Blog > Komentarze do wpisu
Genua. Włoskie lato rez. Michael Winterbottom



Jakikolwiek obejrzelibyśmy film podejmujący trudny i pesymistyczny temat śmierci, zawsze obok niego, choćby w dalszym planie musi funkcjonować motyw życia, czy to w charakterze narodzin, czy też jako symbol życiowej witalności. W rzeczywistości oba pojęcia, życie i śmierć, tworzą nierozerwalną parę, funkcjonują obok siebie podporządkowując ludzką egzystencję wiecznemu kołu narodzin i zejść. Kino traktujące o śmierci nie może potraktować życia po macoszemu. Nie byłoby wtedy prawdziwe, nie odzwierciedlałoby specyfiki funkcjonowania tego co żywe. Zaprzeczenie śmierci, wkładanie jej do szufladki z etykietą „tabu”, wreszcie niedostrzeganie cienia, jakie kładzie na ludzkim życiu bardzo często oznacza po prostu niedojrzałość i infantylizm.

Michael Winterbottom, jeden z najciekawszy współczesnych reżyserów, twórca takich obrazów jak „Kodeks 46”, „Aleja Snajperów”, „Cena odwagi” czy „Droga do Guantánamo” na szczęście doskonale zdaje sobie sprawę z niuansów ludzkiego żywota i w pochodzącym z 2008 roku filmie „Genua. Włoskie lato” zaserwował nam niezwykle ciekawy obraz opowiadający o próbie odbudowania rodzinnych więzi po tragicznej śmierci jednego z członków rodziny.

W wypadku samochodowym ginie Marianne, żona Joe i matka dwóch córek, nastoletniej Kelly i młodszej od niej Mary. Reżyser niedwuznacznie daje do zrozumienia, iż tragedię sprowokowała Mary, która w ferworze zabawy podczas nudnej jazdy na chwilę zakryła oczy prowadzącej samochód Marianne. Ojciec dziewczyn, spokojny i zamknięty w sobie wykładowca akademicki jakoś radzi sobie z bólem. Podobnie jest z kilkunastoletnią Kelly. Jednak Mary, doskonale zdająca sobie sprawę z własnej winy, coraz gorzej radzi sobie z ciążącą na niej odpowiedzialnością. Na co dzień niby funkcjonuje, kiedy jednak zabraknie obok niej kogoś, kto zajmie jej uwagę, natychmiast pogrąża się w świecie przepełnionym smutkiem i poczuciem straty. Jeszcze gorzej jest w nocy, kiedy koszmar wypadku samochodowego powraca do niej ze zdwojoną siłą. Krzyczy w rozpaczy, oczekując wsparcia i rodzicielskiej miłości. Wreszcie Joe decyduje się na wyjazd. Uświadamia sobie, iż w Chicago we troje pogrążą się w żałobie za utraconą matką i żoną. Mężczyzna decyduje się na wyjazd do Genui, jednego z najpiękniejszych i najstarszych miast we Włoszech, z którego pochodzili m.in. Krzysztof Kolumb i Niccolo Paganini.        

Nowe miejsce, szczególny urok pięknego miasta, jego klimat zamknięty w labiryntach wąskich uliczek rzeczywiście pozwalają choć na chwilę uwolnić się ze wspomnień o utraconej Marianne. Joe dostaje posadę na miejscowym uniwersytecie i dość szybko udaje mu się zająć myśli codziennymi sprawami. Podobnie jest z Kelly. Początkowo znudzona, poznaje jednak przyjaciół, z którymi zaczyna spędzać coraz więcej czasu. Nie znaczy to jednak, iż wspomniani bohaterowie całkowicie zapominają o tragedii, jaka stała się ich doświadczeniem. W kilku scenach widzimy, iż Joe nadal tęskni za swoją żoną. Również związki Kelly z młodymi Włochami naznaczone są jakimś fatalizmem, od początku zdajemy sobie sprawę, iż nic z nich nie będzie, a oddanie się Kelly wieczornym zabawom to tylko ucieczka od bólu.

Najmłodsza, Mary, nie potrafi jednak odnaleźć się w Geniu. Czuje się coraz bardziej niechciana, zagubiona i samotna. Całkowicie oddaje się wizji, iż mama tak naprawdę nie umarła. Jest przekonana, iż kobieta cały czas przy niej jest, rozmawia z nią, prowadzi ją po wąskich uliczkach Genui, wreszcie doradza w różnych sprawach. Zarówno ojciec jak i Kelly zajęci własnymi sprawami nie dostrzegają, iż dziewczynka pogrąża się w zagrażającej jej bezpieczeństwu fantazji. Ocknięcie i świadomość przychodzi w momencie, kiedy Mary staje w obliczu kolejnej tragedii.

Dziewczyna z całej trójki wydaje się być osoba najbardziej spostrzegawczą i krytyczną. Kontakt z „tamtym światem” pozwala jej z dystansem spojrzeć na to, co dzieje się wokół niej. Ojciec, by zapomnieć o stracie szybko wrzuca się w wir pracy oraz spotkań towarzyskich ze studentami i wykładowcami. Poznaje także piękną, młodą kobietę, przy której znowu może czuć się jak mężczyzna. Kelly mniej lub bardziej zatraca się w przyjemnościach jakie oferuje życie we Włoszech. Podobnie jak ojciec, nie chce rozmyślać o śmierci, pragnie o niej jak najszybciej zapomnieć. Przez to właśnie Mary zdaje się być najdojrzalszą ze wszystkich. Nie potrafi zapomnieć matki, nie chce tego, czuje, iż bardzo ważne jest, by najbliższa jej osoba stale żyła w pamięci dziewczynki. Oczywiście fałszem byłoby, gdyby reżyser pokazał, iż mała bohaterka radzi sobie z tym. Narastający dramat Mary polega na tym, iż pozostawiona w samotności nie potrafi radzić sobie z sytuacją wymagającej od niej dojrzałości.  

Kolejnym bohaterem, o którym warto wspomnieć choćby w kilku słowach jest miasto, Genua. Wąskie, nieraz bardzo zatoczone ulice starego miasta mają niezwykła siłę przyciągania uwagi. Wędrujący w ich labiryncie człowiek gubi się szybko, zapominając w jakim celu wyruszył. Owa sceneria ma charakter zdecydowanie symboliczny. Wszak zarówno Joe jak i Kelly pragną jak najszybciej dać się porwać szczególnemu klimatowi Genui. Ich marzeniem jest zapomnienie, oddanie się życiowemu labiryntowi, na tyle zajmującemu, by choć na chwilę zapomnieć o tragedii jaka wydarzyła się w ich życiu. Nie dziwi także szybkie zaaklimatyzowanie się w dynamicznej, spontanicznej i pełnej żywiołowości kulturze śródziemnomorskiej. Żyjąc ostatnimi miesiącami w chłodzie i mroku rodzinnej tragedii, wręcz instynktownie Joe i Kelly pragną zanurzyć się w pełnym emocji i charakteryzującym się niesamowitą intensywnością życiu.  

Czy wizja świata przedstawiona w „Genui” zdradza artystę kompletnego i konsekwentnego? Moim zdaniem Michael Winterbottom w swoim filmie dał za bardzo uwieść się magii jaką niewątpliwie ma w sobie sztuka filmowa. Tworząc realistyczny obraz rodziny chcącej pozbierać się po stracie najbliższego, momentami zbyt mocno dał ponieść się efektownej, ale dość prostej metafizyce. Nie do końca przekonał mnie pomysł z pokazaniem postaci matki ciągle widzianej przez kilkuletnią bohaterkę. Lepiej chyba byłoby ten wątek zasugerować i rozegrać go przede wszystkim w wyobraźni widza. Niejednoznaczność najczęściej niesie z sobą dużo większy ładunek treściowy, niż coś wyłożone wprost, kawa na ławę. Dopuszcza mnogość interpretacji i większe zaangażowanie emocjonalne widza w problemy bohaterów. Bardziej realistycznie oddaje również ich stany psychiczne.

Kolejnym elementem będącym niekonsekwencją reżyserską wyróżniającą się na tle jak by nie było znakomitego filmu jest finał. Skonstruowany jest on na fundamencie zbiegu okoliczności, który w jednym miejscu o jednym czasie ma połączyć wszystkich najważniejszych bohaterów obrazu. W historii kina mieliśmy już dzieła, w których twórcy doszukiwali się ukrytego sensu w pozornie przypadkowych zbiegach okoliczności. Kapitalnie zrobił to Altman w filmie „Na skróty”, rewelacyjnie wyszło to też Paulowi Thomasowi Andersonowi w „Magnolii”. Ale powyższe filmy miały zarówno inną konstrukcję jak również ich sens sprowadzał się do czegoś innego, niż też przedstawiony przez Winterbottoma. Reżyser „Genui” uciekł się po prostu do bardzo efektownego, ale zdecydowanie mało prawdopodobnego chwytu, jakim jest spiętrzenie akcji za pomocą dramatycznego spotkania bohaterów w jednym miejscu. Może i ma to drugie dno, może nawet urasta do rangi symbolu. Mnie jednak ten scricte filmowy chwyt nie przekonał i zostawił po sobie lekkie rozczarowanie.

Nie zmienia to jednak faktu, iż „Genua” to świetny, intrygujący i naprawdę wzruszający filmu. Nie ma w nim ani taniego sentymentalizmu, ani niepotrzebnego szargania emocjami. Winterbottom nie próbuje zmiażdżyć widza skalą dramatu, jak to w swoich filmach robi Von Trier. Nie manipuluje widzem, uczciwie także traktuje swoich bohaterów. Jeśli więc ktoś szuka filmu skupionego na ludziach, na ich tragedii i całej gamie uczuć jej towarzyszących, „Genua” będzie naprawdę bardzo atrakcyjnym seansem.
 
środa, 02 grudnia 2009, irekg1
Komentarze
Gość: filmowo, adej129.neoplus.adsl.tpnet.pl
2009/12/20 14:04:19
Przeczytałam tylko szybciutko ostatnie zdania, i już wiem, że film polecasz. Zresztą, i tak go mam zamiar zobaczyć, bo lubię Winterbottoma, staram się zobaczyć wszystko co wyszło spod jego ręki, co mi się tylko nawinie pod moją rękę. :) Cieszy mnie, że kolejny jego film nie zawodzi. :) Pozdrawiam.