronią? Świata, który doprowadził do wojny nuklearnej. Świata opartego na sile pieniądza, władzy i elitarnym dostępie do informacji. Nic dziwnego więc, iż początkowo Max nie chce mieć z nimi nic wspólnego.

„Mad Max 2” jest już dzisiaj klasyką kina. Moim zdaniem z upływem czasu nigdy nie stanie się ramotką, co prawda docenianą, ale jednocześnie kwitowaną uśmiechem politowania. Film Millera na zawsze zostanie wbijającym w fotel ostrzeżeniem przed wojennymi zapędami politycznych decydentów jak również niezwykle wiarygodnym i skłaniającym do refleksji portretem istoty ludzkiej.        

czwartek, 13 maja 2010
Harry Brown reż. Daniel Barber



Emocje podczas seansu „Harry’ego Browna” zaliczyłem podwójne. Obraz Daniela Barbera to niezwykle mroczne i sugestywne kino, ze świetnie nakreślonymi bohaterami, którzy żyją w wiarygodnie wykreowanej rzeczywistości. Nic więc dziwnego, iż wszystkie tragedie, jakie ich spotykają, cechują się dużą dozą prawdopodobieństwa. Ale dla mnie ten film ma również wymiar osobisty. Opowiada o bezsensownej przemocy i okrucieństwie, którym charakteryzują się ludzie właściwie w każdej szerokości geograficznej. Jedną z moich największych obaw jest to, iż w imię jakieś błahej sprawy z rąk młodocianych opryszków mnie lub moją rodzinę może spotkać jakaś wielka krzywda. A nie wierzę, iż polskie służby odpowiadające za moje bezpieczeństwo jakoś szczególnie przejęłyby się tym, że grupa chłystków sprawiłaby ból mnie lub moim najbliższym. Właściwie codziennie można usłyszeć czy przeczytać o sprawcy pobicia, który zaraz po rozprawie sądowej orzekającej jakiś śmieszny wyrok ląduje w swoim domu i pijąc piwo śmieje się w twarz przerażonym ofiarom. Czy z takiej sytuacji jest jakieś wyjście?

W swoim debiucie filmowym Daniel Barber zaprasza nas na wycieczkę po Londynie. Jednak nie po tym z pocztówek czy zdjęć, jakie przysyłają nam majlem znajomi. Oglądamy bowiem londyńskie blokowiska, na których władzę przejmują młodociani gangsterzy handlujący bronią i narkotykami. W grupie, często naćpani lub pijani, są śmiertelnie niebezpieczni. Nie boją się absolutnie nikogo, nie czują respektu ani przed dorosłymi, ani nawet przed policją. Działają na osiedlu, na którym od lat żyją Harry Brown i Leonard. Obaj są samotnymi, starszymi mężczyznami, umilającymi sobie życie partyjką szachów. Pewnego dnia Brown dowiaduje się, iż jego przyjaciel został zadźgany w przejściu podziemnym niedaleko domu. Nieszczęśliwy z powodu niedawnej utraty żony, przytłoczony samotnością i utratą sensu życia, wreszcie dobity śmiercią jedynego towarzysza postanawia zemścić się na młodocianych bandytach. Praworządny dotąd obywatel przestaje wierzyć policji, kiedy dowiaduje się, iż ta nic nie zrobiła w sprawie wcześniejszych niebezpiecznych napaści młodych ludzi na starego i schorowanego Leonarda. Brown zdaje sobie bowiem sprawę, iż policja w XXI wieku jest tak samo uzależniona od wizerunku publicznego jak chociażby politycy. Czy szukanie więc prześladowców ubogiego staruszka może w tej materii przysłużyć się policji? 

Barberowi doskonale udało się połączyć dwie rzeczy. Po pierwsze, intrygę sensacyjną o zdesperowanym „ostatnim sprawiedliwym”, który na skutek bezwzględności otaczających go ludzi porzuca zasady moralne i zaczyna sam wymierać sprawiedliwość. Po drugie, w „Harrym Brownie” niezwykle ważną rolę pełni warstwa społeczna filmu traktująca o coraz większym okrucieństwie młodzieży i braku pomysłu na rozwiązanie tego problemu.

Jakiś czas temu trudno mi było uwierzyć w reportaż prasowy, który opisywał londyńskie gangi nastolatków katujących przypadkowe ofiary. Wszystko oczywiście nagrywali, po czym umieszczali w Internecie. Sprawcami były dzieciaki, bo najstarszy z nich miał siedemnaście lat, najmłodszy jedenaście. Po obejrzeniu „Harry’ego Browna” już wiem, jak opisywane w gazecie wydarzenia wyglądały. Jest bowiem w prologu filmu sekwencja, w której dwóch młodych zbirów jeździ po parku motorem i strzela z broni do wszystkich przechadzających się w nim ludzi. W pewnym momencie na alejkę pada kobieta pchająca wózek z dzieckiem. W nagraniu kręconym przez jednego z młodocianych psychopatów widzimy, jak jej głowa rozpryskuje się od pocisku wystrzelonego z bliskiej odległości.

Oprócz ciekawej opowieści, twórcy „Harry’ego Browna” próbują dociec przyczyny wykastrowania w młodych ludziach jakichkolwiek ludzkich uczuć. Myślę, że odpowiedź na to pytanie jest dość prosta. W liberalnym modelu świata trzeba zaistnieć, aby dla kogokolwiek coś znaczyć. Jakikolwiek sukces odniesiony dzięki ciężkiej pracy przestał mieć większe znaczenie. Wszak liberalizm oznacza wolność w samorealizacji, a co za tym idzie, płynną granicę między tym, co wolno, a czego nie. Nic więc dziwnego, iż jeśli rodzice tych dzieciaków nie czuli żadnego bata nad głową, dostawali pieniądze na życie z najróżniejszych państwowych instytucji, również dzieciaki nie będę kończyły żadnych szkół ani tym bardziej nie będą ciężko pracowały na to, by odnieść jakiś sukces. W tym oceanie ludzkiej masy znajdą się rekiny, które przekonają gówniarzy, iż w liberalnym państwie można łatwo zdobyć kasę i szacunek reszty ziomków. Wystarczy tylko zająć się rozprowadzaniem narkotyków czy najrówniejszego rodzaju kradzieżami. Młodzi ludzie widząc, iż są nietykalni, czują się coraz mocniej. Przestaje ich interesować, czy ktoś wokół cierpi, życie ludzkie zaczyna dla nich oznaczać tylko dochód lub stratę jakiejś sumy pieniędzy.

Główny bohater, Harry Brown, przyznaje się do tego, iż w przeszłości również zabijał. Był bowiem angielskim żołnierzem pacyfikującym irlandzkich bojowników w Ulsterze. Przyznaje jednak, iż dla swoich wrogów miał szacunek, bowiem wiedział, że walczyli oni w imię takich zasad jak wolność i suwerenność. Dzisiaj widzi młodzież jako zdziczałą masę pragnącą zobaczyć drugiego człowiek utopionego w kałuży krwi. Podejmuje więc walkę, bo nic innego go nie trzyma przy życiu. Nie ma dla kogo żyć, po śmierci przyjaciela wszystko, nawet takie drobiazgi jak szachy, przestały mieć dla niego znaczenie. Co ważne, przestaje również czuć szacunek dla siebie. Zdaje sobie bowiem sprawę, iż nie walczy w imię wartych poświęcenia ideałów. Dotarł w swoim życiu do ściany, która oznacza dla niego albo poddanie się i śmierć, albo walkę, obojętnie z kim i o cokolwiek. W międzyczasie Brown poznaje policjantkę, która doskonale zdaje sobie sprawę z szaleństwa, w jakie powoli popada spauperyzowane społeczeństwo blokowisk. Uczestniczy w akcji swojego szefa przeciwko handlarzom broni i narkotyków. Okazuje się, jednak, iż tak naprawdę akcja przeprowadzona została tylko po to, aby ją później przedstawić w mediach jako wielki sukces londyńskiej policji. Bo tak naprawdę kto z kilkudziesięciu milionów ludzi zamieszkujących Wielką Brytanię będzie wiedział, iż w rzeczywistości nieprzygotowana akcja przyniosła więcej strat niż pożytku?

Sposób rozprawienia się Harry’ego Browna z młodocianymi barbarzyńcami to także płaszczyzna do dyskusji twórców filmu z nami, jego odbiorcami. Czy to, co zrobił bohater jest dopuszczalne? Czy ma cokolwiek wspólnego z moralnością? Czy może Harry Brown zabijając pierwszego z nastoletnich oprawców stał się taki jak oni, pozbawionym skrupułów mordercą? Myślę także, iż film Barbera jest też w pewnym sensie pośrednim sygnałem do refleksji o słuszności kary śmierci. Państwo bowiem ma obowiązek każdemu, przede wszystkim zaś starszemu, zasłużonemu w obronie ojczyzny człowiekowi, zapewnić względne bezpieczeństwo. A jeśli nie da się zrobić tego inaczej niż przez eliminację najzagorzalszych zwolenników przemocy?

Na koniec kilka słów o roli Michaela Caine’a. Takie role zapamiętuje się na długo. I nie tylko dlatego, iż są pełne niuansów i wieloznaczne, bo tego słowami ująć się nie da. Po prostu trzeba to zobaczyć. Dla mnie Harry Brown jest przede wszystkim bardzo wiarygodną postacią. Momentami miałem wrażenie, iż film jest fabularyzowanym dokumentem przedstawiającym istniejącego w rzeczywistości człowieka. Kto wie zresztą, czy to nie było najważniejsze zamierzenie reżysera, mianowicie zwrócić się do nas z prowokacyjnym zapytaniem, co wy byście zrobili na miejscu Browna? 

poniedziałek, 03 maja 2010
Rewers reż. Borys Lankosz



Awers
Film Borysa Lankosza opowiada historię mieszkających ze sobą trzech kobiet – najmłodszej Sabiny, jej matki i babci. Reżyser najwięcej uwagi poświęca najmłodszej z nich. Dziewczyna jest zamkniętą w sobie, cichą i spokojną pracownicą warszawskiego wydawnictwa. Kocha literaturę, jest typem wrażliwca wyczulonego na nieszczęścia opisywane za pomocą słów. W wydawnictwie pracuje jako redaktorka w dziale poezji. Jednak życie Sabiny dalekie jest od sielanki. Nie tylko nie do końca potrafi znaleźć się wśród socjalistycznych priorytetów organizujących pracę pisarzy, lecz także jest nieszczęśliwa w życiu prywatnym. Dziewczyna bowiem nie może sobie znaleźć odpowiedniego kandydata na męża. Wszyscy mężczyźni, z którymi spotyka się, są albo nieudacznikami albo pijakami. Sytuacja diametralnie zmienia się, kiedy miłośniczka poezji poznaje tajemniczego Bronka, faceta męskiego, twardego, lecz także sympatycznego i otwartego.

Matka Sabiny grana przez Krystynę Jandę jest typem osoby, która co prawda pamięta świetność przedwojennej Polski, jednak nie odbiera komunizmu jako dobrego usprawiedliwienia dla bierności. Uważa, iż w każdym czasie człowiek powinien żyć i czerpać z życia jak najwięcej radości. Nie wysługuje się nowej władzy, z drugiej jednak strony stara się przyzwyczaić do panujących w Polsce warunków.

Babcia jest przedstawicielem przedwojennych Polaków, którzy w „nowych ludziach” widzą tylko zło. Podobnie jak jej córka i wnuczka symbolizuje przedwojenną, patriotyczną inteligencję, która przed wojną była elitą narodu, w czasie wojny czynnie walczyła z okupantem, zaś czasy powojenne traktuje jako kolejna okupację, tym razem bolszewicką. Starowinka tak naprawdę szykuje się na śmierć. Ostatnim jej marzeniem jest wydanie wnuczki za mąż za dobrego i uczciwego człowieka.

„Rewers” jest typem filmu słodko-gorzkiego, w którym sytuacje zabawne przeplatając się z tragicznymi. Przyczyną tych drugich jest czas, w jakim rozgrywa się akcja filmu. Chodzi tu bowiem o początek lat pięćdziesiątych, kiedy pierwszym sekretarzem partii był towarzysz Bierut. Jak wiadomo, w tym okresie w Polsce szczególnie brutalnie rozprawiano się właściwe z każdym podejrzanym politycznie czy ideologicznie elementem. Nic więc dziwnego, iż w spokojne dotąd, nic nie mające wspólnego z polityką życie trzech kobiet wkracza UB. Bezpieczniakiem jest bowiem Bronek, wybranek Sabiny. Dziewczyna najpierw zakochuje się w nim do szaleństwa, oddaje mu się bez wahania, dopiero później odkrywa kim tak naprawdę jest mężczyzna. Całkowicie pogrążona w uknutej przez niego intrydze, nie widzi żadnego wyjścia z pułapki. Prawie żadnego.

Ów tragikomiczny klimat cały czas unosi się nad filmem. Bardzo zabawne są perypetie Sabiny z kolejnymi kandydatami na męża. Równie zabawny jest szef wydawnictwa, który na ogromnym biurku, pod portretem Marksa, „zalicza” kolejne podległe mu pracownice. Już trochę mniej zabawne są pijackie dywagacje partyjnych aparatczyków, którzy może i gadają głupoty, ale potrafią także na człowieka nasłać UB. Uśmiech na twarzy zamiera, kiedy Bronek wprost tłumaczy głównej bohaterce, czego tak naprawdę od niej oczekuje i co może się stać, jeśli ona tych oczekiwań nie spełni. Podobnie rzecz się ma ze smutnymi panami w prochowcach, którzy o różnych porach przychodzą aresztować śledzonych wcześniej ludzi. Z dzisiejszej perspektywy dokładnie wiemy, co z takimi ludźmi się działo.

Znakomicie prezentują się w „Rewersie” zdjęcia autorstwa Marcina Koszałki. Większość biało-czarnych doskonale pasuje do kronik filmowych, które postanowiono wykorzystać w filmie. Mimo optymizmu wielu obywateli, lata 50-te były jednak czasem, w którym ludzie pamiętający wojnę i walkę z dwoma okupantami bali się nowej władzy. Pomimo propagandy komunistycznej, doskonale wyczuwali jej fałsz. A jak wiadomo, wystarczyło jedno nierozważnie rzucone zdanie, by smutni panowie w kapeluszach zapukali nocą do drzwi. Stąd zapewne tytuł filmu, sugerujący, iż życie wielu obywateli miało swoją oficjalną wersję, jak również swoisty rewers, drugą stronę, katolika, patrioty, wolnościowca, buntownika, którą skrzętnie ukrywało się przed nową władzą. Jak się bowiem okazuje, bolszewiccy czynownicy szkoleni przez doświadczonych towarzyszy z byłej NKWD doskonale podejść umieli nie tylko niewykształconego robotnika, lecz także inteligentną panienkę z dobrego domu.

Rewers
Trudno nie zauważyć plusów filmu, który opowiadając o historii Polski robi to ze swadą i bez umoralniającego patosu. Film bowiem jest świetnie nakręcony, wyśmienicie zagrany i na dodatek „zaopatrzony” w ironiczny komentarz wyrażony fragmentami kronik z życia ludzi we współczesnej Polsce.

Mnie jednak coś w tym filmie nie do końca się podobało, coś, co według mnie najzwyczajniej do niego nie pasuje. Domyślam się, iż Lankosz chciał, by jego film zarówno stanowił źródło refleksji nad pewnym wycinkiem historii Polski, ale myślę, że zależało mu również na tym, aby „Rewers” był zaskakującym filmem, który ogląda się na jednym wdechu. Słuszna to koncepcja, ale czy w jego filmie konsekwentnie zrealizowana Zgrzyty zaczynają się w momencie, kiedy zrozpaczona Sabina postanawia zabić swojego Bronka-Ubeka. Podaje mu zatrutą wodę, po wypiciu której agent w męczarniach umiera. Ale to nie koniec makabry. Zszokowana całą sytuacją matka w specyficzny sposób postanawia pozbyć się ciała. W kadzi znajdującej się u brata Sabiny, dyspozycyjnego wobec władzy malarza, kobiety rozpuszczają ciało komunistycznego szpicla. Z jednej strony komedia prawie romantyczna, z drugiej trup rozpuszczający się  w kwasie. Z jednej strony ogromna chęć spokojnego życia ludzi, którzy przeżywali wojnę, z drugiej zaś kolejna okupacja i mnożące się absurdy, których autorami są niedouczeni, a przede wszystkim niekompetentni, bo wybierani z klucza partyjnego urzędnicy. Niby wszystko w filmie Lankosza powinno harmonijnie wybrzmiewać w genialną całość. Ale chyba nie wybrzmiewa. Dlaczego Trudno mi dokładnie określić. Najzwyczajniej w świecie nie zachwycił mnie ten film tak, jak tego oczekiwałem. Może miałem zbyt duże oczekiwania

Nie zmienia to faktu, iż tego typu filmy powinny powstawać. Choćby po to, aby widzowie mogli zmagać się nimi i o nich dywagować. Wszak to kino odważne, niejednoznaczne i wymykające się jakiemukolwiek uszeregowaniu. To kino, którego specyfikę porównać można do twórczości braci Coen. Ci w swoich obrazach nie stronili ani od dziwnego, momentami smoliście czarnego humoru jak również od makabry. Tyle że ich nie obchodziło historyczne tło. Byli bardziej zainteresowani obyczajowością Amerykanów. Niewątpliwie także zarówno „Rewers” jak i  „Dom zły” mogą stanowić doskonały wstęp do rozmów o komunizmie oraz o tym, co ów system zrobił z Polakami i jak to się ma do RP A.D. 2010. Nie chodzi mi jednak o rozmowy dotyczące konkretnych ludzi (kto był komuchem, a kto solidaruchem, kto byś świnia, a kto spał na styropianie), jak to się w establishmencie obecnie odbywa, lecz takie, które mogłyby przez kontekst komunizmu zdiagnozować współczesność.

piątek, 23 kwietnia 2010
Furia reż. Martin Campbell



Lubię filmy, w których samotny najczęściej bohater, policjant, dziennikarz albo jakiś odszczepieniec, odkrywa prawdę o gigantycznym spisku korporacyjno-rządowym. Nawet bowiem ktoś nie do końca zorientowany w politycznych rozgrywkach musi mieć świadomość, iż duża władza i ogromne pieniądze psują każdego człowieka. Mnóstwo ludzi bowiem zaczyna swoją polityczną przygodę tylko dlatego, by wreszcie zrealizować swoje marzenie o władzy. Podobnie rzecz się ma z korporacyjnymi bonzami, którzy przecież nigdy nie doszliby do swoich pozycji, gdyby nie różnie interpretowana aprobata tego czy innego wpływowego polityka. Dlatego też dowiedziawszy się, iż najnowszy film z Melem Gibsonem będzie właśnie obracał się wokół tej tematyki, niezwłocznie po niego sięgnąłem. Warto było? Niestety, nie.

Po kilku latach nieobecności do ojca wraca Emma Craven. Ostatnio między nimi nie układało się najlepiej, jednak Thomas Craven jest niezmiernie szczęśliwy, iż znowu będzie mógł się zobaczyć z jedynym dzieckiem. Policjant już na początku wizyty zauważa, iż z jego córką jest coś nie tak. Dziewczyna jednak swoją niedyspozycję tłumaczy przepracowaniem. W pewnym momencie jednak błaga ojca, by ten zawiózł ją do szpitala. Kiedy w ogromnym pośpiechu wychodzą z domu, dziewczyna zostaje śmiertelnie postrzelona przez nieznanego, zamaskowanego sprawcę. Załamanemu, samotnemu, ale twardemu i zdesperowanemu ojcu nie pozostaje nic innego, jak tylko znaleźć ludzi odpowiedzialnych za śmierć jego dziecka.   

Co odkrywa zrozpaczony ojciec? Jego córka pracowała w potężnej korporacji, która za zgodą amerykańskiego rządu prowadziła badania nad nowoczesnymi źródłami energii. Jak nietrudno się domyślić, badania były tylko przykrywką dla innej działalności. Korporacja na zamówienie różnych organizacji produkowała tzw. „brudne bomby”. O wszystkim oczywiście wiedzieli wpływowi kongresmani i senatorowie. Po co terrorystom sprzedawano niewielkie ładunki nuklearne? Nie zostało to wyjaśnione w filmie, ale zapewne chodzi o to, aby od czasu do czasu gdzieś taka bombka wybuchła, dzięki czemu Amerykanie prowadzić mogliby kolejne działania wojenne na dowolnym terenie, np. w Afganistanie labo w Iranie.

Córka bohatera odkryła cały spisek i zaczęła o nim informować bardzo wpływowych ludzi. Ci oczywiście nabrali wody w usta. Dziewczyna podjęła więc decyzję, aby sprawę rozwiązać bardziej radykalnie. O wszystkim poinformowała jedną z organizacji ekologicznych. Jej członkowie postanowili dostać się na teren korporacji, by naocznie przekonać się o jej niecnych przedsięwzięciach. Szefowie szybko się jednak połapali w czym rzecz i unieszkodliwili bojowników. Emma została sama i właśnie dlatego postanowiła wtajemniczyć we wszystko ojca. Jak już wiadomo, tego zrobić nie zdążyła.

Początek filmu jest bardzo obiecujący. Pomimo wykorzystania schematu „zdesperowanego ojca”, historię z wiarygodnym Melem Gibsonem ogląda się dosyć dobrze. Jednak już w połowie seansu wiemy, o co tak naprawdę chodzi w całej historii. Nasze emocjonalne zaangażowanie spada do zera i już tylko czekamy, kiedy wreszcie złych panów spotka to, na co zasługują. Tym bardziej, że główny bohater nie działa sam. W pewnym momencie bowiem przyłącza się do niego rządowy cyngiel, który dowiedziawszy się o tym, że jest śmiertelnie chory, postanawia wreszcie zerwać z fuchą gościa od brudnej roboty.

Trudno w „Edge of Darkness” doszukiwać się innego niż polityczny drugiego dna. Martin Campbell próbuje nas przekonać, iż wszystkie operacje wojskowe Amerykanów to nie jest tylko i wyłącznie szlachetna misja niesienia pokoju i kaganka demokracji. Jednak wszystkie rządowo-korporacyjne machloje zostały w jego filmie pokazane w sposób bardzo prosty i jednoznaczny. Właściwie już na początku można domyślić się, kto po jakiej stronie stoi. Sama intryga również do szczególnie skomplikowanych ani emocjonujących nie należy.

„Edge of Darkness” jest jedynym z tych filmów, o których zaraz po seansie się zapomina. Podobnych jemu powstało mnóstwo, zarówno lepszych jak i gorszych. Ten Campbella z czystym sumieniem można sobie darować. Tym bardziej, iż zawsze nawet po raz drugi czy trzeci można zobaczyć „Bourne Identity” Douga Limana czy „Bourne Ultimatum” „Bourne Supremacy” Paula Greengrassa, kino podobne, jednak w każdym elemencie filmowego rzemiosła o kilka klas przewyższające „Edge of Darkness”.

czwartek, 15 kwietnia 2010
ENEN reż. Feliks Falk



Jest rok 1997. Wrocław zmaga się z powodzią stulecia. Bohater filmu, doktor Konstanty Grot, dowodzi ewakuacją pacjentów ze szpitala psychiatrycznego. W placówce, do której przewieziono chorych, jego uwagę przykuwa jeden z mężczyzn. Psychiatra próbuje nawiązać z nim kontakt, lecz to okazuje się niemożliwe. Z czasem aura tajemniczości wokół nieznanego pacjenta zaczyna coraz bardziej intrygować dra Grota. Podejmuje on śledztwo, którego celem jest znalezienie jakichkolwiek informacji o dziwnym mężczyźnie. Ten bowiem, nie tylko nie mówi, lecz prawie w ogóle nie kontaktuje się z otoczeniem. Na domiar złego, ktoś naumyślnie ukradł prawie całą dokumentację medyczną. Grot postanawia pomóc zniszczonemu przez czas u chorobę mężczyźnie. Widzi w nim bowiem przede wszystkim cierpiącego człowieka, który tak naprawdę chce kontaktować się z otaczającą go rzeczywistością. Doktor nie tylko zabiera chorego do swojego domu, lecz także podejmuje się śledztwa, które może przywrócić mu prawdziwą tożsamość. Szybko jednak okazuje się, iż wielu ludziom nie podoba się to, iż psychiatra bezinteresownie zajmuje się dotkniętym amnezją człowiekiem. Przeciwna jest temu żona, jego koledzy ze szpitala oraz promotor rozprawy doktorskiej. Wszyscy namawiają go, żeby zajął się sobą, a nie jakimś przybłędą, których na świecie jest mnóstwo. Jednak kiedy rodzina Grota zostaje napadnięta przed domem, lekarz uświadamia sobie, iż przeszłość chorego skrywa tajemnice, których ujawnienie dla jakichś ludzi może być bardzo nieprzyjemne.

Feliks Falk po raz kolejny nakręcił intrygujący, który ogląda się z ciekawością. Dzięki dokumentalnym zdjęciom sprzed ponad dziesięciu laty, od razu da się wyczuć klimat miasta walczącego z żywiołem. Od razu także do pewnego stopnia przekonują postacie. Mam tu na myśli zarówno doktora Grota (Borys Szyc) oraz nomen nescio (Grzegorz Wolf). Sama historia również na swój sposób zaciekawia. Interesujący jest nie tylko główny watek filmu, a więc poszukiwania informacji na temat życia chorego oraz próba dotarcia do jego samego, lecz także wątki poboczne, jak chociażby perypetie związane z rodziną psychiatry. 

Ale najważniejszą warstwą w filmie Falka jest związek lekarza z obcym dla niego mężczyzną. Najistotniejsze w tej kwestii jest pytanie, dlaczego w ogóle Grot postanowił w tak nietypowy sposób zająć się nim? Żaden tak naprawdę lekarz nie robi tego. Żaden owszem, ale dla dobrego powinno być to poniekąd obowiązkiem W pewnym sensie „ENEN” jest oskarżeniem państwa polskiego reprezentowanego przez polityków, dla których ochrona potrzebujących zawsze podczas kampanii wyborczych jest priorytetową sprawą. Filmowy pacjent do szpitala trafił jeszcze za komuny. Jednak w wolnej Polsce jest traktowany tak samo, jak wtedy. Nikogo on nie interesuje, a personel szpitali dba tylko o to, aby chory miał co jeść i aby regularnie łykał tabletki. Choroba pacjenta, jakakolwiek terapia i próba znalezienia remedium na jego przypadłość jest już mało ważna. Grot na przekór wszystkiemu, wyłamując się z utartych schematów nie tylko wypełnia przysięgę Hipokratesa, lecz przede wszystkim ujawnia swoje ludzkie odruchy. Widzi bowiem w swoim pacjencie istotę skrzywdzoną, której niezbędna jest pomoc. Pokazuje głęboko chrześcijańską postawę, choć jej tak nie nazywa. Nie wiemy nawet tego, czy jest osobą wierzącą.

W pewien sposób, „ENEN” portretuje także współczesnych Polaków. Aby ujawniły się w nas pewne prawdziwe cechy oraz spontaniczne zachowania, potrzebny jest odpowiedni katalizator. W filmie tym katalizatorem jest potrzebujący pomocy chory. Kiedy jego postać przestaje być już tylko oznaczonym jakimś numerem ciałem, na scenie pokazują się postacie, które w przeszłości zetknęły się z bohaterem. Falk pokazuje ludzi, którzy zaczynali swoje kariery w latach siedemdziesiątych. Tak naprawdę oni dalej żyją moralnością, jakiej oczekiwano od ludzi za czasów słusznie minionej epoki. Osobnicy niby na poziomie - radni, wykładowcy na uniwersytetach, prokuratorzy, sąsiedzi – jednak, kiedy na horyzoncie pojawia się niebezpieczeństwo ujawnienia ich niecnych czynów z przeszłości, bez zająknięcia kręcą, kluczą, oszukują, a nawet nasyłają na próbującego dociec prawdy najemnych zbirów. Z drugiej strony Falk przedstawia ludzi młodych, którzy komuny nie znają (student Robert) albo żyli w niej jako dzieci i nie zdążyli nasiąknąć jej destrukcyjnym wpływem (doktor Grot). Ci są o wiele odważniejsi, nie dbają już tylko o własny interes, potrafią także zwrócić uwagę na potrzebny innego człowieka. Pragną nie tylko realizować się zawodowo, lecz także chcą bezinteresownie zrobić coś dla kogoś. Nie interesuje ich od wieków przestrzegana pusta tradycja ani konwenans narzucony przez większość. Potrafią sami podejmować decyzje i szukać własnej drogi życia.

Dlaczego jednak najnowszy film Feliksa Falka nie do końca przekonuje i nie wstrząsa jak chociażby jego wcześniejszy „Wodzirej”? Pomimo kapitalnego pomysłu na scenariusz, wydaje mi się, że reżyser nie wykorzystał tkwiącego w nim potencjału. Moim zdaniem ułomność filmu tkwi w braku twórczej konsekwencji. Z jednej bowiem strony reżyser chciał zrobić film o chęci akceptacji, miłości oraz bycia komuś potrzebnym, z drugiej zaś próbował uatrakcyjnić swój film wykorzystując konwencję thrillera (im bohater posiada więcej wiadomości na temat przeszłości swojego bohatera, tym większe grozi niebezpieczeństwo jemu oraz jego rodzinie ze strony dość wpływowych ludzi). Niestety, jakkolwiek ciekawy, nie do końca udał pomysł połączenia tych dwóch konwencji. Jak na dramat psychologiczny za mało w filmie Falka jest oryginalnych, intrygujących i ciekawych spostrzeżeń dotyczących natury ludzkiej. Zbyt prosto wygląda dotarcie do zamkniętego w sobie bohatera. Wstrząsające nim wydarzenia, dzięki którym zaczął cokolwiek o sobie mówić, spowodowane są nie ciężką praca Grota, a przypadkowym znalezieniem się w odpowiednim czasie i miejscu (scena nad rzeką oraz program telewizyjny). Jeśli zaś chodzi o konwencję thrillera, w przypadku „ENEN” ma on po prostu zbyt prostą konstrukcję, sprowadzającą się do nawiedzania kolejnych osób mających związek z przeszłością znajdującego się pod opieką psychiatry bohatera. Nie można w tym wypadku mówić ani o atmosferze narastającego zagrożenia, ani o budowaniu suspensu.

„ENEN” dołączy także do grona polskich filmów, które realizacyjnie przypominają spektakl Teatru Telewizji. I nie jest to bynajmniej komplement, a zarzut. Wielokrotnie już o tym pisałem, iż w przeciwieństwie do Amerykanów, Polacy nie potrafią opowiadać ciekawych historii. Niby mamy znanych na świecie operatorów, w Polsce także co roku odbywa się festiwal filmowy poświęcony sztuce operatorskiej. Co z tego jednak, kiedy sporo polskich filmów opowiedzianych jest tak, jak opowiada się seriale. Poprawnie, bez błędów, ale także bez finezji i koniecznego w wielkim kinie odmalowania nie tylko perypetii głównych bohaterów, lecz także świata, w którym oni funkcjonują. Wszystko bowiem w „ENEN” mogłoby, tak jak u „Dogville” u von Triera, rozgrywać się w hali przy użycie umownych dekoracji i kilku niezbędnych rekwizytów. Nie do końca również wyszła także Falkowi praca z aktorami. Tak jak można by godzinami rozprawiać o talencie Borysa Szyca, tak po prostu nie nadawał on się do roli Konstantego Grota. Jest bowiem zbyt ekstrawertyczną osobowością, by mogła ona sprawdzić się jako anielsko cierpliwy psychiatra starający się dociec przyczyn stanu zdrowia psychicznego swego pacjenta. Myślę, że mamy wielu innych aktorów, którzy lepiej pasowaliby do stworzonej na papierze postaci. Za to znakomite role stworzyli Krzysztof Stroiński oraz Grzegorz Wolf. Pierwszy kapitalnie sprawdza się jako odtwórca postaci niejednoznacznych, pękniętych, może w głębi ducha dobrych, ale z powodu grzechów na sumieniu postrzeganych jako ludzi fałszywych i dwulicowych. Za to Wolfowi udało się stworzyć kreację kompletną, bez ani jednej fałszywej nuty, ani jednego niepotrzebnego gestu czy słowa. Jego rola jest zdecydowanie najmocniejszym punktem filmu, szkoda tylko, że nie do końca wykorzystanym. 

Pomimo widocznych wad, „ENEN” jest ciekawym filmem, którego seans na pewno nie będzie stratą czasu. Udowadnia bowiem, przynajmniej mi, iż w naszym kraju będzie w miarę normalnie dopiero wtedy, kiedy decydentami na wszystkich szczeblach nie będzie ludzi, których charakter i mentalność zostały ukształtowane w czasach komunizmu. Nie twierdzę, iż ktoś urodzony w latach 80-tych czy pod koniec 70-tych jest lepszym człowiekiem. To zresztą temat na bardzo długa dyskusję. Rzecz w tym, iż w moim przekonaniu w ludziach nie dotkniętych piętnem komunizmu tkwi więcej odpowiedzialności i konsekwencji, niż w tych ukształtowanych przez dziesięciolecia socjalizmu. Czy mam rację? Czy Falk w „ENEN” ma racje? To pokazać może tylko historia. 
środa, 07 kwietnia 2010
Prawo zemsty (Law Abiding Citizen) reż. F. Gary Gray



Do obejrzenia filmu „Law Abiding Citizen” przyciągnęły mnie trzy nazwiska – aktorów Jamie’ego Foxxa i Gerarda Butlera oraz scenarzysty Kurta Wimmera. Poza tym lubię sobie obejrzeć od czasu do czasu nie do końca banalne i porządnie zrobione kino sensacyjne. A w tym ostatnim Amerykanie są naprawdę dobrzy. Oczekiwałem więc od filmu F. Gary’ego Gray’a porządnej rozrywki. Nic więcej. Niestety, akurat na tym filmie zawiodłem się dosyć mocno.

Sam pomysł na scenariusz, a uściślając, na zawiązanie akcji, był kapitalny. Pracujący jako wynalazca Clyde Shelton żyje sobie szczęśliwie i spokojnie na przedmieściach Filadelfii wraz z żoną i córeczką. Pewnego dnia podczas napadu dwóch bezwzględnych rabusiów zabijają najukochańsze osoby naszego bohatera, zaś jego poważnie ranią. Podczas procesu prokurator nagle zmienia swoja taktykę i aby odnieść sukces z jednym z przestępców idzie na ugodę po to, aby drugi dostał karę śmierci. Rzecz w tym, iż skazany łotr tylko przyglądał się temu, jak z zimną obojętnością jego sprytny kolega pozbawia życia żonę i kilkuletnią córeczkę Sheltona. Ten ostatni nie może zrozumieć, jak amerykański wymiar sprawiedliwości, w który tak wierzył, praktycznie wypuścił na wolność podwójnego mordercę. Próbując dojść sprawiedliwości zostaje odrzucony przez wszystkie instytucje. Dochodzi do wniosku, iż tylko zemsta może przynieść mu ukojenie. Po dziesięciu latach jego osoba dla wszystkich prawników i urzędników zaangażowanych w proces stanie się budzącym paniczny strach koszmarem.

Początek filmu rzeczywiście daje sporo do myślenia. Mamy bowiem człowieka, który doznał niewyobrażalnej krzywdy. Namiastką pocieszenia ma być dla niego sprawiedliwy proces. Nagle okazuje się, iż sprytni i oczekujący poklasku prawnicy potrafią tak wykorzystać system sprawiedliwości, by służył on przede wszystkim adwokatom, prokuratorom, sędziom oraz wszystkim pragnącym tego urzędnikom. Na pozór wszystko wydaje się być w porządku, bo jeden z przestępców zostaje skazany na śmierć, drugi zaś na kilka lat więzienia. Żadnego jednak z pracowników wymiaru sprawiedliwości nie interesuje, jak wielką krzywdę uczyniło dwóch zbirów. Nie chodzi tylko o głównego bohatera filmu, ale przede wszystkim o młodą kobietę oraz jej kilkuletnia córkę. W pewnym sensie film Gray’a podejmuje także temat kary śmierci. O przestępstwach, jakie poczynili dwa zwyrodnialcy z filmu, słyszymy można by rzec, codziennie. Wyrok więzienia, jakikolwiek, wydaje się kpiną ze sprawiedliwości. Po pierwsze, dlatego, iż nijak ma się do wymierzenia sprawiedliwości za popełniony czyn, po drugie zaś, dlaczego ciężko pracujący podatnicy muszą łożyć ogromne pieniądze na utrzymanie kogoś takiego jak morderca dzieci.

Później jednak, kiedy film wskakuje na swoje właściwe fabularne tory, mamy do czynienia z klasyczną sensacją, polegającą na wyścigu z czasem i przewidywaniu tego, co planuje mściciel. A on nie tylko pragnie zemsty na wszystkich, którzy przyczynili się do nieuczciwego według niego procesu, lecz także na wszystkich reprezentantach władzy w Filadelfii. I w tym momencie scenarzyście puściły jakiekolwiek hamulce i dał w ręce Clyda Sheltona taką władzę i umiejętności, o których Jigsaw, Michael Scofield czy MacGyver mogli sobie pomarzyć. Okazuje się bowiem, iż grany przez Butlera bohater jest genialnym wynalazcą, który dzięki swej przenikliwości był wynajmowany przez rząd jako morderca ludzi nie tylko szkodzących aparatowi państwowemu, lecz przede wszystkim niedostępnych „klasycznym” kilerom. Nic więc dziwnego, że planowana przez 10 lat zemsta sieje postrach zarówno wśród ludzi mieszkających w Filadelfii jak również w gronie całego jej establishmentu.

W pewnym momencie film nabiera wręcz bajkowego wymiaru, ponieważ osadzonemu w areszcie Sheltonowi udają się rzeczy wręcz niewiarygodne. Ale to nie przekłada się wcale na atrakcyjność filmu. Wiarygodna bowiem sytuacja z jego początku przeradza się w schematyczna bzdurę, którą z czasem coraz trudniej ogląda się bez grymasu zniesmaczenia.

Jak wiele tego typu produkcji zza oceanu, „Law Abiding Citizen” broni się doskonale jako świetnie zrealizowana od strony technicznej fabuła. Trudno jej cokolwiek zarzucić w takich sferach filmowego rzemiosła jak zdjęcia, montaż czy utrzymanie właściwego tempa. Wiarygodnie, choć bez fajerwerków, zagrali także gwiazdorzy hollywoodzkiego kina, czyli Jamie Foxx i Gerard Butler. Zwłaszcza ten pierwszy stworzył niezłą kreację cynicznego prokuratora, który wszem i wobec przekonywająco opowiada o swojej misji bronienia dobrych ludzi przed złymi. Ma się wrażenie, iż gość tak często powtarza stworzone przez siebie truizmy, iż zaczyna szczerze w nie wierzyć.

Wracając do początku filmu, chciałoby kiedyś zobaczyć wiarygodny film, niekoniecznie uwieńczony happy endem opowiadający o normalnym facecie skrzywdzonym zarówno przez przestępców jak i urzędników państwowych, który rzeczywiście w akcie desperacji sam wymierza, może słusznie, a może nie, według niego sprawiedliwą karę. W polskim kinie mieliśmy coś podobnego, jeden z najważniejszych i najlepszych filmów w historii rodzimej kinematografii, mianowicie „Dług” Krzysztofa Krauze. Temat więc ciekawy, jedynie scenarzysta musiałby go opakować w ciekawą historię, a reżyser uwzględniając przede wszystkim realizm sytuacji oraz wiarygodność motywacji bohatera odpowiednio to zrealizować.
sobota, 27 marca 2010
Spotkanie reż. Thomas McCarthy



Istnieją w kinematografii filmy, których odbiór determinowany jest przez wiek widza. Oczywistością jest twierdzenie, iż z czasem nabieramy doświadczenia, zdobywamy wiedzę przez co lepiej potrafimy zrozumieć otaczająca nas rzeczywistość. Nasze osobowości kształtują nie tylko wydarzenia, które oceniamy jako pozytywne, lecz także te wymagające od nas wyrzeczeń oraz sprawiające nam ból i cierpienie. Siłą rzeczy więc dzieło filmowe inaczej będzie odbierał widz młody, a w inny sposób ktoś, kto ma kilkadziesiąt lat na karku i niejedno w życiu przeżył.

Takim filmem, w interpretacji którego bagaż doświadczeń może stać się cennym narzędziem jest obraz „Spotkanie” Thomasa McCarthy’ego, twórcy pamiętnego „Dróżnika”. Jego bohaterem jest starszy, uznany w świecie uniwersyteckim profesor specjalizujący się w ekonomii. Szanują go zarówno koledzy jak i studenci. Jednak wszyscy spotykający go znajomi, pozdrawiający i próbujący nawiązać konwersację rzekomi przyjaciele nie znają jego największej, skrzętnie skrywanej tajemnicy. Prof. Walter Vale, rewelacyjne zagrany przez Richarda Jenkinsa, jest bowiem wrakiem człowieka. Od śmierci żony, świetnej pianistki i szanowanego pedagoga, jego życie trawi pustka i samotność. W pracy dydaktycznej od lat powiela wypracowane w przeszłości schematy, zaś kariera naukowa sprowadza się do biernego uczestnictwa w konferencjach, naradach i sympozjach. Każdy jego dzień jest taki sam - szary, pozbawiony większych emocji i przeraźliwie nudny. Kłującą ciszę wypełniającą dom stara się ożywić muzyką, lecz pobierane przez niego lekcje muzyki okazują się jeszcze jedną stale rozdrapywaną raną przypominającą o stracie najukochańszej i najdroższej osoby.

Nagle jednak życie prof. Vale’a odmienia się diametralnie. Trochę na skutek przypadku, trochę z powodu własnej bierności, bohater wyjeżdża na konferencję, na której ma przeczytać referat przygotowany przez swoją koleżankę. Kiedy jednak wchodzi do swojego nowojorskiego domu, okazuje się, iż zamieszkuje w nim para młodych imigrantów z Syrii i Senegalu. Początkowo profesor wyrzuca ich ze swego domu, kiedy jednak poznaje, iż Terek i Zainab są uczciwymi ludźmi, którzy przede wszystkim pracą chcą cokolwiek osiągnąć w USA, pozwala im zamieszkać u siebie. Jego życie przestaje razić samotnością, a nawet nabiera rumieńców, kiedy razem z młodym Syryjczykiem zaczyna grać na bębnach. Jednak wszystko zaczyna się psuć, kiedy na skutek przypadku Terek zostaje aresztowany. Okazuje się, iż para imigrantów przebywa na terenie Stanów Zjednoczonych nielegalnie. Po jedenastym września władze amerykańskie mocno zaostrzyły procedury imigracyjne, przez co większości nielegalnie przybywających do Ameryki grozi deportacja. Niespodziewanie prof. Vale sens życia odnajduje w próbie uwolnienia swojego młodego przyjaciela z więzienia imigracyjnego. Oprócz tego stara się pocieszać narzeczoną Tereka, a przede wszystkim poznaje jego matkę, Mounę Khalil, piękną i dumną kobietę, która dla syna gotowa jest nawet oddać życie.

„Spotkanie” jest filmem w niezwykle sugestywny, a co ważniejsze prawdopodobny, sposób ukazujący, co dzieje się z człowiekiem znajdującym się pod jarzmem samotności. Vale, człowiek wykształcony, światły o obyty w świecie, pozbawiony celu żyje jak maszyna. Nie marzy, nie planuje, nie stara się wybrnąć z marazmu. Wszystkie czynności wykonuje machinalnie, ludzi dookoła także traktuje jak niegroźne insekty, które można zbyć machnięciem ręki. Cierpi z powodu straty żony, nie potrafi jednak wydostać się z okopów bólu, by znaleźć w szarzyźnie codziennej egzystencji choć jedną rzecz dającą mu satysfakcję. Kiedy orientuje się, iż nie ma talentu muzycznego i jego lekcje gry na pianinie nie za bardzo mają sens, sprzedaje piękny instrument należący do jego żony. Nie chce także wyjechać na sympozjum do Nowego Jorku, wiem bowiem, iż nie wyniesie z niego nic, co mogłoby go zainteresować.

Nagle jednak dokonuje się nim zmiana, co sugerowałoby, iż gdzieś bardzo głęboko w jego duszy tkwiło pragnienie powrotu do normalnego, pełnego emocji i ekscytacji życia. Dzięki młodym ludziom, niewykształconym nielegalnym imigrantom, bohater znowu poznaje fantastyczny smak życia. Nie przeszkadza mu, iż Terek i Zainab są na terenie Stanów Zjednoczonych bezprawnie. Widzi w nich przede wszystkim witalności i energię, która rozpiera wieli młodych ludzi. Docenia w nich także, iż oboje są twórcami i pragną swoim talentem dzielić się z innymi. Nie żebrzą w opiece społecznej o zapomogi, lecz ciężko i uczciwie pracują, by zaspokoić swoje podstawowe potrzeby. Wreszcie młody Syryjczyk nie tylko zaraża starego profesora miłością do etnicznej muzyki, lecz budzi w nim także dawno nieokazywanie uczucia ojcowskie. Vale posiada syna mieszkającego w Londynie, lecz w filmie ani razu nie kontaktuje się z nim, co mogłoby sugerować nie najlepsze stosunki panujące między ojcem a synem. Wreszcie po kilku dniach obserwacji matki Tereka, kobiety w pełni zaangażowanej w to, co robi, emanującej poświęceniem i miłością do drugiego człowieka (matczyną do syna), bohater zaczyna rozumieć, iż to uczucia, prawdziwe i szczere, nadają życiu sens i czynią go pięknym oraz satysfakcjonującym.

Ale „Spotkanie” Thomasa McCarthy’ego ma nie tylko wymiar psychologiczny i obyczajowy, lecz także polityczny i społeczny. W granicach Unii Europejskiej już można podróżować praktycznie bez żadnych kontroli. Nie trudno jest także osiedlić się w wypatrzonym przez siebie kraju. Zupełnie inaczej wygląda to w Stanach Zjednoczonych. Przed atakiem terrorystycznym z 11 września, amerykański problem z imigrantami związany był przede wszystkim z pracą. Godzący się pracować za niewielkie pieniądze przyjezdni zabierali pracę Amerykanom, tym samym niszcząc także gospodarkę. Po napaści Al-Kaidy na USA doszedł także aspekt bezpieczeństwa. Amerykanie nie wpuszczają na swój teren nawet obywateli z kraju, z którym rzekomo są w wielkiej przyjaźni, np. z Polski. Tym bardziej zaostrzyli prawo dla imigrantów przybywających z krajów arabskich. Każdy z nich może być wg. amerykańskich służb potencjalnym terrorystą godzącym w bezpieczeństwo Stanów Zjednoczonych. Reżyser jednak zapytuje, czy każdego muzułmanina należy wrzucać do jednego worka z etykietą „terrorysta”? Przez kreację postaci Tereka McCarthy chce powiedzieć, iż w Ameryce tak naprawdę dla wszystkich obywateli świata jest miejsce. Każdy uczciwy człowiek bowiem może być jednostką egzystującą w znacznej mierze dla pożytku społecznego. Ja jednak trochę nie dziwie się Amerykanom. Gdybym był obywatelem mieszkającym w Stanach Zjednoczonych popierałbym zdecydowaną większość działań mających zwiększyć bezpieczeństwo na terenie kraju. Nie mam tu oczywiście na myśli interwencji w Iraku czy w Afganistanie, lecz choćby właśnie zaostrzenie prawa imigracyjnego.

Naprawdę gorąco zachęcam do obejrzenia tego filmu, ponieważ jest to jeden z tych obrazów, które dzięki świetnym kreacjom aktorskim, daleko odbiegającemu od banalności scenariuszowi oraz realizacji przedstawianych wydarzeń nie pozwalają oderwać się od ekranu choćby na chwilę. „Spotkanie” to film bez mknącej do przodu akcji oraz widowiskowych efektów specjalnych, jednak z niewiarygodnym ładunkiem emocjonalnym, który co wrażliwszych i inteligentniejszych widzów może pozostawić na długo z poczuciem satysfakcji i mnóstwem niecierpiących zwłoki rozważań.    
środa, 17 marca 2010
Dom zły reż. Wojciech Smarzowski




Dwa przedziały czasowe i dwie historie. Jedna dziejąca się w błocie, druga zaś na tle pięknego, skrzącego się bielą śniegu. Jednak obie historie opowiadają o tym samym - o ludziach, którym system komunistyczny dał przyzwolenie czynić zło. O systemie, który wykastrował w wielu żyjących jakąkolwiek moralność.

Środoń, zootechnik z wykształcenia, po śmierci żony i osiągnięciu alkoholowego dna w ostatnim zrywie świadomości postanawia wyrwać się z piekła beznadziei. Sprzedaje wszystko co ma i z tak zarobionymi pieniędzmi wyjeżdża w Bieszczady, by zacząć pracę w jednym z tamtejszych PGR-ów. Podczas deszczowej nocy gubi się na błotnistych drogach. Przypadkiem trafia na dom Dziabasów. Ci, początkowo nieufni, udzielają schronienia przybyszowi. Dają mu jeść i częstują wódką. Po każdej wypitej setce rośnie sympatia między Środoniem a Dziabasem. Po którejś butelce, zdradziwszy sobie, iż dysponują niezłą jak na ówczesne czasy kasą, postanawiają założyć jakiś nielegalny, ale za to bardzo dochodowy interes. Jak nietrudno się domyślić, po przetrzeźwieniu obaj orientują się, że zachowali się kompletnie idiotycznie. I Środoń, i Dziabas będą chcieli jakoś wyjść z opresji. Obaj także będą chcieli jeszcze na tym jakoś zarobić.

O powyższych wydarzeniach dowiadujemy się z wizji lokalnej, jaką kilka lat później prowadzą milicjanci w opuszczonym i zaniedbanym domu Dziabasów. Kompletnie pijani milicjanci, na czele z „jedynym sprawiedliwym”, porucznikiem Mrozem, z opowieści zakutego w kajdanki Środonia próbują wywnioskować, jak doszło do tragedii w jednym z bieszczadzkich domów. W międzyczasie na miejscu zbrodni pojawiają się prokurator oraz miejscowy partyjniak. Mróz, przeczuwając, iż w sprawie Środonia chodzi o coś więcej niż zbrodnię w domu Dziabasów, zaczyna badać zasłyszane w różnych sytuacjach plotki, a to dotyczące swoich kolegów milicjantów, a to miejscowego proboszcza, wreszcie zahaczające o dyspozycyjnego wobec ówczesnej władzy prokuratora i miejscowego notabla partyjnego. Okazuje się, że każdy umoczony jest w jakąś aferę. Za łapówki oraz obietnicę otrzymania paszportu czy pozwolenia na wyjazd za granicę każdy na każdego zdolny jest złożyć dowolne zeznanie. Nie ma moralności, nie istnieją wartości, prawda stała się elementem zbytecznym, by nie powiedzieć przeszkadzającym, w osiągnięciu czegokolwiek w zakłamanym państwie.

Smarzowski w swoim najnowszym filmie niczego nie owija w bawełnę. Tytułowy dom zły to nie drewniana chata Dziabasów, lecz ówczesna ojczyzna, Polska Rzeczpospolita Ludowa, w której tylko pozbywając się kręgosłupa moralnego można było cokolwiek osiągnąć. Reżyser pokazuje bowiem kilka warstw społecznych, które przez kilkadziesiąt lat uległy etycznej degeneracji. Tu nie chodzi tylko o zwykłych Polaków, dla których pieniądze były, są i będą najważniejszą wartością na świecie. Rzecz idzie o kogoś, kto w pewnym sensie powinien pokazywać, czym jest tak naprawdę odpowiedzialne i uczciwie życie. To oni swym postępowaniem powinni reprezentować takie wartości jak prawda i sprawiedliwość. Ale ludzie widząc zdemoralizowanych milicjantów i prokuratorów, dyspozycyjnych sędziów, przekupnych urzędników, dbających o własne tyłki polityków i wreszcie patrzących tylko na własne portfele księży, myśleli, iż jeśli im tak wolno, dlaczego nie nam? Kiedy ktoś kradnie tonę ziemniaków i tłumaczy, iż robi tak, ponieważ tamci na górze w nie takich „przewałach” uczestniczyli, zaklęte koło demoralizacji zamykało się i co najwyżej czasami może kręciło się wolniej, czasami zaś szybciej.

W pewnym momencie Środoń zapytany o prawdę, odpowiada, iż nie ma czegoś takiego. I jego wypowiedź jest nie tylko kwintesencją filmu, lecz także mogłaby posłużyć jako naczelne hasło całego ustroju socjalistycznego. I nie chodzi tu tylko o zakłamywaną prze kilkadziesiąt lat historię. Rzecz w tym, iż u swoich podstaw komunizm był zakłamanym systemem. Obywatel starający dowiedzieć się tego, jak on naprawdę funkcjonował, narażał się na ogromne niebezpieczeństwo. Ale dla wielu, dla zdecydowanej większości, taka wiedza była nieistotna. Najważniejsze było, aby od czasu do czasu na stole było trochę lepsze żarcie, wódka i jeśli wszystko należy do ludu, to żeby władza patrzyła przez palce na złodziejstwo. I władza patrzyła. Dla społecznego oczyszczenia organizowała raz na kilka lat publiczne procesy, żeby wszyscy obywatele mogli zobaczyć, iż „przewodnia siła narodu” dba o uczciwość Polaków, ale także po to, by kilkadziesiąt milionów mogło się usprawiedliwić, mówiąc, iż w porównaniu z takimi aferzystami, oni kradną tylko troszkę.

Ktoś może zarzucić Smarzowskiemu, iż przesadza, przejaskrawia całą sytuację, bo w jego filmie dosłownie wszyscy, jak bezświadome zwierzęta, nurzają się w moralnym gównie. Ktoś taki nie miałby jednak racji. Smarzowski posłużył się takim zabiegiem jak hiperbola. Wyolbrzymił sytuację, by pokazać, iż to, co działo się w krośnieńskiej wsi było tylko czubkiem gigantycznej góry lodowej. Reżyser chciał pokazać, iż podłymi, obłudnymi i dbającymi o własne dupy skurwysynami nie byli tylko ludzie zamieszkujący tamtejsze tereny, lecz zdecydowana większość mieszkańców PRL-u. Wystarczy zadać sobie trud poczytania kilkunastu lub kilkudziesięciu opracowań traktujących o historii i życiu w PRL-u, aby stwierdzić, iż w gruncie rzeczy Smarzowski w niczym nie przesadza.


Według mnie „Dom zły” jest najlepszym polskim filmem od czasu „Długu” Krzysztofa Krauze. Przekonał mnie nie tylko prezentowaną treścią, lecz także idealnie dopasowaną do niej formą. Oglądając polski film, wreszcie zobaczyłem znakomite, nowoczesne i dynamiczne kino. Smarzowskiemu nie tylko zależało na tym, aby zrobić mądry film, lecz przede wszystkim spróbował opowiedzieć nam niezwykle ciekawą i zajmującą historię. Wszyscy aktorzy stworzyli kapitalne kreacje. Niesamowicie podobały mi się zarówno te pierwszo-, jak i trzecioplanowe. Doskonale także sprawdził się pomysł z dwoma planami narracyjnymi. W końcówce Smarzowski zaserwował napięcie rodem z najlepszych filmów Hitchcocka. Nie inaczej jest z muzyką. Nie tylko doskonale pasuje do przedstawianego na ekranie obrazu, ale rzekłbym nawet, choć będzie to filmoznawcza herezja, iż stanowi ona integralną część świata przedstawionego. Dla mnie muzyka Mikołaja Trzaski do „Domu złego” to poziom kompozycji Clinta Mansella i Kronos Quartet w „Requiem dla snu”.

Oglądając „Dom zły” nie mogłem oprzeć się  wrażeniu, iż najnowszy film Smarzowskiego to niejako prequel do „Wesela”. Po części sprawcami tych skojarzeń byli aktorzy, których większość wystąpiła w obu filmach. Tak naprawdę jednak Smarzowski w obu swoich produkcjach opowiada ciągle o tej samej Polsce. Tyle, że najnowszy film dzieje się pod koniec lat 70. i podczas stanu wojennego, poprzedni dział się w czasach nam współczesnych. Według reżysera, w ludzkiej mentalności, w osobowościach Polaków nic się nie zmieniło. I dla tych żyjących za komuny, i dla tych współczesnych najważniejsze są pieniądze. Rzekoma odnowa moralna zapoczątkowana przez Solidarność była tylko chwilowym zrywem, tak naprawdę wcale niezmieniającym mentalności Polaków. Wszak nawet wśród ojców założycieli niezależnych związków zawodowych etos solidarnościowy zaczął się kruszyć już podczas pierwszych zjazdów.

W pewnym sensie także w obu swoich filmach Smarzowski próbuje odpowiedzieć na pytanie, kiedy w naszym kraju będzie w miarę normalnie. W „Domu złym” jest bardzo symboliczna scena, w której na miejscu zbrodni jedna z bohaterek rodzi dziecko. Moim zdaniem tym dzieckiem z „Domu złego” w „Weselu” jest Mateusz grany przez Macieja Stuhra. To pokolenie urodzone w latach osiemdziesiątych jest pierwszym, które nie zostało napiętnowane zgnilizną komunizmu. Ono wychowa dzieci, które o komunizmie będą wiedziały tylko z rozmów zgrzybiałych staruchów szepczących, iż „za komuny było lepiej”.

Patrząc na oba filmy Smarzowskiego jak na jedną opowieść, obiema rękami podpisuję się pod tezą, iż we współczesnej Polsce cały czas żyje bardzo dużo Środoniów i Dziabsów. Ciągle otaczamy się ludźmi żyjącymi w zakłamaniu, nieustannie mamy do czynienia z obłudą i hipokryzją. I pusty śmiech ogarnia mnie czasami, kiedy słyszę, iż w najróżniejszych sondażach Polacy za najważniejsze wartości uznają zdrowie, rodzinę i słowa papieża. Tylko co owe deklaracje mają wspólnego z rzeczywistością widzianą za oknem? 

Genialne kino.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11